Sunday, July 20, 2014

Czego brakuje mi w Polsce (czy ogólnie w Europie)?

Piszę ten post na spontanie. Znalazłam dwie nisze, które być może warto wypełnić ;)

Moje pierwsze pytanie brzmi: Gdzie się podziały polskie wyroby?

Mamy przecież cudowne bursztyny, piękne, ręcznie wypalane góralskie szkatułki, a tymczasem moje miasto i jego okolice zasypuje jakiś chiński szajs. Zadałam sobie to pytanie kiedy szukałam typowo polskich wyrobów, które mogłabym sprezentować moim znajomym ze szkoły w USA jako typowo polską pamiątkę. Wczoraj miałam okazję być po raz pierwszy od kilku lat nad Bałtykiem. Odwiedziłam Mrzeżyno i byłam bardzo miło zaskoczona jak ta mała, przytulna mieścina zmieniła się na lepsze. Przybyło chodniczków,  niektóre starsze, straszące niegdyś budynki zostały pięknie odrestaurowane, przybyło ciekawych restauracji, ale zauważyłam, że znalezienie typowo nadbałtyckiej pamiątki oprócz pocztówek graniczy z cudem. Podobny "trend" miał miejsce również w Montenegro. Kiedy szuka się wyrobu typowo lokalnego dla danego miejsca, trudno zadowolić się wyprodukowanym w Chinach talerzykiem, ze sztucznym nadrukiem i napisem "Mrzeżyno" czy "Tivat" (Montenegro). A tego typu pamiątek jest cała masa. Czyżby ostatnią nadzieją na znalezienie czegoś ręcznie wyprodukowanego w danym miejscu były nasze polskie góry? W Zakopanem np. można znaleźć mnóstwo drewnianych szkatułek, struganych figurek, lasek, wyrobów z rzemyków, skórzanych, pierdzących podczas chodzenia kierpców itp. A nad polskim morzem? Tam znajdziemy statek lub figurkę przedstawiającą marynarza czy mewę, oczywiście made in China, na której ktoś przykleił malutką tabliczkę z napisem "Kołobrzeg,""Pobierowo," "Mrzeżyno." Ewentualnie znajdziecie też koszyczki z muszlami, które w Bałtyku nie występują. Niestety znad morza wróciłam tylko z pocztówkami, magnesem na lodówkę i muszelkami, które sama uzbierałam na plaży, a miałam nadzieję kupić choć bransoletkę z bursztynów z Bałtyku. 

Niestety ponieważ w polskich górach nie miałam okazji być podczas tej wycieczki do ojczyzny, byłam zmuszona zamówić kilka lokalnych szkatułek online.

W moim miasteczku, mimo, że mamy sporo sklepów, gdzie mozna kupić drewniane szkatułki, każda którą trzymałam w rękach była... made in China. Nie wyobrażam sobie podarować komuś pamiątki z Polski, która została wyprodukowana w Chinach! That just sounds wrong! Gdzie nasze lokalne produkty?

Kawa dla kierowców?

Podczas tegorocznego pobytu w Polsce i innych krajach europejskich dużo jeździliśmy autkiem, a jak wiadomo po dłuższej jeździe człowiek zaczyna mieć zachcianki. Mnie najbardziej brakowało kawy, moim rodzicom z resztą też. Tylko żeby taką kawę dostać, musieliśmy zatrzymać się albo na stacji benzynowej albo w przydrożnej restauracji i dostawało się kawę albo w papierowym kubku bez dekielka, albo po prostu w filiżance i trzeba było tę kawę wypić na miejscu. Czasem nie chciało mi się wysiadać specjalnie z auta, po to tylko żeby napić się kawy, bo np. podczas naszych wieczornych postojów na zewnątrz było zimnawo. Marzyłam wtedy o przydrożnych coffee shopach jak Starbucks (tak, wiem, że one w Polsce są, ale nie ma ich tak wiele jak w USA) czy Dunkin' Donuts. Marzyłam też o tzw. "drive thru," gdzie nie trzeba wychodzić z auta, bo kawę podają ci z okienka, do którego podjeżdżasz. Ale najbardziej brakowało mi kubków z dekielkiem, które można zabrać ze sobą do auta i z których można popijać kawę w czasie jazdy bez obawy, że zaplamimy swoje ciuchy czy tapicerkę. Oj jak tego brakowało! Już nie wymagam drive thru, ale żeby możnabyło kupić kawę na wynos! ;)

Monday, July 7, 2014

Trampki w Biznes Klasie czyli Podróż USA - Polska - Montenegro

Był prawie 38 stopniowy upał, kiedy weszłam na lotnisko w Fayetteville, NC. Szybko jednak po przejściu przez oszklone, atomatycznie otwierające się drzwi poczułam nieprzyjemne zimno, które niemal natychmiast wywołało reakcję na moim ciele w postaci gęsiej skórki. Nadałam bagaż główny, odebrałam bilety i przeszłam przez security. Czuję, że tutaj klimatyzacja rozkręcona jest na maksa. Mieszkam w Stanach już zbyt długo, żeby się na taka ewentualność nie przygotować. Gdybym została w szortach i bluzce z krótkim rękawkiem w których przyjechałam na lotnisko, pewnie do Polski przywiozłabym jakąś grypę. Pospiesznie wyciągnęłam ciepłą bluzę i spodnie dresowe z podręcznej torby i ubrałam je na siebie. Jest cieplej, ale nie idealnie, jeszcze trochę sie trzęsę. Zostały mi jakieś 2 godziny do odlotu mojego turbośmigłowca, którego żartobliwie nazywam latającym klimatyzatorem, więc postanowiłam trochę pochodzić po lotnisku. Czuję, że obcierają mnie moje nowe Converse'y, ale nie dbam o to. Mam ochotę coś przekąsić, ale niestety na tym lotnisku jedyne miejsce z czymś co przypomina żarcie, bo jedzeniem tego nie nazwę, są automaty. Wiedziałam już gdzie się kierować, bo nie byłam na tym lotnisku pierwszy raz. Widzę, że przy automacie stoi mężczyzna, na oko jakieś 45-50 lat. "Zamierza coś kupić, czy po prostu tak sobie tam stoi?" zastanawiam się... Po chwili facet zorientował się, że czekam na swoją kolej do automatu. "Przepraszam, nie chciałem blokować dojścia, chciałem tylko postać przy klimatyzacji. Tutaj jest tak gorąco, a ja jestem z Alaski" - tłumaczy się pośpiesznie nieznajomy. "Tak, jest gorąco, ale nie tutaj tylko na dworze" - odpowiadam. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie, zmierzył mnie spojrzeniem od góry do dołu, więc zapewne zauważył, że opatulona jestem po sam nos. "Where are you from?" - zapytał. "Poland. Actually, I am flaying to Poland today. I'm going to visit my family that I haven't seen for over a year" - odpowiadam. "I'm sure they all worry about you" - zgaduje Alaskanin. "I don't know about that... They should know my husband takes care of me"- odpowiadam. "They miss you so much, I guess" - ponownie zgaduje nieznajomy. "Yeah, and I miss them too" - przyznaję i wyciągam z automatu cos na kształt pączka. "Hope you have a wonderful day" - żegnam się z Alaskaninem. "Thank you! Have a safe flight!" - odpowiada. Wracam do swojej bramki.

Lot do Charlotte minął spokojnie, choć miałam obawy, że tak jak w zeszłym roku zacznie rzucać turbośmiegłowcem, a ten zatrzeszczy w rytm podskoków na powietrznych wybojach i przyprawi mnie o zimne poty i szybsze bicie serca. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Wychodząc z samolotu znów poczułam jak piją mnie buty i to do takiego stopnia, że byłam zmuszona iść kalekim chodem. Ruchome chodniczki na lotnisku trochę ułatwiły mi życie. Kiedy natknęłam się na pierwszy sklep w strefie bezcłowej od razu weszłam zapytać o plastry. Przykleiłam je na każdym otarciu na stopach i przez chwilę miałam wrażenie, że mogę iść. Niestety plastry zaczęły się zsuwać i znów czułam pieczenie przy każdym kroku. Pewnie zastanawiacie się dlaczego zdecydowałam się wybrać w tak długą podróż w nowych trampkach... Miałam zabrać ze sobą trzy pary butów - sandały, balerinki i trampki. Najlżejsze wrzuciłam do bagażu, który i tak już pękał w szwach, a jego waga zbliżała się niebezpiecznie do limitu, więc pomyślałam: "A co mi tam, to tylko 16 h w podróży, a trampki i tak zdejmę w samolocie do Europy" ;) Cała ja...


Oczekując na samolot do Monachium jak zwykle strasznie zgłodniałam. Wybrałam się do sklepu z ponoć zdrową żywnością, wybrałam dwie kanapki z kurczakiem i warzywami oraz wodę w butelce o kształcie lodowca i zapłaciłam $22 (trochę mi ochy wyszły na wierzch przy tej cenie, no ale to jest lotnisko, tutaj zostaniesz obdarty ze skóry ;)).

W samolocie do Monachium (leciałam Lufthansą) trochę rozczarowało mnie miejsce w którym miałam siedzieć... Znajdowało się ono w tej części samolotu, gdzie ściana dzieli biznes klasę z klasą ekonomiczną. Plus, że nie było przede mną pasażera, bo przynajmniej mogłam spać spokojnie z głową na kolanach bez obaw, że mnie ktoś w nią huknie kiedy bez ostrzeżenia postanowi rozłożyć fotel do pozycji pół-leżącej. Minus natomiast był taki, że nie było absolutnie miejsca na to abym mogła rozprostować nogi. Musiałam poradzić sobie w inny sposób i kiedy stewardessy zgasiły światło po obiedzie rozprostowałam nogi ładując swoje trampki w alejkę klasy biznesowej. Tam też je zsunęłam i mogłam tak "leżeć" w poprzek aż do pory śniadaniowej ;)

Acha, na obiad podano do wyboru danie mięsne - ziemniaki z kurczakiem lub wegetariański makaron w kremowym sosie z suszonymi pomidorami. Wybrałam to drugie. Do tego dostaliśmy też serki, bułkę, masełko, kawałek ciasta, herbatnik i oczywiście napój do wyboru. Na śniadanie była muffinka i granola bar (taki batonik z posklejanych nasionek, owsianki i orzeszków).

Ten lot równiez odbył się nadzwyczaj spokojnie. Każdy mój poprzedni rejs przez ocean fundował atrakcje w postaci turbulencji na środku Atlantyku, a ten... ech nudy ;) Widzicie jakie to dziwne... Kiedy myślę o turbulencjach w małych samolotach, to mam zimne poty, ale w tych dużych boeingach, airbusach już mi nie przeszkadzają.

Wylądowaliśmy w Monachium. Buty zdarły mi skórę, czułam to, ale szłam uparcie przed siebie nie zwracając uwagi na ból. Dochodzę do ostatniej bramki podczas tej podróży. Słyszę znajomy język polski, staję przy barierkach i dysząc pod ciężarem bagażu podręcznego wybieram numer do taty by poinformować domowników gdzie jestem. Kilka minut później jechałam już autobusem do samolotu. Ostatni rejs, mimo, że odbywa się samolotem małych rozmiarów odbieram już lajtowo. Jestem zbyt zmęczona, żeby martwić się o turbulencje lub to czy podwozie wyjdzie czy nie ;)


Wylądowaliśmy w Poznaniu. Stanęłam przy taśmie by odebrać swój bagaż główny i tym razem miałam przeczucie, że jednak go nie zgubili. Byłaby trochę kicha, gdyby tak się stało, bo tego samego dnia planowałam zapakować się w samochód z rodzicami i pojechać z nimi do Czarnogóry / Montenegro. Byłam przygotowana na tę ewentualność i maskę i fajkę do snurkowania zapakowałam w bagaż podręczny. Płetwy do pływania zamówiłam przez internet i zostały one dostarczone do mojego domu w Polsce. Wzięłam też trochę bielizny, kilka bluzek i szortów do podręcznej torby. Nie chciałam czekać z wyjazdem aż do dnia w którym znaleźliby mój bagaż, nawet jeśli miałoby to miejsce już dnia następnego. Na szczęście po kilkunastu minutach zobaczyłam znajomo wyglądającą walizkę - to moja! :)

Jak zwykle moja mama wita mnie ze łzami w oczach a tato z szerokim uśmiechem ;) Pakujemy się w samochód i jedziemy do domu. Zdążyłam się wykąpać, przebrać i zjeść obiad. Tego samego dnia czekała mnie kolejna podróż tym razem prawie 24-godzinna. Jedziemy do ukochanego kraju mojego taty - Montenegro. Połowę drogi przespałam i wydawało mi się, że podróż mija nam szybko i tak tez było dopóki jechaliśmy przez Polskę, Czechy, Austrię i Słowenię. Wjeżdżając do Chorwacji miałam nadzieję, że mamy już 70% trasy za sobą, ale nie. Podróż przez Chorwację i później Bośnię, znów Chorwację i Montenegro trwała niemal tyle samo co pokonanie poprzednich państw. Ale w końcu jesteśmy na miejscu. Witaj Tivacie!



Friday, May 23, 2014

Problemy w szkole ESL...

Na początku tego tygodnia postanowiłam pojawić się na zajęciach ESL. Podczas semestru wiosennego na studiach byłam w szkole ESL tylko raz i to na bardzo krótko. Póżniej nie miałam już czasu ani siły, żeby wszystko ogarnąć. Teraz jednak bardzo cieszę się, że w przerwie pomiędzy semestrami mogę wbić do szkoły by odwiedzić starych znajomych i poznać kogoś nowego.

Przyszłam do szkoły ESL w poniedziałek. Weszłam do klasy bez wcześniejszego uprzedzenia, więc nikt nie spodziewał się, że w ogóle zamierzam wrócić. Nauczycielka jednak widząc mnie w drzwiach od razu wstała zza biurka i podeszła, żeby mnie uściskać. Wiedziała, że wróciłam by jej pomóc i z nadzieją w głosie spytała czy zostaję na dłużej. Zostanę aż do mojego wyjazdu do Europy, a póżniej wrócę jeszcze zanim zacznie się semestr jesienny na studiach.

Jakie zmiany w klasie? Dość spore! Właściwie to klasa zamieniła się w Amerykę Łacińską. Mamy 4 uczniów z Meksyku, kolejnych 3 z Puerto Rico, 1 uczennicę z Peru i 1 z Kolumbii. Są jeszcze 3 Koreanki i oprócz mnie jedna Polka! :) Na przerwach i w porze lunchu nie słychać więc innego języka niż español. Zauważyłam też coś dziwnego - Koreanki ze sobą nie rozmawiają. Na początku pomyślałam, że może to przez to, że siedzą w różnych miejscach i są na różnym poziomie z językiem, ale okazuje się, że to jest tylko część prawdy.

Pamiętacie, kiedy pisałam Wam o Koreance o imieniu K., z którą miałam problem? Na początku nie była do mnie przyjaźnie nastawiona i nie podobało jej się, że jestem... hmm... liderem (?) w grupie. Przypuszczam, że nie podobało się jej też to, że jestem od niej o wiele młodsza i na dodatek to ja wydawałam polecenia kiedy pracowaliśmy w grupach. Ale po jakimś czasie to się zmieniło i przestała się obrażać, kiedy mówiłam jej, że jakieś zadanie wykonała źle i próbowałam ponownie wytłumaczyć reguły. Okazało się, że kiedy w lutym odeszłam ze szkoły ESL żeby skupić się na studiach, Koreanka znów zaczęła robić kwas w grupie. Uwierzcie lub nie, ale zaczęła wydzwaniać do szefów naszej nauczycielki, oraz do dyrektora i skarżyć się, że ona marnuje czas na zajęciach ESL, bo zamiast "wiecznie tłuc gramatykę," to nauczycielka poświęca czas tym, którzy są na początkującym poziomie i uczy ich alfabetu, żeby umieli m.in. przeliterować swoje imię i nazwisko (a tutaj w USA ciągle się o to prosi szczególnie w rozmowach telefonicznych z bankiem, lekarzem itp.). Koreanka ma problem z pogodzeniem się z faktem, że ta klasa ESL jest złożona z ludzi na różnym poziomie, a klasy z podziałami na poziom są dostępne jedynie na głównym kampusie (i nie wiem dlaczego się nie przeniosła tam, skoro uważa się za taką advanced ;)). Skarżyła się też na to, że ludzie z Ameryki Łacińskiej rozmawiają między sobą po hiszpańsku i że na pewno mówią o niej jakieś złe rzeczy, co jest totalną bzdurą, bo nikt się ową Koreanką tak nie fascynuje, żeby o niej wiecznie gadać. 

We wtorek Koreanka strzeliła focha podczas przerwy śniadaniowej, spakowała się i wyszła, a następnie zadzwoniła do dyrektora ze skargą, że sytuacja w klasie była nie do zniesienia, gdyż nikt się do niej od rana nie odezwał. LOL. A to też bzdura, bo kiedy weszłam do klasy, to się z nią przywitałam i nawet zamieniłyśmy kilka słów i zrobiłam to z uśmiechem na twarzy jak zawsze. Poza tym zazwyczaj przez pierwsze dwie godziny praktycznie nikt nie rozmawia, bo pierwsza godzina to tzw. self-study, gdzie każdy pracuje nad swoimi ćwiczeniami i wtedy jest taka cisza, że można kreta pod ziemią usłyszeć, a druga godzina zajęć to powtarzanie słownictwa z naczycielką itp., więc do przerwy śnaidaniowej nikt zazwyczaj nie zamienia ze sobą zdania. 

Ja na Koreankę mam totalnie... wyjechane. Latynosi też się nia jakoś nie przejmują i zazwyczaj śmieją się z tych jej fochów. Natomiast zdaję sobie sprawę z tego, że są w grupie ludzie których uwagi Koreanki mogą dotknąć. Nawet nauczycielka mówi, że Koreanka jest jedyną osobą, która trzy razy już wypisywała się z zajęć i trzy razy wracała na zajęcia, bo za każdym razem nie mogła się dogadać z kimś z grupy. W sumie nikt nie może zabronić jej chodzenia na zajęcia, a dyrektor szkoły boi się, że ta wściekła baba z Koreii jest zdolna do tego by pozwać całą szkołę. 

W środę dyrektor przyszedł do nas na zajęcia aby zobaczyć jak Koreanka pracuje z grupą, ale sama zainteresowana nie raczyła się pojawić. Dyrektor czekał na nią całą godzinę i w końcu poszedł ostrzegając, że przyjdzie nastepnego dnia. Po wyjściu dyrektora zaczęliśmy zastanawiać się co właściwie moglibyśmy mu powiedzieć o Koreance. Każdy miał swój pogląd na sytuację. Latynoski twierdziły, że może Koreanka nie lubi ludzi z Ameryki Łacińskiej, ale prawda jest taka, że ona chyba nikogo nie lubi. Przed Latynosami były Rosjanki, a po Rosjankach Polki ;) Z każdym miała jakiś problem, a zwłaszcza wtedy, kiedy osoba młodsza znała angielski lepiej niż ona i próbowała jej (Koreance) pomóc.

Dzisiaj (czwartek) przyszedł dyrektor i przyszła też Koreanka. Mieliśmy więc nadzieję na konfrontacje i wymianę zdań na temat zaistniałej, toksycznej sytuacji, ale nie... Dyrektor zrobił prezentację na temat "hot wash" czyli rozwiązywaniu problemów po zaistniałej (jakiejś) sytuacji. Odniósł się do tego zupełnie bezosobowo, zadawał ogólne pytania na temat tego co nas rozprasza w klasie (telefony, rozmowy itp.), jak rozwiązywać problemy (poprzez komunikowanie się) i to by było na tyle. Po prezentacji wyszedł, a Koreanka zerwała się z miejsca i poleciała za nim jak burza (zapewne z kolejnymi skargami)... Nasza nauczycielka została na czas prezentacji wyproszona, a po jej powrocie powiedzieliśmy, że ten bezosobowy slideshow nic nie zmienił, bo 'drażliwy temat' nie został w ogóle poruszony. 

I co teraz? Godzić się na tę sytuację i ignorować Koreankę czy może schować polityczną poprawność między bajki i powiedzieć, że ma spier.....? ;) Lubię klarowne sytuacje. Prawda jest taka, że Koreanka sama zaczęła na siłę szukać problemów, bo pewnie nie ma nic lepszego do roboty i nikt jej w grupie nie trawi. Myślę, że mam prawo też twierdzić, że ma jakiś kompleks wyższości. Uważa, że skoro jest starsza to należy jej się szacunek. Oprócz mnie były też inne osoby, które starały się Koreance pomóc w angielskim i owszem były to osoby dużo młodsze i na wyższym poziomie znajomości języka. Z tego co słyszałam, Koreanka każdy wytknięty błąd traktowała jako atak na jej osobę, a nie próbę pomocy. Przez to m.in. bardzo ciężko się z nią pracowało (także mnie). 

Zupełnie inaczej natomiast pracuje mi się z Latynosami. To są tak kochani ludzie, że aż trudno uwierzyć jakie stereotypy można o nich usłyszeć. Zawsze chętnie im pomagam, kiedy maja problem z jakimś zadaniem, a oni nie boją się pytać. Mówią otwarcie, że czegoś nie rozumieją i potrzebują pomocy, a kiedy wyjaśnię im jakieś zadanie i zrobią kilka kolejnych przykładów dobrze, widać jak bardzo są z tego powodu szczęśliwi. Po zajęciach zawsze dziękują mi za pomoc i chwalą mnie przed nauczycielką, że tak dobrze im się ze mna pracuje. Kiedyś nawet jedna z Latynosek stwierdziła, że Bóg przysłał mnie do nich, żebym mogła im pomóc, a inna powiedziała, że chciałaby być taka jak ja, uwierzycie? Chyba nigdy przedtem nie usłyszałam o sobie tylu dobrych słów. Nie wspomnę już o tym, że teraz na dodatek oni pomagają mi przyswajać hiszpański i robią to z ogromnym zaangażowaniem, a kiedy mówię do nich w tym języku zawsze uśmiechają się i chwalą mówiąc "Very good, very good, you have no accent!" (choć i tak wiem, że przesadzają, ale oto jacy są kochani :)).

No to zostaję w klasie ESL znów na trochę dłużej :)