Monday, January 23, 2012

Bagaż główny - Boston - przygotowania. Part 4.

Tak patrzę na pogodę w Bostonie i widzę, że różowo nie jest... tzn. różowe to mogą być moje policzki, albo cała twarz z zimna. Na pewno płaszcz, rękawiczki, ciepły szalik, czapka, a pod spodem sweter, długie spodnie i niezawodne buty - śniegowce, będą moim zestawem wyjściowym. Brrr... nie lubię zimy. Kiedy byłam młodsza, mogłam jeździć na sankach i ślizgać się na zamarzniętej tafli jeziora i mróz gryzący moje policzki oraz prószący śnieg, który wpadał do oczu mi nie przeszkadzały. Co tu dużo mówić, starzeję się. Powróćmy więc do wycieczki...

Zaczynamy pakowanie głównego bagażu, ale zanim to nastąpi zastanówmy się czego zwykle zapominaliśmy zabrać ze sobą w podróż. Lista będzie dość szczegółowa ;)

Kosmetyki i przybory toaletowe i takie tam babskie sprawy:
1. gąbka (zawsze zapominam kupić sobie gąbkę, a w hotelach zwykle nie ma!)
2. szczoteczka do zębów
3. pasta do zębów
4. płyn do płukania jamy ustnej
5. żel pod prysznic
6. szampon do włosów
7. szczotka do włosów
8. krem do twarzy
9. podkład
10. jedna mała paleta z cieniami
11. pędzle i gąbki do makijażu
12. tusz do rzęs
13. jakiś błyszczyk (no co? lubię dobrze wyglądać ;) )
14. pianka do mycia twarzy, tonik i krem (taki mój mały zestaw)
15. kilka wacików
16. jakiś mini lakier do paznokci
17. tabletki przeciwbólowe (bo kto wie kiedy coś nas napadnie - mnie napadają bóle brzucha :P )
18. mydełko
19. pilniczek
20. odżywka do włosów (plączą mi się przy czesaniu jak tego nie użyję :( )
21. jakaś mini perfuma :)
22. gumki do włosów
23. mini rolka do czyszczenia odzieży
24. antyperspirant

Odzież, okrycia etc.
1. płaszcz
2. rękawiczki
3. czapka
4. szalik
5. śniegowce
6. sweter
7. bluza
8. wszystko to, co kwalifikuje się do "under armour" :P
9. żakiet
10. buty... nie, tym razem nie 5 par, ale zabiorę jedną zimową parę na obcasie, a co! :)
11. leggingsy
12. kilka bluzek
13. a tunikę też zabiorę
14. nie wiem czy brać okulary przeciwsłoneczne? Wiem, że zimą jest mało słońca, ale czasem jak wyjdzie, światło odbija się o śnieg i nic nie widzisz dopóki oczy się nie przyzwyczają ;)

Sprzęty elektroniczne itp.
1. aparat fotograficzny + ładowarka + etui
2. przełącznik napięcia
3. prostownica
4. przewód od telefonu (który podłącza się do laptopa i telefon się łaskawie ładuje - dlatego nie nazywam tego "ładowarką";) )
5. dla wiecznie zagubionych polecam zabrać GPSa ;) ja myślałam nad tym, czy by się w niego nie wyposażyć, ale szkoda mi wydawać kasę na mapę USA do nawigacji... a będę tam tylko te dwa pełne dni i myślę, że poradzę sobie bez niej. Mapę zakupię przy okazji przeprowadzki na stałe :)


c.d.n - czyli jak mi się przypomni, to dopiszę ;)

Postanawiam ograniczyć się do minimum i zostawić trochę miejsca w bagażu, żeby przywieźć kilka ciuszków czy innych rzeczy z Bostonu. 

Jeśli chodzi o te wszystkie szampony, żele pod prysznic, zamierzam je przelać do mniejszych buteleczek - najlepiej z nakrętką, w które wyposażę się jutro w drogerii Rossman, bo tam je widziałam :)

Btw. a mapę kupić już teraz czy w Bostonie?

P.S. Myślę, że zanim zaczniemy pakować cokolwiek, należy poczytać o tym, co można a czego nie można wwozić na teren USA:

SOURCE
"Na teren Stanów Zjednoczonych nie wolno wwozić mięsa (np. kiełbasy) ani żadnych innych artykułów spożywczych: przywóz bez zezwolenia jest zabroniony a nielegalnie przewożone produkty mogą zostać skonfiskowane w porcie wjazdu do USA. Pełną listę produktów, których przywóz do USA jest zabroniony lub ograniczony można znaleźć tutaj.

Przepisy dotyczące przewozu zwierząt
Przepisy amerykańskie dotyczące przywozu psów i kotów do Stanów Zjednoczonych są następujące: każdy pies i kot jest poddawany w porcie wjazdu do USA badaniu, które musi wykazać, że zwierzę jest zdrowe i wolne od chorób zaraźliwych dla człowieka. Każde zwierzę musi także posiadać świadectwo zdrowia podpisane przez weterynarza, potwierdzające, że zwierzę jest wolne od chorób zaraźliwych dla człowieka oraz świadectwo o szczepieniu przeciw wściekliźnie wykonanym co najmniej 30 dni przed przyjazdem do USA."

Saturday, January 21, 2012

Jak oszukać roztrzepanie, czyli - pakuję się z listą! Boston - przygotowania. Part 3.

Czy Wy też tak macie, że kiedy wsiądziecie sobie już do samochodu, pociągu, samolotu, tramwaju itp. to przeszkadza Wam takie natrętne uczucie, że czegoś zapomnieliście? Miałam tak przez długi czas... pakowałam się na tydzień przed wyjazdem i nawet wtedy budziłam się pewnego pięknego dnia na wakacjach i z paniką w oczach zauważyłam, że mam rozładowany telefon, ale czy wzięłam ładowarkę? NIE! Zapomniałam! Co teraz? No nic, trzeba będzie sobie jakoś radzić bez telefonu i na przyszłość po prostu przygotować sobie listę rzeczy do zabrania w razie wypadu na wakacje ;) Ja już taką listę miałam, ale ją zgubiłam, bo i takie rzeczy potrafią się gdzieś zawieruszyć, ale teraz umieszczę ją sobie na blogu (przynajmniej listę tych najważniejszych rzeczy), żebym nie obudziła się bez przewodu do laptopa w Bostonie ;) ... Ale zacznijmy od... bagażu podręcznego, czyli tego, który zabiorę ze sobą do samolotu, a o głównym bagażu napiszę w następnym poście. Może komuś z Was też się ta lista przyda. 

Bagaż podręczny:

1. laptop + przewód (zawsze bezpieczniej mieć je przy sobie)
2. telefon
3. lekki środek nasenny (żeby się trochę wyluzować w samolocie)
4. chusteczki higieniczne
5. chusteczki nawilżające do twarzy
6. portfel z kilkoma dolcami na taxi w Bostonie, euro na szybki lunch podczas przesiadki w Niemczech, kartę płatniczą, military ID, dowód osobisty
7. mini pasta do zębów + szczoteczka (moja pasta jest na prawdę mikroskopijna, żeby mnie z nią przepuścili przez bramkę)
8. guma do żucia
9. długopis (przyda się do wypełnienia deklaracji celnej)
10. gazeta
11. no i oczywiście najważniejsza ze wszystkiego - wiza: koperta z dokumentami, paszport oraz CD z RTG klatki piersiowej
12. IPod (żeby pograć w gierki i porobić filmiki jak samolot przelatuje nad oceanem ;) )
13. podręczny aparat (koniecznie naładowany!)
14. voucher do hotelu
15. lusterko
16. pomadka ochronna

Wednesday, January 18, 2012

The Fear of Flying

Kocham jeździć po świecie, poznawać nowe miejsca, nowych ludzi, próbować lokalnych potraw i nabyć jakąś praktyczną pamiątkę. Zwykle ogarnia mnie niesamowita euforia na dzień przed wyjazdem. Taka podekscytowana czasem nawet mam problem z zaśnięciem... ale... no tak, jest jedno "ale", do którego muszę się przed Wami przyznać... boję się latać! Czy latałam wcześniej samolotem? Tak, do tej pory jakieś 10 razy, ale za każdym razem czuję dyskomfort. Ta wielka hałasująca maszyna unosi się w powietrzu i leeeeeci kilka tysięcy kilometrów. Jakim prawem taki ogromny, ciężki kolos unosi się w powietrzu? To nie tak, że ja zupełnie tego nie rozumiem... i chyba nie boję się samego faktu, że coś, co nie jest lżejsze od powietrza wzbija się bez problemu w górę, raczej boję się tego, że w pewnym momencie pilot (albo piloci, bo wiem, że jest ich dwóch), który jest tylko człowiekiem, albo maszyna, która jest tylko przedmiotem zawiedzie. Wyobraźcie sobie, że podczas lotu, kiedy siedzę przy oknie, patrzę i pilnuję czy z silników nie wydostaje się dym, albo płomień, albo czy wciąż mamy oba skrzydła ;) Na dodatek trochę jakby drętwieją mi nogi, ale nie wiem czy to wynika ze strachu, czy może ze słabego krążenia, ale mniejsza o to. Zwykle, kiedy chcę się jakoś uspokoić, patrzę na twarze innych pasażerów, albo na stewardessy. Jeśli widzę, że one są spokojne, to ja też staram się wyluzować i zwykle gram w jakąś gierkę na IPodzie. Samolot jest najbezpieczniejszym środkiem transportu. Załoga jest doskonale wyszkolona, piloci latają na symulatorach i jeden błąd powoduje, że tracą licencję, pilotem nie zostaje byle kto z ulicy, samoloty z reguły są sprawne i dokładnie sprawdzane przed odlotem. Wiem, wiem, wiem, słyszałam to milion razy, ale ta myśl, że jesteśmy tak wysoko w powietrzu i jedna usterka lub błąd pilota mogą spowodować katastrofę, w której szanse na przeżycie są nikłe nie daje mi czasem spokoju. Wiem też, że znacznie bardziej niebezpieczna jest jazda samochodem, bo nie dość, że na drodze są nierozważni kierowcy, żądni adrenaliny pseudo-kierowcy rajdowi, którzy myślą, że teren zabudowany to tor wyścigowy, no i niektórzy po ostrej imprezce z promilem we krwi... można by pomyśleć, że tragedia czyha za każdym zakrętem, a jednak nigdy nie miałam obaw przed jazdą samochodem, bez względu na to, czy to ja prowadzę, czy ktoś inny. Może po prostu chodzi o to, że wierzę, iż w wypadku samochodowym mam większą szansę na przeżycie, niż w katastrofie lotniczej. Wiem też, że katastrofa w Smoleńsku, to kropla w oceanie, bo w każdej sekundzie jakiś samolot startuje, a inny ląduje, a mimo wszystko ten dyskomfort jest przeze mnie odczuwany. 

Do Bostonu lecę z Poznania, z przesiadką w Monachium. Lot z Poznania do Monachium postaram się jakoś przeżyć, natomiast na te osiem godzin z Monachium do Bostonu chyba będę musiała się czymś "ogłupić" i lekki środek nasenny na pewno ze sobą zabiorę ;)

A Wy? Boicie się latać, czy raczej nigdy nie odczuwaliście żadnych lęków z tym związanych? A jeśli też boicie się latać, jak sobie z tym radzicie, kiedy maszyna jest już w powietrzu i nie ma odwrotu? Help!

Tuesday, January 17, 2012

Boston - pierwszy raz w USA - przygotowania. Part 2.

Czytam sobie o tym Bostonie i myślę, co jeszcze mogłabym tam robić. Wybór jest tak ogromny, że nie potrafię się zdecydować. Tak wiele chciałabym zobaczyć, sfotografować, może nawet nakręcić mały filmik... Trochę szkoda, że jadę o tej porze roku (kiedy właściwie jest najzimniej), bo jestem osobą źle znoszącą wszelkie mrozy. Może to wynika z tego, że moje kości pokrywa prawie sama skóra, a wszelkie próby utuczenia samej siebie kończą się niepowodzeniem, bo zawsze gdzieś zgubię dodatkowe kilogramy i wracam do wagi 58 kg (przy wzroście 178 cm), tak mam permanentną niedowagę. Ale chyba większość z nas nie lubi zimna, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba wyciągnąć aparat i trzymać go gołymi rękoma na mrozie. Brrr...

Mam nadzieję jednak, że w Bostonie nie zmarznę i nie będę chowała się w hotelu przez większość dnia.

Został mi w Bostonie jeszcze cały drugi dzień (19. lutego), bo 20. już wracam do Polski. Co robić? Hmmm... wybór atrakcji jest ogromny, wkleję tutaj kilka opcji, które przechodzą mi przez myśl... zawsze dobrze jest mieć jakiś plan, prawda? A zatem:


1. The CambridgeSide Galleria -  a mall located in Cambridge, Massachusetts, that opened in 1990.


2. Copley Place and Prudential Center - shopping malls in Boston.


3. Harvard Square



4. Downtown Crossing

5. Boston Back Bay




Sunday, January 15, 2012

Boston - pierwszy raz w USA - przygotowania. Part 1.

Wielki Boston... wielka betonowa dżungla. Uwielbiam je. Pochodzę z małego miasteczka, ale od dziecka zawsze uwielbiałam wycieczki do dużych miast. Myślałam wtedy, że w takiej wielkiej dżunglii z wieżowców można wszystko... No, na pewno więcej niż w mojej małej mieścinie, w której nawet kino splajtowało.

Jak już wspominałam w poprzednim poście, powoli przygotowuję się do wyjazdu, mimo, że nadal nie mogę uwierzyć, że jadę... albo raczej... nie dociera to do mnie. Pewnie dotrze dopiero w samolocie, albo na dzień przed wyjazdem, kiedy będę się pakować i martwić czy na pewno zabrałam wszystko, co niezbędne.

W Bostonie spędzę 3 noce. Przylatuję 17. lutego, a wylatuję 20. W związku z tym mam już kilka planów dotyczących zwiedzania.

Na pierwszym miejscu jest New England Aquarium, do którego planuję się wybrać już na drugi dzień po przylocie. Kocham zwierzęta i moim marzeniem jest pracować właśnie w takim akwarium, oceanarium, albo ZOO... Ale do rzeczy. Cena za wstęp, bez zniżek (a mnie już żadne nie obowiązują), to 22.95$. Nie jestem nawet w stanie powiedzieć czy to dużo. Pewnie dowiem się po tym, jak zajrzę do środka... A na zewnątrz jak i wewnątrz Aquarium wygląda mniej więcej tak:

New England Aquarium in Boston
Wygląda obiecująco!

Resztę dnia pewnie spędzę na zwiedzaniu miasta.
Boston Harbor - source

Saturday, January 14, 2012

"Uważaj o czym marzysz, bo ci się spełni"

Mówcie mi Delilah. To imię ma dla mnie szczególne znaczenie. Znacie piosenkę "Hey there Delilah"? Słowa w tym utworze poniekąd odzwierciedlają pewną część mojego życia. Ale nie o tym zamierzam pisać. Za parę dni skończę 23 lata... a za miesiąc z małym hakiem spełnią się moje marzenia. No dobrze, to od początku...

Nie jestem w stanie powiedzieć kiedy zaczęła się moja fascynacja Stanami Zjednoczonymi. Pamietam tylko, że chęcią wyjazdu by poznać tamten kraj, potrafiłam zmotywować się do nauki języka angielskiego. Od zawsze wiedziałam, że gdzieś wyjadę. Nie wiedziałam tylko kiedy i gdzie. Wyjechać na studia? A może po studiach? Dokąd? USA? A może Wielka Brytania albo Australia?  Te plany jednak nigdy nie były konkretne i chyba nadal nie są. Jedyne, co wyklarowało się właśnie teraz, to kraj do którego wyemigruję w tym roku. 

Pamiętam, że jakieś dziesięć lat temu oglądałam wraz z moimi rodzicami serial "Zielona karta". Serial ten przedstawiał losy szczęśliwców, którzy wygrali w losowaniu przepustkę na wyjazd, osiedlenie się i podjęcie pracy w USA, czyli tzw. zieloną kartę (Green Card). Więcej na ten temat można przeczytać tu: Zielona karta, a odcinki możecie obejrzeć na YouTube'ie. Przyznam szczerze, że kiedy oglądałam ten serial wtedy, mając 12 lat, myślałam, że ci ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jakie mają szczęście. Tak, zazdrościłam im, że los obdarował ich taką szansą i mają to, o czym ja zawsze marzyłam - mieszkają, uczą się, pracują w USA. Pamiętam też, że kiedy oglądałam ten serial z mamą i tatą, moja rodzicielka w pewnym momencie spytała ojca: "Dlaczego my nie wzięliśmy udziału w loterii?" Wtedy zatliła się we mnie malutka iskierka nadziei, że może jednak pojedziemy?! Iskierka, która zgasła już parę sekund później, kiedy mamusia dodała "Bo teraz to już za późno, bo mamy tutaj dom i teraz byłoby ciężko go tak zostawić"... No cóż... życie toczy się dalej, jak nie USA, to może Wielka Brytania, w końcu angielski to angielski i dam sobie radę i tu i tam. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za dziesięć lat będę trzymała w ręku swoją własną, jak to nazywam, "przepustkę" do tamtego świata, to pewnie odparłabym trochę ironicznie "Oczywiście..." i od razu zakończyła temat. Wyjazd do Stanów wydawał mi się nierealny nie tylko dlatego, że po prostu otrzymanie wizy ot tak graniczyło z cudem, ale też pewnie dlatego, że wśród moich znajomych nikt nie był w Ameryce, nikt nie miał wujka George'a z USA, nikt nigdy nawet nie rozmawiał wtedy z Amerykaninem. Było to tak odległe i nierealne jak sen. Ten sen znów stał się dla mnie na wyciagnięcie ręki, kiedy jedna z moich cioć wyjechała do pracy na całe pół roku do Georgii. Pomyślałam, że skoro ona mogła to ja też mogę! Miałam wtedy 15 lat i zaczęłam czytać... duuuużo czytać o tym jak tu się do tych Stanów dostać i co mogłabym tam robić. Myślałam wtedy o wyjeździe na studia, potem na wakacje, a na końcu o zabraniu się z programem Work and Travel albo Cultural Care - Au Pair. Niestety, albo stety, los chciał, żebym została w Polsce do licencjatu. 

Na pierwszym roku studiów pokonałam "barierę psychiczną i językową" dzięki temu, że mieliśmy zajęcia z native speakerem - Amerykaninem. Należę do osób nieśmiałych i nawiązywanie kontaktów, bywa, że przychodzi mi z trudem. Te studia pomogły mi się otworzyć na nowych ludzi i świat i oswoić z myślą, że angielski to mój drugi język, którego mogę używać tak często jak języka ojczystego. Pewnego wieczoru wpadłam na pomysł, żeby zarejestrować się na portalu społecznościowym i pogadać sobie z jakimś obcokrajowcem, głównie po to, żeby poćwiczyć język. Poznałam Amerykanina. Spotkaliśmy się w realu, a potem sprawy potoczyły się szybko... Jedna randka, następna, kolejna... po ponad roku zaręczyny, po miesiącu od zaręczyn - ślub. Opisałam to tak szybko, dlatego, że ten blog nie będzie o moim życiu w związku, a o moich przemyśleniach i doświadczeniach związanych z wyjazdem i poznawaniem świata za oceanem.

Dziś trzymam w ręku wizę CR1 (sponsorowanie rodzinne). W myślach przygotowuję się do wyjazdu, a jednak jakiejś specjalnej euforii z tym związanej nie czuję i nawet jeszcze nie zdaję sobie sprawy z tego, że jednak jadę. Moją pierwszą wycieczkę odbywam sama... cel? Boston.