Sunday, January 26, 2014

Trochę o podróży i pierwszy dzień w New York City :)

14 stycznia

Malutki turbośmigłowiec wylądował na Ronald Reagan Washington National Airport. Byłam przeszczęśliwa, że w końcu nasza podróż tą sardynką wśród samolotów się skończyła, bo lot dłużył się okropnie, a podobno miało to być tylko 1.5 godziny! Później czekała nas już tylko krótka przejażdżka autobusem po płycie lotniska, spacerek do terminalu i mniej więcej godzina oczekiwania na samolot do Nowego Jorku. 

Muszę przyznać, że na lotnisku Ronalda Reagana jadłam najlepsze, najświeższe i jeszcze ciepłe precle o cudownym maślanym smaku. Wszystkim z czystym sumieniem mogę polecić precle od Auntie Anne's, bo tak nazywało się stoisko przy którym je kupiłam kiedy złapał mnie mały głód. Koszt dwóch precli to $5.50, doznania smakowe - bezcenne ;) A jestem wybredna, więc wiem co mówię.

Po niedługim oczekiwaniu usłyszeliśmy wezwanie do naszej bramki. Kolejny lot, tym razem dużo większym i młodszym samolotem upłynął mi bardzo szybko. Miałam wrażenie, że dopiero co wzbiliśmy się w powietrze, stewardessa podała mi herbatę i już po kilku minutach pilot informował nas o przygotowaniu się do lądowania.


 Kiedy samolot kołował już po pasie wyjrzałam przez lewe okno i ponad skrzydłem samolotu dostrzegłam napis 'Welcome to New York' :) Dopisałabym tylko RAINY New York. Jesteśmy na miejscu! :)


Odbiór bagażu poszedł szybko i sprawnie. Właściwie kiedy tylko doszliśmy do taśmy znajomy bagaż zmierzał już w naszym kierunku. Teraz czas na jazdę żółtą taksówką z lotniska La Guardia na Manhattan. 

Podróż nowojorską taksówką potrafi dostarczyć wrażeń. O ile Queens wydaje się być całkiem przejezdny, o tyle prawdziwe szaleństwo zaczyna się na Manhattanie, gdzie nasz taksówkarz nie spuszczał dłoni z klaksonu. Trąbił na inne taksówki, na pozostałe auta i przede wszystkim na przechodniów dla których czerwone światło nie oznacza "zatrzymaj się i poczekaj aż zapali się zielone", a "idź jeśli uważasz, że zdążysz" ;) A tak swoją drogą miałam cichą nadzieję, że podróż z La Guardia na Manhattan będzie krótsza niż z lotniska JFK... Nie wiem od czego do zależało... może od natężenia ruchu, ale w obu przypadkach dojazd do hotelu zajął ponad godzinę.

Siedząc w taksówce zawsze lubię obserwować którą trasą jedziemy. Umozliwia mi to mały ekran umieszczony w części dla pasażerów na którym można włączyć sobie mapę. Ta trasa prowadziła przez East Harlem i po zachodniej części Central Parku. Na mapie nic nie widać, ale jest to najbardziej wyraźne zdjęcie jakie udało mi się zrobić podczas tej dzikiej jazdy.

Belvedere Hotel, Midtown Manhattan. Tutaj, pokierowani dobrymi opiniami, postanowiliśmy się zatrzymać  i uprzednio zabukowaliśmy pokój. Byłam już tak wykończona podróżą i nieprzespaną nocą, że nie marzyłam o niczym innym jak tylko o tym by wziąć prysznic i zdrzemnąć się przez dwie godziny. Była dopiero 10:00 rano, więc nie zamierzałam spędzać całego dnia na odpoczywaniu w hotelu, o nie, ja się nie oszczędzam, nie w NYC! Jednak w Belvedere czekała nas niemiła niespodzianka... Weszliśmy do środka, owszem hotel bardzo ładny, obsługa uprzejma i pomocna, ale kiedy usłyszałam, że nasz pokój może być gotowy najpóźniej o 4:00 pm czar prysł jak bańka mydlana. Zwykle hotele mają gotowe pokoje od 12:00 ewentualnie od 1:00 pm... Czyli co teraz? Mam czekać 6 godzin w hotelu na to aż pokój będzie gotowy? Pech chciał, że zrobiłam się głodna, a jak jestem głodna to zazwyczaj bywam niemiła, więc pierwsze o czym pomyślałam, to hotelowa restauracja. Akurat była pora śniadaniowa, więc zdecydowaliśmy się, że spędzimy tam trochę czasu posilając się i pomyślimy jak dalej spędzić te 6 godzin. 

W restauracji zastaliśmy tzw. szwedzki stół/bufet czyli bierz co chcesz i ile chcesz, ale wyboru jakiegoś powalającego nie mieli. Jedzenie było... średnie... Jajka na twardo dziwnie smakowały, chleb jak to chleb w Ameryce... Ser, który wzięłam do obkładu nie należał do moich ulubionych więc po jednym gryzie go odłożyłam. Zjadłam tylko trochę owoców, pieczywo obłożone pomidorem i... i chyba tyle. Tak naprawdę nawet kawa mi tam nie smakowała. Moje podniebienie chyba staje się coraz bardziej wymagające. Za ten jakże skromny posiłek zapłaciliśmy $30... Nawet mój mąż, który z zazwyczaj marudny nie jest, stwerdził, że śniadanie nie było warte tej ceny. 

Minęła dopiero godzina. Myślałam o tym, żeby przejść się po mieście, ale nie chciałam pokazywać się ludziom taka umęczona podróżą i przepocona. Postanowiliśmy więc poczekać w lobby aż przygotują nasz pokój.


 Usiadłam w fotelu, zamknęłam oczy i wydawało mi się, że na jakiś czas odpłynęłam. Po dwóch godzinach obudził mnie głos mężczyzny rozmawiającego przez telefon. On także nie był zadowolony, że jego pokój jest gotowy. Szturchnęłam męża, który także ucinał sobie drzemkę na siedząco i poprosiłam go by przeszedł się do recepcji i zapytał czy wysprzątali już nasz pokój, a ja zostanę na miejscu z naszymi podręcznymi bagażami. Wraca i już widzę na jego twarzy, że ma dobre wieści. Jest godzina 1:00 pm a pokój już jest gotowy! Uff, jednak nie przyszło nam czekać 6 godzin, a tylko 3. 

Pokój hotelowy mieścił się na siedemnastym piętrze i wyglądał całkiem nieźle. Całkiem duże, wygodne łóżko, telewizor, biurko, stoliki nocne, łazienka z prysznico-wanną, garderoba z wieszakami, żelazkiem i deską do prasowania oraz stojakiem na walizkę, malutka kuchnia z mikrofalówką, lodówką i zlewem no i całkiem niezły widok z okna.

Widok z okna w dzień
Widok z okna nocą
Pierwsze co zrobiliśmy po wejściu do pokoju to ładowanie IPhonów, które padły krótko po przybyciu do hotelu, a wiedzieliśmy, że przydadzą się na wieczór kiedy pójdziemy pobuszować po mieście. Najczęściej służą nam jako GPS.

Całkiem przyjemny zestaw do mycia i pielęgnacji czekał już w hotelu - kosmetyki pachniały pomarańczami.
Nareszcie mogłam się wykąpać i oddać się moim zaplanowanym dwóm godzinom snu. Kiedy poczułam, że jestem już w miarę wypoczęta, zaczęłam rozpakowywać nasz bagaż. Płaszcze, kurtki i koszule trafiły na wieszaki w garderobie, a resztę rzeczy ułożyłam w szafkach i szufladach pod telewizorem. Z biurka zrobiłam sobię toaletkę, bo i tak żadne z nas nie zabrało ze soba laptopa i nikt by go w inny sposób nie używał. Wtedy zorientowałam się, że brakuje pewnej ważnej rzeczy w kolorówce - nie wzięłam swojego kremu BB... czyli nie mam podkładu. No trudno, trzeba będzie gdzieś się w jakis tymczasowy podkład zaopatrzyć. 

Kiedy tylko obudził się mój mąż, zdecydowaliśmy, że pójdziemy pospacerować po mieście i przy okazji zrobimy małe zakupy. Nasz hotel jest niedaleko Times Square a stąd to już tylko żabi skok do H&M, sklepu, którego niestety nie ma w moich okolicach w Północnej Karolinie. Weszłam do środka tylko po dwie pary czarnych leggingsów oraz czarne niby-zamszowe balerinki. Następnie skoczyliśmy do Walgreens po jakiś podkład - wybrałam Revlon Color Stay w odcieniu Ivory ze względu na to, że słyszałam o nim dużo pozytywnych opinii i nie chciałam też siedzieć zbyt długo w sklepie, bo bardziej interesowało mnie to co na zewnątrz niż wewnątrz. A co do samego podkładu - jego jedyna i zarazem wielka wada to opakowanie z którego niełatwo wydobyć odpowiednią ilość kosmetyku.

Czas zaopatrzyć się w jakieś jedzenie na później i przekąski na jutro. Nie lubię kiedy dopada mnie niespodziewanie głód, bo razem z nim przychodzi ból głowy dlatego aby te dolegliwości nie popsuły mi zwiedzania zawsze noszę ze sobą coś awaryjnego do skonsumowania.

Widzicie reklamę poradni duchowej Psychic? ;) Taka ciekawostka ;)
Poszliśmy do Trader Joe's. Tam w końcu mogłam się nacieszyć pysznym chlebkiem z sezamem, bułeczkami bawarskimi, organiczną herbatką i owocami. Kupiliśmy też wodę, bo niestety nasz pokój hotelowy nie miał minibaru, a woda to chyba pierwsze po co człowiek sięga gdy przyjeżdża do nowego miejsca zmęczony podróżą. Nie zawsze chce się ryzykować i pić kranówkę. W innych hotelach w których miałam okazję przebywać woda butelkowana dla gości to był standard, tutaj jednak nie, no ale poradziliśmy sobie.

Wracając z naszymi zakupami do hotelu podziwialiśmy m.in. podświetlony Empire State Building. ESB to jeden z najbardziej charakterystycznych drapaczy chmur w panoramie miasta Nowy Jork. Po zamachach z 11 września 2001 roku stał się najwyższą budowlą na Manhattanie, lecz 12 lat później został brutalnie zdetronizowany i na podium najwyższego drapacza chmur nie tylko na Manhattanie, ale i na całej zachodniej półkuli uplasował się One World Trade Center znany także jako Freedom Tower.

Przyznam, że wyszło mi całkiem ciekawe ujęcie - połowa zdjęcia wygląda tak jakby była czarno-biała. Efekt niezamierzony, ale moim zdaniem interesujący :)


Podczas naszego spaceru obserwowałam też nowojorską policję. Faceci w mundurze zawsze (jak na mój gust) wyglądają o niebo lepiej niż w zwykłym ubraniu codziennym.

Zatrzymaliśmy się na chwilę na Times Square by sprawdzić czy przybyło jakichś nowych reklam podczas naszej prawie półtora rocznej nieobecności w Wielkim Mieście oraz czy nasz stary dobry znajomy (z widzenia) Spiderman wciąż walczy przeciwko głupocie ludzkiej i przechodzeniu na czerwonym świetle ;) ... Nie robiłam żadnych zdjęć na TS ponieważ i tak mieliśmy tam wrócić dnia następnego :) Dalej zmierzaliśmy już w stronę hotelu.

Widok z okna nocą po raz drugi :)
Tak mniej więcej wyglądał nasz pierwszy dzień - trochę się powkurzałam, ale pod koniec dnia zasnęłam w całkiem dobrym humorze mimo tego, że okna naszego hotelu nie były dźwiękoszczelne i słychać było nocne odgłosy miasta :)

Monday, January 20, 2014

Dzień przed wyjazdem do NYC

Jest 13 stycznia... Po ledwie przespanej nocy (udało mi się zasnąć na 2h) wstałam o 7:00 by jak zwykle wziąć prysznic i wyszykować się do szkoły ESL. Dzisiaj na zajęciach pomagałam mojej grupie uczyć się słówek na temat zdrowia i urody - mycie zębów, czesanie włosów, zapobieganie chorobom, leczenie niekonwencjonalne i inne takie. ... Wróciłam do domu wcześniej niż zwykle - ok. 12:00 pm i chciałam zacząć się pakować, ale nie miałam siły. Jakoś po tych dwóch przespanych godzinach w nocy nie miałam ochoty na nic innego jak tylko zjeść ciepły posiłek i uciąć sobie drzemkę. Niestety nie było mi to dane, gdyż wiem, że jak już usnę, to mogę się czasem nie obudzić na czas, żeby oddać kocię do hotelu. Nie mam odwagi zostawić jej samej w domu i martwić się przez cały czas czy na pewno jest bezpieczna i czy nic się jej nie stało.

Usiłowałam spakować kocię w transporter. Zwykle stoi on w naszej sypialni po to, żeby kocia nie kojarzyła go z czymś złym i żeby się do niego przyzwyczaiła. Kilka razy nawet do niego wchodziła i w nim spała. Zaczęłam namawiać Mitusię do wejścia do transportera, a robiłam to poprzez zabawę - wrzucałam jej pluszowe myszki do środka i liczyłam, że kocia wskoczy za nimi, a wtedy zamknę transporter i obejdzie się bez traumy. Nic z tego! Kiedy kocia tylko pokapowała się, że chcę ją w tym transporterze zamknąć zaczęła uciekać i chować się pod meble... "Kocie ty jeden, musimy być w klinice na 15:00, a ty mi uciekasz"... No nic... trzeba było złapać kotkę i zamknąć ją w transporterze w standardowy sposób. Mitusia tego nie lubi, oj nie lubi... Zaraz jak została zamknieta zaczęła miauczeć, ale to było takie rozpaczliwe miauczenie. Ona boi sie wychodzić na dwór, więc na zewnątrz tym bardziej zaczęła dokazywać. Serce mi pękało z żalu, że muszę ją oddać na 4 pełne nocki do hotelu w klinice, ale nie ma innego wyjścia... Nie mam jej z kim zostawić, nie ma nawet osoby, która mogłaby ją doglądać u nas w domu... z resztą nie jestem w stanie zaufać innej osobie i powierzyć jej kocię. Bałabym się, że kocia by jej uciekła na zewnątrz, a wątpię, żeby ktoś jej potem dzień i noc szukał... tak jak ja bym robiła...

Do kliniki dostała polarowy kocyk na którym od czasu do czasu śpi, ulubione suche jedzenie, smakołyki, szczotkę do czesania (miałam ogromną nadzieję, że będą to robić, bo kocia to uwielbia, a jak już wiecie z poprzedniego posta raczej nie miało to miejsca), myszki do zabawy i talerzyk do jedzenia. 

W samochodzie Mitusia trochę się uspokoiła. W klinice zachowywała się cichutko, ale widać było po niej, że się boi. Podpisałam dokumenty głównie traktujące o tym, że w przypadku gdy kocia zachoruje to wyrażam zgodę na jej leczenie i pokrycie kosztów, poinstruowałam też kocią opiekunkę żeby rozkładała suche kocie jedzonko na talerzyku, który przyniosłam, gdyż zapobiegnie to szybkiemu połykaniu przez Mitunię pokarmu. A ona czasem potrafi bardzo szybko pałaszować i kończy się to... pawiem. Done, I'm on my way out!

Kocia oddana, a ja żeby się nie rozryczeć jak bóbr postanowiłam pojechać do kilku sklepów aby  kupić parę rzeczy na podróż. Zauważyłam też, że zapaliła się kontrolka paliwa, więc trzeba będzie zatankować.

Wróciłam. Pakować się teraz czy jeszcze nie? Zmęczenie daje o sobie znać, więc padam na łóżko i nastawiam budzik na 10:00 pm, żeby spakować się i wziąć prysznic przed podróżą. Wyjeżdżamy z domu o 3:30 am, a samolot jest jakoś po 5:00 am. 

Lotnisko w Fayetteville, NC jest małe i ma zapach starego dworca kolejowego. Niezbyt przyjemny. W środku jest jednak w miarę czysto. Odprawiliśmy się i ruszyliśmy do naszej bramki. Jest już samolot. Moja pierwsza myśl? "O nie, jakie stare próchno!" ... Był to malutki turbośmigłowiec mieszczący może 20 czy 30 pasażerów. Kiedy wsiedliśmy do środka okazało się, że jest do połowy pusty. Niewiele osób lata o tak nieludzkich porach jak 5 rano. Gdy rozejrzałam się dookoła, zobaczyłam, że nasz stateczek powietrzny faktycznie jest już trochę wysłużony. Gdzieniegdzie jakieś peknięcia, siedzenia wyglądały tak jakby ktoś je potraktował papierem ściernym i były niezbyt czyste. Miałam tylko nadzieję, że silniki, wolant, hamulce i inne zapewniające bezpieczny rejs urządzenia są w pełni sprawne. Poczułam zimny pot na dłoniach... Obyśmy dolecieli...

Friday, January 17, 2014

Powrót z wycieczki ;)

Zacznę od d... strony, czyli od końca, bo tak mi wygodniej. Wróciłam właśnie z mojej krótkiej wycieczki do Nowego Jorku. A ponieważ czeka mnie niezły bajzel do sprzątania i przy tym mam obolałą głowę, to postanowiłam coś tutaj naskrobać, bo póki co nie mam ochoty ruszyć się z łóżka.

Odespałam loty samolotami i przesiadki, odespałam też Nowy Jork, bo tak jak w Północnej Karolinie trzy dni mogą się czasem wlec w nieskończoność, szczególnie kiedy na coś się czeka, tak w Nowym Jorku 3 dni to jak pstryknięcie palcami. Mam wrażenie jakbym się teleportowała... tak szybko minął mój czas w Wielkim Mieście.

Pojechałam dzisiaj o 8 rano odebrać kotkę z hotelu. Kiedy weszłam do środka od razu wiedzieli po jakiego kociaka przyszłam. Już mnie tam trochę znają, bo kiedy kocia chorowała pojawiałam się w klinice dość często. Zapłaciłam za jej pobyt równe 66 dolarów - była tam 4 noce, i czekałam aż przyniosą mi moją podopieczną w transporterze. Czekałam i czekałam oglądając zdjęcia innych pacjentów kliniki, aż w końcu usłyszałam otwierające się drzwi i głos dziewczyny sprawującej opiekę nad przebywającymi w hotelu zwierzakami. 

- "Could you help me get her out 'cause she doesn't want to cooperate..."

 "Mitka nie chce jechać do domu?" pomyślałam. Wchodzę do pomieszczenia z klatkami dla kotów, podchodzimy z opiekunką do klatki Mitusi. Opiekunka wkłada rękę do środka, a moja kocia syczy i próbuje ją ugryźć. Podchodzę więc do klatki i wkładam ręce do środka, Mitka aż miauknęła z radości i przestała być agresywna. Wzięłam ją na ręce i przytuliłam. 

- "Was she always like that?" pytam opiekunki.

- "No, she was really sweet."

- "Did you try to brush her?" pytam, bo wiem, że Mitka to uwielbia i nawet przyniosłam ze sobą szczotkę dla niej kiedy zostawiałam ją w hotelu.

- "Yes, she loved it"

Mam wrażenie, że opiekunka mnie okłamała. Po powrocie do domu przyjrzałam się uważnie szczotce, którą bardzo dokłądnie oczyściłam z kociej sierści i umyłam pod kranem. W szczotce zostały tylko śladowe ilości kłaczków, których nie udało mi się usunąć. Były też pofalowane po tym jak umyłam szczotkę i taką oddałam z Mitusią do hotelu. Kiedy jednak spojrzałam na szczotkę po odebraniu kotki wyglądała ona na nieużywaną. Te kilka pofalowanych kłaczków zostało i nie przybyło żadnych nowych. Myślę, że albo używała innej szczotki do czesania, albo mnie po prostu oszukała... ale to chyba nie koniec. Nie chce mi się wierzyć, że moja kocia była słodka przez resztę dni, a tylko ostatniego dnia stała się agresywna. Ona nie lubi obcych i np. oswajanie się z moją znajomą, która gościła w moim domu przez tydzień zajęło kotce 3 dni. Dopiero po tych kilku dniach Mitusia zaczęła podchodzić do niej i ocierać się o jej nogi.

Chciałabym wierzyć babce, która opiekowała się Mitusią, ale jakoś jest mi trudno.

Kocia jest już w domu i wydaje się być z tego powodu niesamowicie szczęśliwa. Kiedy wypuściłam ją z transportera od razu pobiegła obwąchać każdy kąt głośno przy tym miaucząc. Teraz chodzi za mną z podniesioną kitą i nie odstępuje na krok. Nawet do łazienki nie mogę wejść bez kota. Moje małe ukochane stworzenie - dzięki niej każdy powrót z podróży jest radością :)

1.P.S. Chciałam Was przeprosić za to, że w kilku moich ostatnich postach nie działają fotki. Muszę to jakoś naprawić, ale nie w tym tygodniu.

2.P.S. Oczywiście całą wycieczkę opiszę w kilku następnych postach.

Friday, January 10, 2014

Jazda w Północnej Karolinie i ciekawostki drogowe w USA ;)

Pomyślałam, że zanim zacznę rozpisywać się na temat jazdy po amerykańskich drogach, muszę wyspowiadać się trochę ze swojego ogólnego doświadczenia jako kierowca. Chciałabym też zaznaczyć, iż mimo, że nie miałam nigdy żadnej stłuczki, nikomu nigdzie nie przytarłam i nie uszkodziłam cudzego czy też swojego auta, to nie uważam się za kierwcę absolutnie doskonałego, który nie popełnia błędów. Też zdarza mi się przekroczyć prędkość, choć staram się tego unikać, bo pamiętam jak boli płacenie mandatu (a mandat dostałam jako osoba poruszająca się piszo ;)). Też zdarzyło mi się wjechać pod zakaz, ale na szczęście był to tylko parking pod blokiem ;)

Mam polskie prawo jazdy od 5 lat, niemiecko-amerykańskie od lat 2 (musiałam iść na kurs, żeby jezdzić w amerykańskich bazach wojskowych w niemczech), a amerykańskie (stanowe) od 3 czy 4 miesięcy.

W Polsce samochodu używałam bardzo często, ale na dość krótkie dystanse np. zwykle nie przekraczałam stu kilometrów. Pierwsza moja dalsza podróż trwała około 6 - 7 h i była to wyprawa w góry (coś ponad 300 km) do Karpacza. Dojazd do celu poszedł mi dość płynnie, gorzej z powrotem gdyż droga, którą wskazywał GPS była zamknięta i musiałam jeździć okrężnymi.

W Niemczech jeździłam również bardzo często, ale dystanse wynosiły zwykle ok. 300 km w jedną stronę. Woziłam mojego męża na badania z miejscowości Schweinfurt do Ramstein (mieliśmy auto z manualną skrzynią biegów. Uczyłam męża na tym jeździć, ale na dłuższe dystanse on miał większe zaufanie do mnie jako kierowcy). Było też kilkanaście wypraw do Frankfurtu nad Menem (ok. 150 km w jedną stronę) - m.in. musiałam wybrać się tam do Ambasady Amerykańskiej po swoją wizę ;) Zanim jednak poleciałam do Stanów postanowiliśmy z mężem sprzedać nasz samochód w Polsce. Moją ostatnią jazdą w Niemczech była więc pierwsza samodzielna wyprawa do Polski. Mówię samodzielna, bo jak zwykle to ja byłam kierowcą, a mój mąż przespał całą drogę i obudził się przy okazji tankowania na stacji beznynowej z pytaniem "Daleko jeszcze do Polski?" ... - "Jesteśmy na granicy" ;) I właściwie już od samej granicy zaczęłam doceniać długie, szerokie i gładkie jak lustro niemieckie autostrady. Przyzwyczajona do szybkiej jazdy autobahnami (niem. autobahn - autostrada) czułam się dziwnie wjeżdżając do pierwszej napotkanej polskiej wioseczki, gdzie limit prędkości wynosił 40km/h. Granicę przekraczałam w Görlitz.

Jeśli chodzi o jazdę w USA to przyzwyczaiłam się do automatycznej skrzyni biegów i moja lewa stopa nie szuka już sprzęgła, a prawa ręka drążka. Żadnej stłuczki czy prawie stłuczki nie było. Najbardziej podoba mi się jazda autostradami, których tutaj nie brakuje oraz fakt, iż przy drogach nie ma zbyt wielu znaków :) Ulice są szerokie, kilkupasmowe, a miejsca parkingowe na tyle duże, że spokojnie można wyjść z samochodu po zaparkowaniu bez obaw, że przywalimy drzwiami w auto stojące obok.

Ciekawostki drogowe (pamiętajcie jednak, że mówię o Północnej Karolinie, w innych stanach przepisy drogowe mogą wyglądać troszkę inaczej):

1. W Polsce kiedy na sygnalizacji widzimy światło czerwone zatrzymujemy się i czekamy na żółte, które każe nam przygotować się do jazdy, a następnie zielone, które nakazuje nam jechać. W Stanach, a przynajmniej w Północnej Karolinie po czerwonym świetle zapala się od razu zielone. Żółte światło owszem jest, ale zapala się po zielonym i przed czerwonym. Wtedy ostrzega nas, że będziemy musieli się zatrzymać i właściwie pełni jedynie tę fukcję na sygnalizacji. Mówiąc prościej zapalanie się świateł wygląda tak: zielone -> żółte -> czerwone -> zielone -> żółte -> czerwone -> zielone itd.

2. Sygnalizacja świetlna znajduje się po drugiej stronie skrzyżowania, co jest dobre, dlatego, że nie musimy podjeżdżać pod samą sygnalizację jak w PL i pochylać do przodu wyginając szyję ku górze, żeby zobaczyć jakie światło się zapaliło.

3. Nie ma nakazu jazdy z włączonymi światłami w dzień.

4. Przy autostradach można dostrzec pozostałości po pękniętych oponach. Jest to dość częsty widok i trochę też dający do myślenia. Jeśli uda mi się zrobić kiedyś zdjęcie, to na pewno wkleję je do tej notki.

5. Można skręcić w prawo na czerwonym świetle, chyba, że widzimy znak:

source
6. 38 stanów w USA zezwala na skręcanie w LEWO na czerwonym świetle jeśli droga z której wyjeżdżamy jak i ulica w którą zamierzamy wjechać jest jednokierunkowa. W Północnej Karolinie taki manwer jest niedozwolony. Mimo to, zdarza mi się widzieć kierowców, którzy wykonują skręt w lewo na czerwonym świetle. 

A co jeśli chodzi o kierowców i bezpieczeństwo na drodze? Nie czuję aby moje zdrowie lub życie było szczególnie zagrożone, ale to dlatego, że jeżdżę z ograniczonym zaufaniem do innych kierowców, gdyż mają tutaj tendencję do nie posługiwania się kierunkowskazami przy skręcaniu czy przy zmienianiu pasów ruchu. Kiedyś na drodze trójpasmowej jechaliśmy z moim mężem pasem środkowym i prawie byliśmy świadkami stłuczki. Przed nami jechały dwa samochody, jeden na lewym pasie, a drugi na prawym. Samochód z lewej strony chciał zmienić pas na środkowy i nie włączył migacza i to samo zrobił kierowca samochodu jadącego prawym pasem, który również chciał zmienić pas na środkowy. Prawie sobie przywalili na środku trójpasmówki.

Czego boję się na drodze w Północnej Karolinie? Tego, że potrącę pieszego. Może to wydawać się dzwine co teraz napiszę, że w mieście w którym mieszkam niestety przejść dla pieszych albo nie ma, albo jest ich bardzo niewiele, ponieważ często widuję ludzi przebiegających przez jezdnię. W dzień to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo przynajmniej widzę przebiegającego delikwenta, ale w nocy? Zdarza się, że w nocy stoi na środku drogi człowiek i czeka aż samochody nadjeżdżające z przeciwnej strony go ominą, aby mógł kontynuować przechodzenie. Ciarki mnie po plecach przechodzą, bo pewnie gdybym takiego rozjechała, to może jeszcze miałabym większe problemy z tego tytułu niż on.

Dla porównania w Polsce najbardziej irytujący są rowerzyści, którzy często jadą wieczorem lub nocą zupełnie nieoświetleni. I co zrobić kiedy potrącisz typa, który jedzie tym swoim jednośladem bez świateł czy kamizelki odblaskowej, bo myśli, że jak samochód ma światła to kierowca go dostrzeże? Wyjść z samochodu i jeszcze nakopać mu do d...? A już najbardziej przerażające jest to, kiedy na takim rowerze jedzie dziecko...

Jak więc wygląda bezpieczeństwo na drodze w USA w porównaniu do Polski? Patrząc na statystki wygląda to mniej więcej tak:

W roku 2012 na terenie Stanów Zjednoczonych 33 561 ludzi poniosło śmierć w wyniku wypadku drogowego. Liczba mieszkańców USA na rok 2012 wynosi 314 395 013. Żródło: http://www-nrd.nhtsa.dot.gov/Pubs/811856.pdf Liczba pojazdów na amerykańskich drogach wynosi: 300 milionów na rok 2012. Źródło: http://www.howmanyarethere.org/how-many-cars-are-there-in-the-usa-2012/

W Polsce w roku 2012 śmierć w wyniku wypadku drogowego poniosło 3 571. Liczba mieszkańców Polski na rok 2012 wynosi 38 186 860  Źródło: http://dlakierowcow.policja.pl/dk/statystyka/47493,dok.html Liczba pojazdów na drogach wynosi 24 189 370.

Tuesday, January 7, 2014

Wyprzedaże poświąteczne: Ozdoby i akcesoria

Dzisiejszy post jak i kolejny po nim będzie o zakupach. Może nie jest to zbyt ambitny temat, ale na takie jeszcze przyjdzie czas. Dużych zakupów nie robię zbyt często, bo jestem raczej oszczędna i kupuję coś tylko wtedy, kiedy naprawdę mnie zachwyci albo kiedy cena wydaje mi się rozsądna.

W Stanach łatwo wpaść w zakupoholizm. Bywa, że wchodzicie do sklepu i widzicie prześliczny świecznik albo świeczkę za $2 czy $3. Co wtedy myślicie? Ten świecznik jest tak cudny, że nie może po prostu czekać aż ktoś inny zgarnie go dla siebie, więc biorę. Później widzicie torebkę Tommy'ego Hilfigera przecenioną z $49 na $19 i znów ta sama myśl przychodzi Wam do głowy. Następnie wracacie do domu i widzicie, że właściwie nie brakuje Wam torebek, świeczek czy świeczników i nowych zakupów nie ma już gdzie umiejscowić. Przyznam też, że fakt iż dany towar możemy zwrócić do sklepu, a ekspedientka przyjmie go z uśmiechem na twarzy sprawia, że na zakup towaru decydujemy się znacznie szybciej, a to nie ułatwia nam podejmowania mądrych decyzji ;)

Tyle o zakupoholiźmie. A co ze mną i moimi łupami? Oto one ;)

Lampion z TJ Maxx przeceniony z $14.99 na $7.50:


Bombka szklana z TJ Maxx przeceniona z $5.99 na $3.00 no i Handmade in Poland więc nie mogłam przejść obok niej obojętnie :)


Zestaw czterech ciekawych bombek z TJ Maxx przeceniony z $6.99 na $3.50


Koralikowa choineczka z Marshalls przeceniona z $12.99 na $6.50:


Cekinowy renifer z Big Lots przeceniony z $20 na $10. Nie ma naklejonej nowej ceny dlatego, że w Big Lots na półkach umieszczona jest informacja, że cena ozdób świątecznych jest obniżona o 50% i obniżke dostajemy przy kasie. 


Świecznik robiony trochę na 'mercury glass'... niestety nie wiem jak to poprawnie nazwać po polsku, bo 'szkło rtęciowe' jakoś nie brzmi ładnie ;) Świeczniczek z Marshalls przeceniony z $5.99 na $3.


Wieniec przyprószony śniegiem z Big Lots - przeceniony z $15 na $7.50:

Dzwoneczki z Walmart przecenione z ok. $1 na ok. $0.50:


Kokarda z Big Lots przeceniona z $2 na $1:


Bombki z Walmart przecenione z ok. $4 na ok. $2:


Tkanina jutowa z Walmart przeceniona z $7.98 na ok $4:


Kwiatki z Walmart przecenione z ok. $1 za każdy na $0.50 = ok. $1.50 za wszystkie trzy.


Gwiazdeczka z Walmart przeceniona z ok. $2 na ok. $1:


Wstążka z Big Lots przeceniona z $1 na $0.50:


Haczyki do ozdób choinkowych z Walmart przecenione z $0.97 na ok. $0.50:


Szyszunie z Walmart... Niestety nie pamiętam ceny, ale chyba nie zapłaciłam za nie więcej niz ok. $2:


Szablon do płatków śniegu na oknie przy pomocy śniegu w sprayu przeceniony z ok. $1 na ok. $0.50 (Walmart) i sztuczny śnieg z Dollar Tree za $1:


Plastikowe bombki z Big Lots przecenione z $4 na $2:


Plastikowe bombki z Big Lots przecenione z $4 na $2:


Pudełko z Big Lots przecenione z $2.50 na $1.25:


Pudełko z Big Lots przecenione z $3 na $1.50:


Wstążka z Big Lots przeceniona z $1 na $0.50:


Wstążka z Big Lots przeceniona z $1.50 na $0.75:


Tkanina z Walmart przeceniona z $7.98 na ok. $4:


Wieszak na wieniec z Walmart przeceniony z $3 na $1.50:


Świeczuszki zapachowe z TJ Maxx przecenione z $5.99 na $4 oraz z $12.99 na $6.50:


Ozdobny talerzyk pod świeczkę z Big Lots przeceniony z $1.75 na ok. $0.83:


Bobmki z Big Lots przecenione z $7 na $3.50:

Bombki z Big Lots przecenione z $6 na $3:


Narzuta na łóżko z Mashalls przeceniona z $49 na $39:


 Przed świętami za te przedmioty zapłaciłabym w sumie $218.61, a ponieważ zrobiłam zakupy po świętach, to ... z mojego konta poszło $124.83 czyli o prawie całą stówkę mniej :)


i na koniec ciekawostka - pobojowisko w TJ Maxx: