Wczorajszego wieczoru znów poszłam spać wcześniej, to i wcześnie się dziś obudziłam. Dochodzi 3:30 a.m., a ja na nogach i już nie wiem co ze sobą zrobić. Na śniadanie się tego ranka nie załapię, bo dziś dzień wyprawy nad Wielki Kanion i jesteśmy umówieni z przewodnikiem o 6:15 a.m. pod hotelem, a śniadanie w weekend serwują od 7:00 a.m. Na szczęście doświadczenie nauczyło mnie, że muszę się sama przygotowywać na głodowe ewentualności, więc wyciągnęłam swój zapas ukochanych chlebków bananowych i zrobiłam sobie kawy z ekspresu (ohydnej, swoją drogą) ;) Po takim "śniadaniu" poszłam pod prysznic, ubrałam się, przygotowałam cieplejsze okrycie, które chciałam zabrać do autobusu, łącznie z kocem, bo nad Wielkim Kanionem za dnia ponoć nie więcej niż 4 stopnie C.
Wybiła godzina 6:00 a.m., idziemy do recepcji, gdzie będziemy oczekiwać naszego autobusu. Na dworze chłodno, więc przechadzam się przy oknach i sprawdzam czy może już nasz przewodnik dojechał czy jeszcze nie. O 6:15 a.m. wyszliśmy na zewnątrz. Po kilku minutach pod hotel podjechał biały mini bus...Czy to nasz? - zastanawiałam się, jednak po chwili z busa wyskoczył rozweselony mężczyzna w wieku ok. 40 - 45 lat i z szerokim uśmiechem ruszył w naszym kierunku. Już wiedzieliśmy, że to nasz przewodnik. Rich, bo tak miał na imię, przywitał się z nami, zapytał o nasze imiona i kiedy usłyszał moje, zapytał skąd jestem, na co zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że z Polski, bo pomyślałam, że pewnie po lekkim akcencie mógł się domyślić, że jestem nietutejsza. "Good to have you", powiedział Rich i zaprosił nas do busa. W busie siedziały już dwie osoby, kobieta i mężczyzna, jak się później okazało, byli to Kanadyjczycy. Rich przedstawił nas pozostałym pasażerom, a na koniec dodał "and they are from Poland", co musiałam sprostować, informując, że mój mąż jest z Kalifornii ;)
No i zaczęła się nasza całodzienna wycieczka nad Grand Canyon. Przed nami jakieś 3 - 4 godziny jazdy busikiem. Busik miał chyba 10 albo 12 miejsc, nie licząc kierowcy, a nas było tylko czworo pasażerów, więc mogłam zmieniać siedzenia wedle upodobania i ściągać do swojego aparatu co ciekawesze widoczki zza okna - niektóre zdjęcia mogą być trochę rozmazane.
Chyba najbardziej zaskakującym elementem podróży był zmieniający się po drodze krajobraz, co zaraz zobaczycie na zdjęciach. Kiedy wyjechaliśmy kilka mil poza Phoenix, zniknęły palmy, a zostały jedynie kaktusy, kępki trawy, łyse skały i góry, nastepnie ziemia zaczęła zmieniać się z ciemno pomarańczowej na prawie bordowo-czerwoną, góry w tych kolorach skał wyglądały zjawiskowo. Kilkadziesiąt mil później pojawiły się wysokie drzewa iglaste, góry nimi porośnięte, rzeczki, strumyki, wodospady, góralskie chatki i śnieg, trochę jak w polskich górach, a kiedy ten krajobraz zniknął nam z oczu, kolejnym widokiem, który było nam dane podziwiać były rozległe stepy porośnięte złocisto-żółtawą trawą, a wokół pagórki, góry jak i doły i jakby pęknięcia w ziemi (coś jak mini kanioniki ;) )
Kilkanaście mil poza Phoenix:
Skały zaczynają zmieniać kolor na czerwony, kiedy zbliżaliśmy się do Sedony:
Powyżej: Xanadu of Sedona - to prywatna posiadłość kształtem przypominająca jajka wielkanocne pomalowane w kolorach tęczy, aby przyciągnąć uwagę. Jajka zbudowano z betonu i stali. Ponoć dom o tym kształcie może przetrwać każdy zły humor matki natury - trzęsienia ziemi, tornada, huragany czy tsunami. Są to także domy energooszczędne, w których zużywa się o połowę mniej energii niż w zwyczajnych domach.
Krótki postój na zatankowanie busa:
Poniżej: Bell Rock, in the Village of Oak Creek :)
A tutaj kilka zdjęć, które zrobiłam podczas postoju. Widoki z każdą milą były coraz bardziej zapierające dech w piersiach. Czasem nie wiedziałam do której szyby w samochodzie się przykleić, żeby zobaczyć jak najwięcej :)
To białe autko, które stoi na parkingu, to busik którym przyjechaliśmy. Szczerze mówiąc, spodziewałam się wielkiego autobusu z gromadą ludzi i skrzeczącym przewodnikiem, ale nic z tych rzeczy. Można było zauważyć, że firma idzie na jakość, a nie na ilość, co bardzo mnie ucieszyło. Dzięki temu, że oprócz mnie i męża, na wycieczkę zabrała się tylko para Kanadyjczyków, każdy z nas mógł swobodnie pogadać z przewodnikiem, który posiadał ogromną wiedzę na temat regionu, jego roślinności, zwierząt, plemion indiańskich, architektury mniejszych i większych miejscowości no i oczywiście po drodze dostarczał nam informacji na temat Wielkiego Kanionu. Przeodnik pełnił także funkcję kierowcy, a dzięki temu, że mówił do mikrofonu, można było go dobrze usłyszeć z każdego miejsca w busie.
Podczas podróży najwięcej pytań do przewodnika miał siedzący z przodu Kanadyjczyk, który także posiadał ogromną wiedzę zwłaszcza na temat Indian. Jego pytania zdawały się nie mieć końca, ale przyjemnie się słuchało obu panów :D
Czas ruszyć dalej...
Wjechaliśmy do rezerwatu Indian Navajo
Zdjęcia powyżej jak i poniżej przedstawiają warunki w jakich mieszkają Indianie:
Około godziny 12:00 p.m. wpadliśmy do jendej z restauracji w rezerwacie Indian, gdzie mogliśmy zamówić jakieś lokalne danie. Wybraliśmy Mini Navajo Taco (zajeżdża mi tu Meksykiem:P), ale to danie zostało podane na przepysznym smażonym chlebku indiańskim, którego składniki planuje wkrótce zamówić i zrobić taki chlebek w domu :)
Obok restauracji był także sklep z pamiątkami, gdzie mogliśmy zakupić indiańskie jak i nieindiańskie wyroby ;) Ja skupiłam się na tych pierwszych, bo tylko takie souveniry mnie interesowały :) ale o tym w nastęopnym poście :)
T.B.C...
Wybiła godzina 6:00 a.m., idziemy do recepcji, gdzie będziemy oczekiwać naszego autobusu. Na dworze chłodno, więc przechadzam się przy oknach i sprawdzam czy może już nasz przewodnik dojechał czy jeszcze nie. O 6:15 a.m. wyszliśmy na zewnątrz. Po kilku minutach pod hotel podjechał biały mini bus...Czy to nasz? - zastanawiałam się, jednak po chwili z busa wyskoczył rozweselony mężczyzna w wieku ok. 40 - 45 lat i z szerokim uśmiechem ruszył w naszym kierunku. Już wiedzieliśmy, że to nasz przewodnik. Rich, bo tak miał na imię, przywitał się z nami, zapytał o nasze imiona i kiedy usłyszał moje, zapytał skąd jestem, na co zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że z Polski, bo pomyślałam, że pewnie po lekkim akcencie mógł się domyślić, że jestem nietutejsza. "Good to have you", powiedział Rich i zaprosił nas do busa. W busie siedziały już dwie osoby, kobieta i mężczyzna, jak się później okazało, byli to Kanadyjczycy. Rich przedstawił nas pozostałym pasażerom, a na koniec dodał "and they are from Poland", co musiałam sprostować, informując, że mój mąż jest z Kalifornii ;)
No i zaczęła się nasza całodzienna wycieczka nad Grand Canyon. Przed nami jakieś 3 - 4 godziny jazdy busikiem. Busik miał chyba 10 albo 12 miejsc, nie licząc kierowcy, a nas było tylko czworo pasażerów, więc mogłam zmieniać siedzenia wedle upodobania i ściągać do swojego aparatu co ciekawesze widoczki zza okna - niektóre zdjęcia mogą być trochę rozmazane.
Chyba najbardziej zaskakującym elementem podróży był zmieniający się po drodze krajobraz, co zaraz zobaczycie na zdjęciach. Kiedy wyjechaliśmy kilka mil poza Phoenix, zniknęły palmy, a zostały jedynie kaktusy, kępki trawy, łyse skały i góry, nastepnie ziemia zaczęła zmieniać się z ciemno pomarańczowej na prawie bordowo-czerwoną, góry w tych kolorach skał wyglądały zjawiskowo. Kilkadziesiąt mil później pojawiły się wysokie drzewa iglaste, góry nimi porośnięte, rzeczki, strumyki, wodospady, góralskie chatki i śnieg, trochę jak w polskich górach, a kiedy ten krajobraz zniknął nam z oczu, kolejnym widokiem, który było nam dane podziwiać były rozległe stepy porośnięte złocisto-żółtawą trawą, a wokół pagórki, góry jak i doły i jakby pęknięcia w ziemi (coś jak mini kanioniki ;) )
Kilkanaście mil poza Phoenix:
Skały zaczynają zmieniać kolor na czerwony, kiedy zbliżaliśmy się do Sedony:
Powyżej: Xanadu of Sedona - to prywatna posiadłość kształtem przypominająca jajka wielkanocne pomalowane w kolorach tęczy, aby przyciągnąć uwagę. Jajka zbudowano z betonu i stali. Ponoć dom o tym kształcie może przetrwać każdy zły humor matki natury - trzęsienia ziemi, tornada, huragany czy tsunami. Są to także domy energooszczędne, w których zużywa się o połowę mniej energii niż w zwyczajnych domach.
Krótki postój na zatankowanie busa:
Poniżej: Bell Rock, in the Village of Oak Creek :)
A tutaj kilka zdjęć, które zrobiłam podczas postoju. Widoki z każdą milą były coraz bardziej zapierające dech w piersiach. Czasem nie wiedziałam do której szyby w samochodzie się przykleić, żeby zobaczyć jak najwięcej :)
![]() |
| Bell Rock |
To białe autko, które stoi na parkingu, to busik którym przyjechaliśmy. Szczerze mówiąc, spodziewałam się wielkiego autobusu z gromadą ludzi i skrzeczącym przewodnikiem, ale nic z tych rzeczy. Można było zauważyć, że firma idzie na jakość, a nie na ilość, co bardzo mnie ucieszyło. Dzięki temu, że oprócz mnie i męża, na wycieczkę zabrała się tylko para Kanadyjczyków, każdy z nas mógł swobodnie pogadać z przewodnikiem, który posiadał ogromną wiedzę na temat regionu, jego roślinności, zwierząt, plemion indiańskich, architektury mniejszych i większych miejscowości no i oczywiście po drodze dostarczał nam informacji na temat Wielkiego Kanionu. Przeodnik pełnił także funkcję kierowcy, a dzięki temu, że mówił do mikrofonu, można było go dobrze usłyszeć z każdego miejsca w busie.
Podczas podróży najwięcej pytań do przewodnika miał siedzący z przodu Kanadyjczyk, który także posiadał ogromną wiedzę zwłaszcza na temat Indian. Jego pytania zdawały się nie mieć końca, ale przyjemnie się słuchało obu panów :D
Czas ruszyć dalej...
Wjechaliśmy do rezerwatu Indian Navajo
Od przewodnika dowiedzieliśmy się, że młodzi Indianie uciekają z rezerwatu, bo nie ma tam zbyt dużo do roboty. Wyjeżdżają z rezerwatu by skończyć studia i szukać pracy gdzie indziej, ponieważ wiedzą, że gdyby zostali, to prawdopodobnie musieliby zajmować się wyrobem biżuterii i ozdób, garncarstwem albo hodowlą bydła, a nie każdemu takie życie odpowiada. Ogólnie, nasz przewodnik podsumował rezerwat Indian w takimi słowami "There is so much to see but not much to do"...
Zdjęcia powyżej jak i poniżej przedstawiają warunki w jakich mieszkają Indianie:
Około godziny 12:00 p.m. wpadliśmy do jendej z restauracji w rezerwacie Indian, gdzie mogliśmy zamówić jakieś lokalne danie. Wybraliśmy Mini Navajo Taco (zajeżdża mi tu Meksykiem:P), ale to danie zostało podane na przepysznym smażonym chlebku indiańskim, którego składniki planuje wkrótce zamówić i zrobić taki chlebek w domu :)
Obok restauracji był także sklep z pamiątkami, gdzie mogliśmy zakupić indiańskie jak i nieindiańskie wyroby ;) Ja skupiłam się na tych pierwszych, bo tylko takie souveniry mnie interesowały :) ale o tym w nastęopnym poście :)
T.B.C...





















































































































