Tuesday, April 30, 2013

Jak to jest z językiem obcym?

Trudno mi pojąć dlaczego wiele osób myśli, że tymczasowy wyjazd do kraju anglojęzycznego gwarantuje opanowanie języka do takiego stopnia, że później można będzie robić już z tym językiem wszystko - być tłumaczem, zdawać certyfikaty FCE, CAE czy IELTS albo nawet uczyć danego języka w szkole. Dobra, nie chce mi się pisać wiecznie "język obcy, dany język", skupmy się na angielskim ;)

A zatem... załóżmy, że jesteś au pair i wyjechałaś do USA na rok. Wcześniej uczyłaś się angielskiego w polskim liceum i znasz go na poziomie komunikatywnym. Po roku wracasz do Polski i słyszysz jak Twoi znajomi mówią "Ooo, teraz to już angielski znasz perfect" albo "Teraz to możesz być tłumaczem" i to tylko dlatego, że więcej rozumiesz, szybciej i płynniej mówisz oraz używasz języka w jego naturalniejszej formie.

Jakie jest moje zdanie na ten temat?

Jak już kiedyś wpominałam, w Polsce studiowałam język angielski. Edukację zakończyłam wraz z odbiorem dyplomu licencjata, a następnie wyjechałam do USA. Tutaj dałam sobie rok czasu, aby pozałatwiać wszystkie sprawy papierkowe związane z moim statusem jako rezydent, ze studiami i wieloma innymi rzeczami, które trzeba było pilnie załatwić. Załóżmy tutaj, że przez ten rok ani razu nie zajrzałam do książki z angielską gramatyką, nie korzystałam za dużo ze słownika, albo sprawdzałam tylko słówka, których nie rozumiałam w radio albo w TV lub przy okazji rozmowy z jakimś Amerykaninem/Amerykanką. Załóżmy, że miałam okazję dużo rozmawiać z Amerykanami - z mężem, z koleżanką, z lekarzami, ze sprzedawcami, z weterynarzem, z mechanikiem samochodowym, z celnikiem itp. Jak myślicie, czy wyjazd do USA po ukończeniu filologii angielskiej sprawił, że moja gramatyka, słownictwo, płynność mówienia, rozumienie języka mówionego poprawiła się czy raczej pogorszyła? Ci, którzy myślę, że żyjąc w anglojęzycznym świecie teraz mówię "perfect" chyba będą zdziwieni, kiedy dowiedzą się, że bardzo się mylą ;)

Wyjazd do kraju anglojęzycznego oraz obcowanie z ludźmi mówiącymi tylko po angielsku sprawią, że po pewnym czasie:

1. Będziecie rozumieli więcej angielskiego mówionego.
2. Będziecie bardziej naturalnie formułować zdania np. 

Zamiast mówić " I did nothing bad" -  co z gramatycznego punktu widzenia jest poprawne, ale jednak nie brzmi zbyt naturalnie, a przynajmniej nie tak naturalnie jak "I didn't do anything wrong"

3. Wasza mowa stanie się płynniejsza, szybsza, będziecie pewniejsi tego, co mówicie.
4. Nauczycie się poprawnej wymowy np.

Zamiast wymawiać "PURPOSE" - /purpos/ czy /purpołs/, będziecie mówili /ˈpɜrpəs/ (tutaj znajomość IPA - International Phonetic Alphabet jest bardzo przydatna, ale to rozmowa na inny temat), albo zamiast wymawiać "ACID" - /asid/ albo co gorsza /ejsid/, będziecie mówić /ˈæsɪd/.

5. Wasz słownik wzbogaci się o wyrazy, frazy albo nawet całe zdania z mowy potocznej, ze slangu, z mowy z dnia codziennego, o często używane w mowie idiomy, np.

"Take care"
"It's just around the block"
"Deal with it"
"It takes a lot of guts"
"I got it over with"
"Damn, I screwed up"

To tylko takie proste przykłady, które akurat przyszły mi teraz na myśl.

6. Przypomnicie sobie wiele słów, które np. teraz potraficie tylko rozpoznać, ale nie potraficie wpleść tego słowa w zdanie, które chcecie powiedzieć, bo po prostu nie jesteście przyzwyczajeni do jego używania. Stąd np. większość (jeśli nie wszyscy) z nas ma tak, że więcej słów potrafi rozpoznać niż powiedzieć - stąd np. sporo osób mówi, że "Dużo rozumiem, ale mało powiem w tym języku". (uczyłam się o tym na studiach, ale nie będę Was teraz zanudzać jak to wszystko działa ;))


Załóżmy też, że od czasu do czasu przeczytacie jakiś artykuł w gazecie, przeglądniecie ulotkę z supermarketu i dowiecie się co to takiego "smoothie", "top coat", "binder", "scotch tape", "washing detergent".

I teraz... Czy myślicie, że osoba, która spędziła rok w USA, wcześniej znając angielski na poziomie komunikatywnym (takim, żeby się dogadać), która wzbogaciła swoje słownictwo o slang, mowę potoczną, wyrazy z dnia codziennego, osoba, której mowa zaczęła być bardziej płynna, która zaczęła więcej rozumieć z mowy, słuchając TV czy radia oraz czytając artykuł w gazecie na średnim poziomie języka, czy naprawdę teraz można o niej powiedzieć, że zna angielski "perfect"?(nie lubię tego słowa, ale ludzie często tak mówią -  kiedy ktoś dużo rozumie i dużo mówi). Albo przynajmniej na takim poziomie, aby mogła tego języka później uczyć lub zdawać certyfikat FCE czy IELTS? Moja odpowiedź brzmi NIE. Dlaczego?

Jeżeli nastawiamy się tylko i wyłącznie na mowę i rozumienie języka mówionego, to na pewno zauważymy u siebie zanik pewnych słów używanych częściej w piśmie (nie mam tu na myśli smsów i nieformalnych e-maili, ale ksiązki, artykuły w np. New York Times), w języku formalnym. Zauważaymy też, że na codzień w USA używa się najczęściej czasów Present Simple, Present Continuous i Past Simple, a co z pozostałymi czasami? Nie wspominając już o tym, jak wielu, niepoprawnych z punku widzenia nauczyciela języka angielskiego, form pochłonie Wasz mózg np. "I can't do nothing" - podwójna negacja która z preskryptywnego punktu widzenia jest niepoprawna.

Preskryptywizm – określanie elementów języka naturalnego jako "poprawnych" bądź "błędnych", w przeciwieństwie do podejścia deskryptywnego, czyli neutralnego opisywania realnie używanego języka. Preskryptywizm jest odrzucany przez współczesną akademicką lingwistykę, ma jednak wielu zwolenników wśród dziennikarzy i nauczycieli języków.


Wspominałam już w poprzednim poście, że ludzie dziwią się dlaczego zabieram do USA książki do nauki angielskiego, pytają "Po co ci to?, przecież umiesz mówić po angielsku" Trudno takiej osobie po prostu w jednym zdaniu wytłumaczyć co i jak, dlatego ten post jest odpowiedzią na powyższe pytanie.

Jeżeli ktoś chce wzbogacać swoje słownictwo (i znać je naprawdę na wysokim poziomie) i gramatykę, to roczny wyjazd do USA nie będzie w tym aż taki pomocny. Oczywiście, wyjazd do USA czy innego kraju anglojęzycznego wiąże się z szeregiem językowych benefitów, które wymieniłam w 6 punktach powyżej, ale to nie wystarczy, by po powrocie do kraju zdawać certyfikaty FCE czy TOEFL. Nad gramatyką i słówkami, szczególnie tymi formalnymi, musimy pracować sami, gdyż w mowie codziennej, na ulicy czy w sklepie w USA nie usłyszymy większości czasów, nie usłyszmy też takich słów jak:

(v) elucidate - objaśniać (zamiast tego w mowie usłyszycie explain)
(adj) irrespective of - niezależnie od
(n) punchline - puenta
(v) alleviate - złagodzić
(n) turmoil - chaos, zamieszanie
(adj) be endemic - szerzyć się

Tych słów uczyłam się na studiach w Polsce. Myślicie, że gdybym teraz co jakiś czas nie zaglądała do nich, nie zapisała sobie jakiegoś zdania z ich użyciem, to nadal pamiętałabym ich znaczenie? Figa ;) Dlatego właśnie wciąż potrzebuję tych książek, a jest to może trochę więcej niż 1/3 z mojej kolekcji, bo resztę mam w Polsce i zamierzam sobie dowozić do USA przy okazji kolejnych wizyt w kraju: (od razu mówię, że nie zdawałam egzaminu SAT, ale korzystałam z niego przy okazji ćwiczenia czytania ze zrozumieniem i słownictwa ;) )


Mogłabym dalej mnożyć przykłady, ale po co ;) Mam nadzieję, że mimo, iż trochę są te moje myśli niepoukładane, wiecie o co mi chodzi :)

P.S. Powyższy przykład zakłada, że osoba wyjechała do USA tylko na rok oraz nie pracowała poza domem ani nie studiowała. Angielski osoby przebywającej na terenie USA kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat, pracującej (choć to też zależy gdzie) lub studiującej najprawdopodobniej będzie/powinien być na o wiele wyższym poziomie :) To, w jaki sposób będziemy mówić/pisać po powrocie z danego kraju, w którym byliśmy rok zależy oczywiście od środowiska w jakim się znajdujemy, na ile jesteśmy w zanurzeni w język, jak bardzo przykłądamy się do danego języka, jaka jest mowa najbliższego otoczenia itp. tak naprawdę to na jakim poziomie będzie nasz język zależy od setek okoliczności, których wymienienie zajęłoby tyle stron ile ma praca licencjacka, jeśli nie więcej ;)

45 comments:

  1. Bardzo przydatny post, mile mi się go czytało :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję :) miło mi to słyszeć (a właściwie czytać :)) Pozdrawiam serdecznie! :)

      Delete
  2. Jesteś jedną z niewielu blogerek, u których czytanie długich postów sprawia mi przyjemność. Zazwyczaj wchodzę po ładne zdjęcia, ciekawe przepisy, krótkie informacje. A tu na odwrót :) Jak jest mi za krótko to się buntuję! :P

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz :) Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o mój sposób formułowania myśli na piśmie jestem bardzo, ale to bardzo niepewna ;) Zwykle myślę, że robię to w jakiś sposób źle :) Tym bardziej miło mi czytać takie komentarze, bo są naprawdę motywujące i przywracające wiarę we własne mozliwości :)

      Delete
  3. bardzo przydatny post. moja koleżanka mieszka w USA, ale co z tego, skoro nie potrafi się porozumiewać? uważam, że jak już decyduję się na wyjazd to powinnam umieć rozmawiać z ludźmi, a nie omijać języka mówionego. mieszka w Chicago więc odsetek Polonii jest duży, ale i tak dla mnie to niedorzeczne :).

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wyjazd do USA po to żeby zamknąć się wśród Polonii to moim zdaniem nic innego jak strzał w kolano, niestety...

      Delete
    2. zmusiła ją sytuacja zarobkowa, ale pojechać do obcego kraju i nie mówić nic oprócz zwrotów podstawowych, to tak jak piszesz, strzał w kolano.

      Delete
    3. Tak jest nie tylko w USA. Znam niestety wielu polaków w Szwecji, którzy nie uczą się języka i nie pracują tez nad poprawna wymowa, która jest bardzo ważna. Osoby te najczęściej ograniczają swoich znajomych do polaków, oglądają polską telewizje itd. Niektórzy bronią się przed nauczeniem języka rękoma i nogami, zamykają się w swoim małym świecie. Brak znajomości języka obcego na obcej ziemi to największa niepełnosprawność.

      Delete
    4. Inko, ciekawe, czy to, co piszesz o Polakach w Szwecji można też odnieść do Polaków w pozostałych krajach skandynawskich. Poznałam właśnie osobę, która od kilku lat mieszka w Norwegii, a która mi powiedziała dokładnie to samo co Ty: że Polacy w tamtym kraju wolą zamykać się we własnej enklawie i nie chcą uczyć się norweskiego. Zastanawiam się, na ile w tej sytuacji można "winić" ;-) lęk przed nauką języka obcego a ile samych Norwegów czy Szwedów, z którymi dogadasz się po angielsku... ;-)

      Delete
  4. Uwielbiam Cię za ten post :)

    Fajnie, że się rozwijasz językowo, ale szkoda, że nikt nigdy nie używa tych słów, prawda? ;) Ja zawsze mam wielkie zderzenie z krajami anglojęzycznymi, a ze swoją wiedzą: muszę zejść z wysokiego poziomu abstrakcji, na którym operuję, żeby się swobodnie porozumieć.

    Thomson & Martinet <3
    A o Advanced Written English nie wspomnę ;D

    A przy okazji: namawiałaś kiedyś swojego męża, żeby porobił z Tobą różne ćwiczenia językowe (np. tę parafrazę)? Radził sobie?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Thomson & Martinet <3 w 100%;p gdzie studiowałyście?

      Delete
  5. Lubię czytać Twojego bloga. Przydatna notka, w sensie dowiedziałam się co nieco.:)

    ReplyDelete
  6. Zgadzam sie z calym postem:)Gdy to czytalam to caly czas sie do siebie usmiechalam bo mialam b podobne doswiadczenia jezeli chodzi o j angielski:)

    ReplyDelete
  7. Bardzo lubię Twoje posty. Zawsze mogę dowiedzieć się czegoś ciekawego :-) Chciałabym kiedyś zwiedzić Stany i chłonę każdą informację o tym kraju :-) :-)

    ReplyDelete
  8. Ciekawy post, chociaz moje spostrzezenia zwiazane z angielskim sa inne (moze przez to, ze mieszkam w UK, a przeprowadzilam sie ze wzgledow edukacyjnych i swoja przygode zaczelam w szkole, ktora byla dosc posh). Angielski naprawde sobie podciagnelam odkad tu przyjechalam, a znajome Angielki czesto mnie poprawialy, jesli mowilam cos niepoprawnie gramatyczne (nigdy nie slyszalam, zeby ktos mowil 'I can't do nothing'). Odkad zaczelam pracowac (a w tym i pisac raporty i inne formalne rzeczy), to angielski pisany poprawil mi sie niesamowicie. I uzywam (ale tez slysze) duzo roznorodnego slownictwa (wlasnie pare z tych slowek, o ktorych wspomnialas, slyszalam na pewno).

    Za to przyznam sie, ze nie wiem, na ile zdalabym jakis egzamin z angielskiego. Wydaje mi sie, ze do pewnego stopnia w egzaminach jezykowych chodzi o znajomosc tego jezyka, a potem jest to kwestia przygotowania pod formule egzaminu. Ale generalnie nie uwazam, zeby certyfikat byl mi do czegos potrzebny...

    I dodam, ze denerwuje mnie, ze ludzie mowia, ze ma pewno teraz perfekcyjnie znam jezyk angielski. Uwazam, ze zadnego jezyka nie da sie nauczyc perfekcyjnie...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kochana, Twoja sytuacja jest zupełnie inna od tej, którą opisuję, dlatego masz inne spostrzeżenia:) Jeśli człowiek idzie do szkoły w anglojęzycznym kraju, to spotyka się z innym, lepszym angielskim niż tylko ten z ulicy czy sklepu :)

      A co do znajomości jakiegokolwiek języka "perfect", to jestem tego samego zdania, że nie da się nauczyć języka perfekcyjnie :)

      Delete
  9. Powinnam Twój post polecić mojej fanatycznej nauczycielce angielskiego może czegoś by się od Ciebie nauczyła :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziekuje :) A co jest nie tak w Twoja nauczycielka?

      Delete
  10. Tez uwazam, ze nie da sie nauczyc zadnego jezyka perfekcyjnie, w tym wlasnego ojczystego, bo zawsze jakies niedociagniecia pozostaja. Ale mam tez odmienne doswiadczenia jesli chodzi o pobyt w kraju obcojezycznym. Choc oczywiscie, moje doswiadczenia dotycza jezyka bardzo, ale to bardzo innego niz angielski, i ktory, zeby opanowac nawet w stopniu komunikatywnym (a szczegolnie w stopniu komunikatywnym, bo takiej wersji sie na co dzien uzywa, a nie tej oficjalnej, gornolotnej, walkowanej na kursach), to trzeba sie zanurzyc, ze tak powiem, w ulicy.
    A odnosnie angielskiego, to troche sie dziwie, bo nie wiem, moze to wzgledy geograficzne, czy spolecznosciowe, ale mysmy na co dzien uzywali tego roznorodnego slownictwa, ktore podajesz, chocby po to, zeby podyskutowac w pracy o jakims artykule z the New York Times. Wiec wszystko zalezy od okolicznosci i od sytuacji.
    Ze jednym sie one nie trafiaja, to niekoniecznie powod, zeby od razu uogolniac opierajac sie na wlasnym, byc moze, ciut ogranicznonym (jak na razie) doswiadczeniu w USA. Choc zgadzam sie z Toba, jesli chodzi o taki typowy przyklad au pair :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wiesz, mój przykład jest przykładem ograniczającym się do osoby nie pracującej i nie studiującej. Oczywiście w pracy jak i w na studiach ten język będzie na wyższym poziomie. Choć to też zależy, bo inaczej będzie np. u mechaników samochodowych a też inaczej np. pracując w szkole czy na konferencjach biznesowych z prezesem jakiejś wielkiej korporacji ;) Dlatego właśnie postawiłam powyższe hipotezy - 1. wyjazd na rok, 2. język uliczny, codzienny, nieformalny :)

      Delete
    2. Zgodziłabym się tutaj z autorką bloga. Ja też zaobserwowałam spory rozjazd między ulicznym amerykańskim a amerykańskim wykładowym. To jak dwa różne światy. (Oba użyteczne.)

      Delete
  11. Świetny post :) Naprawdę dużo ciekawych informacji, i rzeczy o których nie miałem pojęcia. Nigdy bym nie przypuszczał, jak jest naprawdę więc dziękuję za post.
    Pozdrawiam Paweł
    http://twojwybortwojaprzyszlosc.blogspot.com/

    ReplyDelete
  12. Świetny post;-)) Jadąc do Stanów nie nauczyłam się ze słownictwa praktycznie nic nowego, ale takiej płynności mówienia i myślenia po angielsku nie nauczyłabym się w Polsce 'na sucho' chyba przez kolejne 10 lat. Dodatkowo nikt z moich amerykańskich znajomych nie poprawiał mnie jak mówiłam niepoprawnie (przez 4 miesiące uparcie kazałam im wyrzucać 'trashes') a jak dopytywałam o poprawne sformułowania, to się dziwili "przecież my cię rozumiemy doskonale".

    ReplyDelete
  13. świetny post z którym jak najbardziej się zgadzam!! Najlepszy jest fakt, że po takim nawet rocznym pobycie w USA Polacy wracają do kraju i... mówią z hamerykańskim akcentem :D wiem, że to może trochę nie na temat bo pisałaś wszystko z innego puntu widzenia, ale przy tym poście tak mi to wpadło do głowy :)
    pozdrawiam i zapraszam do mnie: http://usaaupairusa.blogspot.com/

    ReplyDelete
    Replies
    1. wspominalam nawet wczesniej na blogu, ze ludzie po roku pobytu gdzies w angliach czy szkocjach mowia ze "szapomnieli jesyka polszkieko" ;)

      Delete
  14. naprawdę interesujący post :) Co do poprzedniego postu, uwielbiam perełki czyli naprawdę fajne przeceny :). Ostatnio kupiłam sukienkę, która kosztowała 130 zł za 20 zł na wyprzedaży :D Duży szok ale jakie szczęście :)

    ReplyDelete
  15. Świetny post, w zupełności się zgadzam. Też skończyłam licencjat z fil.ang a teraz kończę rok jako au pair w Stanach. WYjechałam głównie z nadzieją, że podniosę sobie "performance" w języku angielskim, bo resztę zapewniły mi studia. Niestety trochę się rozczarowałam, bo o dziwo nie mam tutaj prawie w ogóle możliwości rozmowy z nativami. Mówię o jakiejś dłuższej rozmowie. Jako au pair mogę pogadać z dziećmi (którym często sama muszę wyjaśniać znaczenie słów i gramatykę) i host rodzicami których praktycznie w domu nie ma. Wiele au pair narzeka, że nie ma innych znajomych poza innymi au pairkami. TO prawda, bardzo ciężko wbić się w to społeczeństwo nawet jeśli bardzo mocno się próbuje. Na tygodniowych wakacjach w Puerto Rico poznałam więcej amerykanów i odbyłam więcej rozmów niż przez większość czasu w Stanach.

    ReplyDelete
  16. Bardzo ciekawy post. Ja uczęszczam na angielski raz w tygodniu (1,5 h). Wydaje mi się jednak, że nie będzie dane zaznajomić się z tym językiem jeśli nie wyemigruję na jakiś czas. Uczyłam się od 5 klasy podstawówki nieprzerwanie do drugiego roku studiów włącznie i nie poznałam angielskiego na tyle by czuć się w jakikolwiek sposób pewnie. Może nie przykładałam się za bardzo, gdyż obecnie z prywatnych lekcji więcej słownictwa zapamiętuję jednak. Zdecydowanie brakuje mi pewności i takiej jakby słownej ciągłości w formułowaniu zdań. Zgadzam się zatem jak najbardziej z tym, że zdecydowanie łatwiej zrozumieć (jak dla mnie czytając) niż powiedzieć samemu:) Dlatego taki wyjazd z pewnością by mi pomógł (choć z drugiej strony wyjeżdzać na dłuższy okres czasu - tak na stałe, a nie jedynie w turystycznym celu - nie chciałabym) by zrealizować chociażby wyróżnione przez Ciebie punkty.

    ReplyDelete
  17. Hej ja sie przeprowadzilam do USa jak mialam 18 lat i od razu poszlam do community college. Angielski mialam an poziomie CAE (nie wiem czy tak sie to pisze juz pozapominalam te certyfikaty) i tak naprawde te certyfikaty to mozna by wsadzic do jednego gara z kazdym innym kursem angielskiego uczonym w polsce. Najwazniejszy w stanach jest akcent. Amerykanie maja troche taki sluch jakby im slon na ucho nadepnal i jak masz thick accent to powodzenia z dogadaniem sie... ja pierwszy rok w collegu mialam same A's troche B's ale generalnie rok spedzilam na przysluchiwaniu sie jak oni mowia i staraniu sie zeby wymawiac wyrazy jak oni. 4lata pozniej mam juz slight accent i dogaduje sie na wszystkie tematy wlacznie z prawem bo to jest to co studiuje. Slowka ktore wymienilas ktorych sie niby nie uzywa na codzien ja wlasnie uzywam bo czesto pisze law office memos i czytam rozne cases i tam sie pojawia bardzo sophisticated slownictwo ktore musisz rozumiec. no ale zalezy kto co na codzien robi. pozdrawiam

    ReplyDelete
  18. Hej ja sie przeprowadzilam do USa jak mialam 18 lat i od razu poszlam do community college. Angielski mialam an poziomie CAE (nie wiem czy tak sie to pisze juz pozapominalam te certyfikaty) i tak naprawde te certyfikaty to mozna by wsadzic do jednego gara z kazdym innym kursem angielskiego uczonym w polsce. Najwazniejszy w stanach jest akcent. Amerykanie maja troche taki sluch jakby im slon na ucho nadepnal i jak masz thick accent to powodzenia z dogadaniem sie... ja pierwszy rok w collegu mialam same A's troche B's ale generalnie rok spedzilam na przysluchiwaniu sie jak oni mowia i staraniu sie zeby wymawiac wyrazy jak oni. 4lata pozniej mam juz slight accent i dogaduje sie na wszystkie tematy wlacznie z prawem bo to jest to co studiuje. Slowka ktore wymienilas ktorych sie niby nie uzywa na codzien ja wlasnie uzywam bo czesto pisze law office memos i czytam rozne cases i tam sie pojawia bardzo sophisticated slownictwo ktore musisz rozumiec. no ale zalezy kto co na codzien robi. pozdrawiam

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dokladnie tak jak mowilam :) Ty masz inna sytuacje i uzywasz slowek, ktorych ja pisalam, ze sie ich na codzien, na ulicy nie uzywa, dlatego, ze wlasnie piszesz te law office memos. A co ma zrobic np. zu pair, ktora jedyny kontakt z angielskim poza domem ma wtedy, kiedy ją jakis koles zagada na ulicy, albo babka w sklepie. Wtedy takiego slownictwa nie uslyszy. Zwykle to bedzie bardzo prosta rozmowa z najprostszymi slowkami

      Delete
  19. Witaj. Trafiłam do Ciebie przypadkowo, szukałam włączników do światła :) Jest kilka rzeczy, które mi się podobają... z filmów amerykańskich, bo osobiście w Stanach nie byłam :) Chętnie zagoszczę u Ciebie na dłużej ;) Ostatnio w księgarni zwróciłam uwagę na kurs p. Pawlikowskiej, ale nie wiedziałam, czy warto go kupić. Dzięki za recenzję. Pozdrawiam ;)

    ReplyDelete
  20. Bardzo ciekawie piszesz. Fascynujace jest czytanie wrazen i opinii nowoprzybylych do USA. Masz swieze spojrzenie i pewien dystans, ktory ja po 22 latach w USA chyba zatracilam. :) Tez przytargalam z Polski te 22 lata temu tony ksiazek z gramatyka angielskiego i slownikow specjalistycznych lacznie z takim do handlu zagranicznego, a przez pierwsze piec lat pobytu i studiow dolozylam pewnie z piec razy tyle nastepnych tomow. I chyba wlasnie po pieciu latach poczulam, ze zupelnie przestaly mi byc potrzebne i mialy kiepskie zastosowanie. Zaczelam pracowac, w pracy pisalam mnostwo do korporacyjnych broszur, komunikatow dla pracownikow lub kandydatow na pracownikow, artykulow, itd. Jestem z zawodu specjalista do komunikacji i PR.

    Slownictwo, ktore wymienilas jako zanikle, jest jak najbardziej w codziennym uzytku. Chyba wszystko zalezy w jakim srodowisku przebywa sie na co dzien. Musze przyznac, ze przecietni Amerykanie, podobnie jak przecietni Polacy, robia masy bledow w jezyku potocznym. Ale nie ma w sumie w tym nic tragicznego, ani dziwnego. Kazdy jezyk ma swoje zasady, ktore naturalnie sa przez rodowitych mowcow lamane.

    Nie zgodze sie, ze Amerykanie maja sluch jakby im slon na ucho nadepnal. Jest tu tylu emigrantow z taka masa akcentow i nalecialosci, ze czasem na serio trudno sie polapac. Przez lata pracowalam z taka mieszanka narodowosciowa, ze mozna chyba mape calego swiata zapelnic. Nigdy moi amerykanscy koledzy nie mieli problemu ze zrozumieniem roznych akcentow i zawsze odnosili sie z duzym szacunkiem do obcokrajowcow. Chyba tylko poza jedna Brytyjka, ktora strasznie szybko mowila i lykala cale sylaby. ;-) Wydaje mi sie, ze to nie sam akcent, a umiejetnosc wyrazania mysli uzywajac poprawnej skladni, szyku w zdaniu, itd. Czyli jezyka naturalnego. Pozdrawiam serdecznie i czekam niecierpliwie na nastepne wpisy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bardzo dziekuje za tak długi komentarz przepelniony wiedza :)
      Prosze mnie zle nie zrozumiec z tymi slowkami, ja nie uwazam, ze one sa zanikle, tylko ze sie ich nie nauczymy przebywajac w USA rok i nastawiajac sie jedynie na konwersacje z ludzmi na ulicy czy w sklepie, bo wiekszosc z tych slowek uzywa sie w bardziej formalnych sytuacjach - np. w pracy :)

      Delete
    2. Zgadza sie, w sklepie czy na ulicy zdecydowanie nie, ale juz ogladajac wiadomosci w TV tak. :)

      Delete
    3. I dokładnie to miałam na myśli pisząc wyżej, że oba języki (uliczny i ten "z katedry") się przydają. Gazety nie poczytasz, wiadomości nie zrozumiesz bez ciut formalniejszego języka. Przydaje się on też do rozumienia korespondencji z bankiem czy inną instytucją itp itd.

      Delilah, popisałam sobie u Ciebie "radośnie" pod tym postem, ale co ważniejsze - życzę Ci powodzenia w szkole (dobrze zrozumiałam?). I pytanie: co to jest za książka "Zdania angielskie w parafrazie"?

      Pozdrawiam i życzę sił do nauki.

      Delete
    4. jak tak po jakims czasie przeczytam mojego posta to dopiero wtedy widze jakiej mysli mi zabraklo, tzn. co mialam na mysli i czego nie napisalam liczac w trakcie pisania, ze czytelnik sie domysli. Nie wiem dlaczego tak robie, ale tak mi sie czasem dzieje :D dopiero pozniej komentarze otwieraja mi oczy, jak pisze, co mialam na mysli :D Takze posta troszke zmodyfikowałam ;)
      Zrozumienie wiadomosci, pism z urzedow czy artykulow z np. New York Timesa moze byc nie lada problemem dla jezykowego laika, zgadzam sie w 100% :D
      Dziekuje! i tak, dobrze zrozumialas, wlasnie zaczelam swoje pierwsze classes i teraz zamiast pisac esej to zajrzlam na bloga :D wiec wracam do pisania.
      Pozdrawiam serdecznie! :)

      Delete
    5. Delilah, ale to większość z nas tak ma, że się czasem niekonkretnie wysłowi i nie uważam tego za ujmę. Ja świetnie wiem, o co Ci biega. A co do essey'u (Freshmen Composition Course?), to pamiętaj: teza (thesis statement) powinna być ostatnim zdaniem wstępu (introduction). A potem każdy akapit (poza zakończeniem) powinień ładnie wprowadzić po jednym punkcie udowaniającym tezę. To generalna zasada, którą lubi wielu wykładowców. Powodzenia w pisaniu!

      Delete
    6. Writing 101. Heh, właśnie trzymam w rękach ogromny guide (ok 800 stron) o tym właśnie jak pisać :D Dzieki za hints :D

      Delete
  21. Aha. Writing 101. To mniej więcej to samo co "Freshman Comp". To jeszcze dorzucę garść innych inszości: unikać strony biernej (passive voice), nie zaczynać zdań od "this" (ewentualnie przejdzie, gdy dodasz rzeczownik: "This similarity...") lub od zwrotu "it is". A z interpunkcji - nie stawiać przecinka przed "because". A w ogóle to nauczyciel chętnie pomoże, gdy przed napisaniem pracy przeemailujesz mu swoją tezę (thesis statement) z zapytaniem, czy jesteś na dobrej drodze (am I on the right track). Amerykańscy wykładowcy są zazwyczaj pomocni. Jeszcze raz - powodzenia!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Takie same zasady wlasnie z tym "IT IS" czy "THIS IS" miałam właśnie, kiedy studiowałam jeszcze w Polsce fil. angielską. W ogóle też nie było mi wolno użyć słowa "it", bo zaraz było podkreślone i punkty odejmowane ;) Ale to PL.

      Delete
    2. Przecinek przed because to typowa kalka z polskiego. Takie kwiatki były zwalczane podczas pierwszego semestru na filologii angielskiej :) wydaje mi sie ze to bylo tak niedawno, a tu juz 4 lata minely od mojego 1go semestru na studiach w Polsce... normalnie nostalgia mnie dopadła teraz :D

      Delete
    3. Hej, tak ładnie uczyli Cię w Polsce pisać po angielsku? Całuj rączki profesorom ;-) Można spytać na jakiej uczelni?

      A z tym "because" - wiesz, że widzę, jak Amerykanie czasem przed nim postawią przecinek? Ciekawe dlaczego.

      Znasz zasady pisowni lepiej niż co poniektórzy Amerykańce. To pewnie i wiesz, że zaimek "od" "everyone" to nie "they"/"their" a "he"/"she","his"/"her", a że wielu wykładowców nie lubi tej formy (he/she), to najlepiej pisać w liczbie mnogiej ("they").To zmykam i jeszcze raz trzymam za Ciebie kciuki. Niech Ci się wiedzie! :-)

      Delete
    4. Tak, pierwszy rok na filologii angielskiej polega głównie na zwalczaniu kalek z polskiego i nawyków w pisaniu z języka polskiego oraz podstawowych błędów. Przez pierwsze dwa semestry miałam writing z Amerykaninem i Amerykanką na drugim roku, a dopiero na trzecim dali nam Polaka, który obrzydził nam pisanie na maxa i sprawil, ze baliśmy się długopisu i czystej kartki, bo to było writing on the spot (in class) przez 90 minut. Ten blog jest w pewnym sensie terapią po tej traumie z 3go roku;) dlatego właśnie do niedawna, zanim zaczely sie wrtg classes tutaj w USA to troche sie balam, ale juz mi minelo :) Chodzilam do Kolegium Jezykow Obcych - ponoc najlepszego w kraju jak twierdzili profesorowie, ale ja tam w rankingi nie zagladalam nigdy...

      Może dlatego stawiają przecinek przed because, bo wydaje im się, że tak powinni oddzielić jedną część zdania od drugiej.

      Co do zaimków, to prawda, nawet wyżej przeze mnie prezentowana ksiazka Thomson&Martinet mówi, że uzywanie "they" jest kolokwialne.

      Acha, zapomnialam Ci odpisac co do tej ksiazki 'zdania angielskie w parafrazie' - ksiazka jest glownie do cwiczenia sobie roznych form zdania o tym samym znaczeniu. Fajna zeby sobie urozmaicic styl pisania :)

      Delete
    5. Hej, ta książka o parafrazie to faktycznie dobra rzecz do pisania prac typu "research", bo lepiej parafrazować źródła niż cytować słowo po słowie.

      Kolegium, w którym uczą sensowni Amerykanie. Nie gadaj! Sama to przerobiłam. O Polaku, który potrafi obrzydzić ciekawy przedmiot to się nie wypowiadam...

      To w jakim mieście był to najlepsze NKJO? ;-) Nauczycielskie było? Czy samo KJO?

      Delete