Thursday, June 11, 2015

Polka w Korei... Część 1.

14 kwietnia 2015

Nie wiem co się stało, ale moja kotka zaczęła się kiepsko czuć na kilka dni przed moim wylotem do Korei. Nie miałam pojęcia co jej jest... chowała się pod łóżko, nie chciała nawet być czesana, co przecież uwielbia i o co prosi mnie kiedy tylko zbliżę się do miejsca w którym wisi szczotka. Bardzo mnie to niepokoiło... Na tyle, że trzy dni przed wyjazdem zapakowałam ją w transporter i pojechałyśmy do weterynarza. Po zbadaniu koci, zmierzeniu temperatury, pobrania próbek krwi i moczu okazało się, że kociak jest zdrowy i nie wiadomo z czego wynika jej dziwne zachowanie. Weterynarz nawet zasugerowała, że nietypowe zachowanie kotka mógł spowodować zastrzyk, który dostała w klinice kilka dni wcześniej, ale też nie jest wykluczone to, że kiedy zaczęłam się pakować na swój wyjazd do Korei, kot zwęszył, że rozłąka wisi w powietrzu i już na zapas zaczęła się stresować... Nie wiem... doświadczenie nauczyło mnie, że ze zwierzakiem wszystko jest możliwe. Całe życie byłam otoczona psami i kotami, więc wiem co może im do tych małych łebków strzelić...

Po dokładnych obserwacjach koci przez weekend widziałam małe poprawy. Zaczęła się więcej interesować różnymi przedmiotami w domu. Robiłam sobie też przerwy w nauce tylko po to by z nią pobyć, pobawić się, poprzytulać... mając nadzieję, że znów wstąpi w nią duch ześwirowanego kota, którym zazwyczaj jest, ale nic z tego, poprawy były ale raczej nie do końca przekonujące... 

W przeddzień wyjazdu (poniedziałek) zaniosłam Mitusię do weterynarza na tygodniowe "wakacje." Kupiłam jej nawet koci domek do którego będzie mogła się schować podczas gdy pomocnicy weterynarza będą zmieniali jej wodę w misce czy czyścili kuwetę. W rozmowie z weterynarzem wyrecytowałam wszystkie swoje podejrzenia co do zdrowia koci, ale Dr J. starała się rozwiać moje obawy zapewniając mnie, że ze wszystkich badań wynika, że kotek jest w pełni zdrowy...

We wtorek obudziłam się o 4:00 rano (spałam kiepsko), wzięłam prysznic, upewniłam się, że spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy i ruszyłam na lotnisko Raleigh-Durham w NC. Dobrze, że wyjechałam 3.5 h przed wylotem, bo okazało się, że znalezienie parkingu i miejsca parkingowego zajęło mi sporo czasu. W końcu jest jakaś luka pomiędzy samochodami. Parkuję. Na parkingu pusto, żadnej żywej duszy, tylko ja. Widzę, że nadjeżdża jakiś autobus, ale nie zdążyłam sie na niego załapać, bo pan kierowca postanowił na mnie nie czekać. Ale to nic, na przystanku dowiedziałam się, że autobus na lotnisko podjeżdża co 20 minut.

Jestem na lotnisku. Idę nadać bagaż główny i odebrać bilety. Szczerze mówiąc mało co pamiętam od momentu wejścia do samolotu do wylądowania w Chicago, IL. Byłam dość zmęczona i miałam ochotę tylko się położyć. Nie pamiętam nawet czy miałam współpasażera obok czy nie... W samolocie jak zwykle spałam z głową na kolanach mając nadzieję, że osoba siedząca przede mną nie spuści na mnie oparcia swojego siedzenia (co się bardzo często zdarzało!).

Jestem w Chicago... myślałam, że będę głodna, ale nie... poszłam tylko kupić jakiś napój gazowany po czym udałam się do toalety i zadzwoniłam do weterynarza by sprawdzić jak ma się kocia. "She's fine" usłyszałam po drugiej stronie. Uff...

Wchodzę na pokład Boeinga 747 linii United Airlines... Od razu zauważyłam, że nie ma indywidualnego zestawu multimedialnego. No cóż, i tak mi jakoś nie zależało. Samolot okazał się być prawie pusty. Na początku usiadłam na swoim wyznaczonym miejscu, gdzie siedziała starsza para Japończyków. Babka obok której się umiejscowiłam spojrzała na mnie i powiedziała "Zobacz jak pusto, jak nikt nie przyjdzie na te miejsca, to się przesiądziemy, co?"... Przytaknęłam z uśmiechem i zaczęłam rozglądać się za idealną miejscówką. Wybrałam miejsce zaraz przy ściance, które wydawało się puste. Przeniosłam się, ale zaraz przyszła na nie młoda kobieta z dzieckiem. No to znów się rozglądam czy są jakieś puste miejsca, idę na tył samolotu i widzę, że jest cały rząd czterech miejsc tylko dla mnie ;) Do samolotu już nikt nie wchodził, więc przeniosłam swój bagaż podręczny na upatrzone miejsce i zaraz po wystartowaniu samolotu ułożyłam się w pozycji horyzontalnej i "usnęłam"... Piszę "usnęłam" w cudzysłowie, gdyż w samolocie chyba nie da sie tak naprawdę zasnąć... to bardziej takie spanie na stand-byu z zamkniętymi oczami, ale wciąż jest się świadomym tego co dzieje się dookoła. Zwłaszcza buczenie silników nie pomaga w zasypianiu. Pilot informuje, że lot będzie trwał prawie 13 godzin. Muszę przyznać, że moje miejscówka pozwoliła mi przeżyć ten lot w miarę bezboleśnie. Pamiętam, że dostaliśmy 3 albo 4 posiłki podczas lotu. Najpierw przynieśli bułki, masło, omlet z serem, jakiś mały deser i chyba tyle. Później dostaliśmy obiad - do wyboru było danie z mięsem albo wegetariański makaron. Zawsze biorę opcję wegetariańską. Była też surówka z dressingiem, deser i chyba bułka. Byłam śpiąca więc mało pamiętam. Śniadania nie jadłam... postawiono mi je na blacie, kiedy spałam. Widziałan, że bułka była wypełniona szynką. Nie ma opcji, żadnego mięsa nie będę jadła. Oddzielnie dorzucili majonez. Było też ciastko i ... coś jeszcze, ale nie pamiętam. W sumie przez cały lot niewiele piłam, niewiele jadłam... głównie "spałam" przykryta trzema kocami. Chociaż nie nazwałabym tego kocem... bo bardziej przypominały one pieluchę tetrową zabarwioną na granatowo. Nie, ja nie żartuję.

Lądujemy w Tokio. Na lotnisku sprawdzam swój dalszy plan podróży i widzę, że na samolot do Seoulu muszę czekać jakies 2 h. Trochę pospacerowałam po lotnisku. Od razu zauważyłam aluminiowe kontenery na recykling. Plus dla Japończyków ode mnie ;)

Poniżej akcesoria do włosów, które bardzo kojarzą mi się właśnie z Japonią :)





Usiadłam później przy swojej bramce. Zauważyłam, że pewien niepełnosprawny i niewidomy mężczyzna próbuje zapytać siedzącą obok niego Azjatkę o godzinę, ale ta go nie rozumie. Wyciągnęłam więc swojego iPhona by sprawdzić która jest i natychmiast podałam czas mężczyźnie. Nawiązaliśmy prawie półtoragodzinną pogawędkę. Pan czekał na ten sam samolot, co ja. Zamierza spędzić w Seoulu dwa tygodnie. Dowiedziałam się też, że kiedyś pracował dla United Nations a teraz jeździ po świecie i pomaga innym niepełnosprawnym ludziom. Mimo tego, że nie widzi i ma pewne problemy z wysławianiem się, widać było, że cieszy się życiem. Od takich ludzi powinniśmy się uczyć samozaparcia w dążeniu do swoich celów i czerpania radości z życia :)

Wsiadam do samolotu lecącego do Seoulu. Od zmian ciśnienia zatykają mi się uszy, mało co słyszę. Jestem wykończona do granic możliwości.

Lądujemy. Lotnisko w Seoulu pamiętam jak przez mgłę. Celnik na lotnisku wypytuje mnie o to gdzie zamierzam się zatrzymać. Odpowiadam, że nie wiem, bo mój mąż gdzieś miał zabukować dla nas hotel. Informuję go, że przyjechałam odwiedzić męża i że mieszka tutaj w bazie armii amerykańskiej. Celnik pyta w której bazie. Odpowiadam, że nie wiem, nie pamiętam nazwy (serio, myślałam, że tylko jedna baza amerykańska jest w Seoulu, LOL). Celnik zagląda w mój paszport i myśli intensywnie dlaczego ta baba przyleciała z USA do Korei odwiedzić męża amerykanina, a paszport ma z Polski. Ledwie kontaktowałam więc nawet nie zorientowałam się, że mogłam pokazać mu zieloną kartę, ale mniejsza o to. W końcu wbił mi do paszportu piecząkę i mogłam odejść.

Wychodzę przez rozsuwane drzwi ze swoim bagażem. Rozglądam się w poszukiwaniu męża, który powinien już na mnie czekać. Zamiast niego podchodzi do mnie taryfiarz i pyta czy potrzebuję taksówki. Odpowiadam, że nie i dalej się rozglądam. Namolny taryfiarz znów do mnie podchodzi i pyta gdzie jadę. Ale zanim zdążyłam odpowiedzieć zobaczyłam znajomą twarz zmierzającą w moim kierunku. To mój mąż! W końcu po ponad 5 miesiącach rozłąki jesteśmy razem na te kilka dni, które spędzę w Korei. Teraz czeka nas ok. 40-50 minutowa podróż pociągiem z lotniska Incheon do bazy Yongsan.

Idziemy do hotelu na terenie bazy. Po kąpieli zasnęłam niemal natychmiast wykończona tą prawie 28 godzinną podróżą.

Widok z hotelu:


C.D.N.

P.S. Małe wyjaśnienie sytuacji. Mój mąż pojechał do Korei w październiku 2014 na rok. Postanowiliśmy, że ja zostanę w Stanach, gdyż gdybym pojechała z mężem musielibyśmy spędzić w Korei 2 lata. Nasz rok rozłąki na szczęście mija nam dość szybko :)

20 comments:

  1. Dobrą decyzję podjęliście. Lepszy rok niż 2 lata :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tez tak mysle. Niestety Korea za duzo mi nie zaoferowala. W sensie jak mowilam wczesniej - praca w bazie wojskowej jest zarezerwowana dla Koreanczykow.

      Delete
  2. Wczoraj zastanawiałam się kiedy dodasz nowego posta :D
    Biedna kicia, mam nadzieję, że wszystko z nią ok :(
    Jak podoba Ci się Korea Płd? Bardzo chciałabym zwiedzić kiedyś ten kraj :)
    Jeszcze 4 miesiące i znowu będziecie razem, oby Wam szybko zleciało! :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Z kicia wszystko ok, jak wrocilam zaczela sie zachowywac normalnie :)
      O wrazeniach z Korei napisze w kilku nastepnych postach :D Bylo ciekawie ;) inny swiat.

      Delete
  3. No i widzisz :) Martwiłaś się, gdy dowiedziałaś się o Korei,a nie jest źle :)
    Pozdrawiam!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie jest zle ;) ale zanim maz wyjechal mielismy niezla przeprawe i wiele godzin debaty co jest lepsze dla nas.

      Delete
  4. Ciekawa sprawa z tymi przyrządami do włosów ;) Tamtejsze okolice znane są z różnego rodzaju rzeczy, których próżno szukać np w Europie :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. To prawda. Do niedawna kupowalam koreanskie kosmetyki, ale jestem przeciwna testom na zwierzetach, wiec juz nie sprowadzam.

      Delete
  5. No to super !!! Ja tez sie zastanawialam dlaczego nic nie piszesz (podejzewalam, ze masz duzo nauki) i jak w koncu rozwiazalas problem wyjazdu do Korei. Fajnie sobie to ulozylas. Z jednej strony super jest pomieszkac dluzej w obcym kraju (zwlaszcza tak egzotycznym), ale z drugiej - jesli mialabys sie meczyc i dolowac tam, to lepiej jest przebolec jeden rok rozlaki niz meczyc sie dwa lata w kraju, ktorego nie jestes w stanie polubic. Fantastycznie, ze mialas mozliwosc odwiedzic meza ! Teraz czekamy na relacje z Korei i duzo, duzo zdjec :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tak, Agnieszko, dobrze przeczuwalas. Glownie mialam sporo nauki, praca, wyjazd do Korei oraz wizyta rodzicow u mnie, wiec mialam sporo na glowie, ale w koncu udalo mi sie wygospodarowac troche czasu zeby napisac na blogu :)
      Owszem fajnie by bylo pomieszkac tam rok, ale nie wiem czy chcialabym wiecej. Dwouch lat raczej nie chcialabym tam spedzic. Glownym problemem bylo to, ze w bazie wojskowej Koreanczykow traktuje sie priorytetowo jesli chodzi o prace. Ale przepękalismy i juz zostaly 4 miesiace do powrotu meza :D

      Delete
  6. Przeczytałam cały post i to, co najbardziej weszło mi do głowy to rok rozłąki :O Strasznie długo! Nie wiem jak ja bym to zniosła, ale dobrze, że - jak sama napisałaś - leci szybko!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Gorzej gdybym nie miała żadnego zajęcia - wtedy chyba bym zwariowała. Ale mam na głowie szkołe, prace, dom, opieke nad kociakem, mam swoich przyjaciol z ktorymi spedzalam swieta, dni wolne, jechalam do niego w odwiedziny, pozniej przyjechali do mnie moi rodzice i czas leci szybko :) Poza tym jestesmy juz troche przyzwyczajeni do mieszkania osobno, bo pierwszy rok po slubie on byl w Niemczech, a ja w Polsce, bo konczylam tam studia.

      A teraz zostały 4 miesiace :D Będzie dobrze! :D

      Delete
    2. No to super, że tak łatwo to wszystko da się znieść! Nic tylko brać przykład :D Chociaż mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała tego przeżywać.

      Delete
  7. Pomimo tego, że to dość obszerny post, przeczytałam go z ogromnym zainteresowaniem i do tego bardzo szybko. Myślę, że Wasza miłość jest dowodem na to, że MOŻNA! Trzeba tylko chcieć. Życzę Wam pięknych chwil spędzonych razem. Cieszcie się każdą chwilą i przyjeżdżajcie do Polski! :))

    PS Będę tu zaglądać, bo naprawdę warto! Zapraszam również do mnie.

    http://pattieslittleworld.blogspot.com/

    Pozdrawiam Pattie

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję, Kochana :D I oczywiście witam serdecznie na blogu! :D

      Delete
    2. Ja również witam bardzo serdecznie, strasznie miło mi Cię poznać :)

      Jak to robisz, że masz takie zainteresowanie na blogu? Od początku tak było?

      PS Przepraszam, że tak odbiegłam od tematu, ale mam takie wrażenie, że tylko ja czytam mojego bloga i motywacja mi trochę spada...

      Delete
    3. Nie wiem, po prostu moze dlatego, ze to lubie i czytelnocy widza, ze sie przykladam do pisania. Bylo pare potknięć, nieporozumien, czegos zapomnialam dopisac / poprawic itp. ale mam nadzieje, ze udalo mi sie te bledy sprostowac i ponaprawiac :D

      Ja tez zaczynalam z małą liczbą czytelników, a jak stuknela mi pierwsza 20, to bylam cała szczesliwa, ze az tylu ludzi chce czytac moje notki :D

      Przede wszystkim nie patrz na statystyki, bo one nie maja znaczenia. Ja moglabym swoj blog nachalnie rozreklamowac, ale stwierdzam, ze jesli ktos chce poczytac o USA i o moim zyciu to sam tutaj przyjdzie :D

      Delete
  8. Przeczytałam Twój post jednym tchem! Czekam na relację z wyjazdu :)
    Cierpliwości w oczekiwaniu na męża.Pozdrawiam :*

    ReplyDelete
  9. powiem tak- program au pair nie jest dla kazdego, serio trzeba miec troche serducha dla dzieciakow i ogromna ciwrpliwosc.... work and travel wydaje sie dobrym wyjsciem dla osob ktore na celu maja jedynie zwiedzenie stanow i przezycie przygody w usa...
    Pozdrawiam, zapraszam tez do mnie

    ReplyDelete
    Replies
    1. To prawda, sama chec wyjazdu do USA nie wystarczy. Trzeba lubic dzieci i dobrze sie czuc w ich towarzystwie. Jesli ktos nie lubi dzieci, to prawdopodobnie jego pobyt w USA zamieni sie nie w American Dream, ale Nightmare :P

      Delete