Tuesday, September 25, 2012

Krótko i na temat o jabłkach

Dziś podzielę się z Wami pewną ciekawostką kulinarną, która chyba jeszcze do Polski nie dotarła, ale to chyba kwestia czasu, co nie? Mowa tu o jabłkach w innej odsłonie. Wcześniej tego albo nie zauważyłam, albo pojawiają się one w sklepach dopiero na jesień. Tak czy inaczej wylądowały one w moim koszyku zakupowym, bo wszystkiego muszę spróbować.

A oto owe jabłka - zanurzone w karmelu i posypane orzeszkami. Uczta dla oka jak i dla podniebienia, bo muszę przyznać, że bardzo dobrze smakowały (kocham słodycze). 



Zastanawiałam się jak takie jabłka mogłabym zrobić sobie w sama w domu i już zaczęłam czytać, kiedy mój mąż podpowiedział mi, że taki zestaw do robienia takich jabłek mogę nabyć w sklepie. Kilka dni temu trafiłam na Caramel Apple Wrap zupełnie przypadkowo i sobie nie odmówiłam...


W zestawie są patyki


i oczywiście karmel, którym owijamy jabłko:



Oczywiście, to co jest na zdjęciu to ostatki, bo nie mogłam się powstrzymać :P Karmel jest przepyszny i polecam spróbować! :)

Druga odsłona jabłek, z którą miałam już doczynienia to jabłka o smaku wingoron. Oczywiście jest to sztuczny aromat, ale całkiem dobrze smakuje. Mieliśmy je tylko raz, bo chciałam spróbować, ale więcej się nie skusiliśmy, bo wolę jednak naturalny smak jabłek. Niestety nie zdążyłam wtedy zrobić zdjęcia, więc będę posiłkować się tym, znalezionym w Internecie.

grapples
Source


A poza tym co u mnie?

W zeszły piątek byłam na kolacji z grupą mojego męża ze szkoły. Było bardzo zabawnie, bardzo miła atmosfera, sympatyczni ludzie (głownie Amerykanie, niektórzy meksykańskiego pochodzenia), którzy uwielbiają zadawać pytania ;) Np. o to, czy nauka angielskiego sprawiała mi wcześniej problem czy od razu potrafiłam sie tak dobrze nauczyć. Wyjaśniłam więc sprawę, że jeśli kochasz jakiś język, masz pasję, to nie ma się tak wielkiego problemu z przyswajaniem żadnego języka. Trochę nawet zrobiłam wrażenie swoją znajomością mapy Stanów Zjednoczonych. Myślę, że jak na obcokrajowca całkiem daję radę. Tę wiedzę zawdzięczam nie tyle sobie i swoim chęciom do jej pogłębiania, ale także egzaminowi z tzw. American Studies, który miałam na studiach. Wiedziałam wtedy, że dużo łatwiej będzie mi zpamiętać, gdzie jaki leży stan i jakie miasto, rzeka, jezioro, góry, niż np. datę, kiedy to Thomas Edison wynalazł żarówkę. Mimo wszystko jestem zdania, że to podróże kształcą, a nie sama mapa :) Myślę, że gdybym nie przeprowadzała się do Północnej Karoliny, to nieprędko przypomniałabym sobie, że jej stolicą jest Raleigh.
Co moge jeszcze powiedzieć o samym spotkaniu? W towarzystwie znalazły się osoby, które wiedziały, że Polska graniczy z Niemcami, co niektórzy wiedzieli też, że stolicą jest Warszawa :) - szczególnie kolega, który pochodził z Chicago i tam poznał wielu Polaków.
Dziewczyny, pół Meksykanki, mimo, że urodzone w USA, mówiły też w innym języku niż tylko angielski, oczywiście mam na myśli hiszpański. W pewnym momencie jedna z nich powiedziała coś po hiszpańsku do Meksykanki, która pracowała w tej restauracji jako kelnerka, udało mi się przetłumaczyć to, co powiedziała. I szczerze mówiać, zmotywowało mnie to, żeby dalej uczyć się tego języka. Znacie może jakieś dobre, sprawdzone źródła (strony, kursy na CD, online itp?), gdzie mogłabym poćwiczyć hiszpański?, ale chodzi mi o odmianę latynoską, ponoć dużo ładniejsza ;)
Wieczór skończył się na tym, że wypiłam 3 lampki wina i znalazłam sie na pograniczu tipsy & drunk :P Pół roku niepicia alkoholu i następny dzień skacowany :P


Tuesday, September 18, 2012

Dlaczego IERF a nie WES...

Dzisiaj zajmę się tematem ewaluacji dokumentów z polskiego uniwersytetu. Na sam początek chciałabym poradzić Wam jedną rzecz: Jeśli chcecie iść na studia/kontynuować studia w USA i wybraliście już uczelnię, to koniecznie zorientujcie się z jakich agencji Wasza szkoła/uczelnia akceptuje ewaluacje dokumentów. Może okazać się, że w jednej agencji dokonanie ewaluacji może być prawdziwym pain in the ass, a w innej, może okazać się całkowicie painless. ;)

Zanim wybrałam uniwersytet na którym planuję kontynuowac naukę, byłam przekonana, że nie ma innej opcji niż WES.ORG . Jednak kiedy próbowałam dowiedzieć się, jak ten cały skomplikowany proces ma przebiegać, już nie spodobał mi się fakt, że do tego musiałabym kontaktować się ze swoją byłą uczelnią w Polsce, której zadaniem byłby przesłanie dokumentów bezpośrednio ze uniwerku do WES (tak, żeby dokumenty te nie przeszły przez moje ręce).
Sprawa jednak wyglądała tak, że ja zabrałam z Polski wszystkie dokumenty, które dostałam ze studiów (dyplom, indeks, suplement do dyplomu), przyleciałam do USA i co teraz? Dzwoniłam więc do dziekanatu i pisałam e-maile próbując dowiedzieć się czy w ogóle ewaluacja przez WES będzie możliwa... w dziekanacie zaczęli coś kręcić, że mam się zgłosić z tym gdzie indziej, bo coś tam. No dobra, olałam sprawę i więcej się nie dowiadywałam, bo jeszcze wyszłoby na to, że musiałabym im odsyłać dokumenty, albo fatygować się osobiście, co przecież było niemożliwe.
Czekałam więc, aż wybiorę odpowiednią dla siebie uczelnię i dopiero wtedy dopytałam w tzw. education center z jakich agencji ewaluujących akceptują dokumenty. Okazało się, że z kilku. Poczytałam więc trochę o każdej z nich i padło na IERF.ORG . Dlaczego? Ponieważ mogłam wszystkie dokumenty, które miałam ze sobą, wysłać bezpośrednio do nich, bez ingerencji byłej uczelni. Wysłałam zatem wszystkie dokumenty, jakich potrzebowali, czyli dyplom + suplement do dyplomu w języku polskim i angielskim (oryginały) + kserokopie tych wszystkich dokumentów + dokument ze strony IERF.ORG, który musiałam wydrukować pod koniec rejestracji, po uiszczeniu wpłaty.

Ok, cały proces wyglądał tak:

1. 25 sierpnia wysłałam dokumenty do IERF (przez certified mail), które dotarły na miejsce 28 sierpnia o czym od razu zostałam poinformowana drogą e-mailową.
2. Dostałam kolejnego e-maila z informacją, że jeśli będą potrzebowali dodatkowych dokumentów, to dadzą mi znać (ale nie potrzebowali).
3. 11 września dostałam e-maila z informacją, że ewaluacje moich dokumentów zostały wysłane na adres uniwersytetu, który podałam w aplikacji.
4. Dostałam kolejnego e-maila, że wszystkie oryginały + ewaluacje zostały odesłane na mój adres 11 września. 
5. 18 września otrzymałam dokumenty (które zostały wysłane przez UPS - oryginały w języku polskim i angielskim + dokument z ewaluacją)


Licząc od dnia wysyłki, do dnia otrzymania dokumentów upłynęły 24 dni, czyli niecały miesiąc. Jestem zadowolona z tego z jaką prędkością i bezproblemowością przebiegła cała ewaluacja ;)
Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać na informację od uczelni na temat tego, co robimy dalej ;)

Kilka dodatkowych faktów:

1. Koszt = 210$ za detail report, official copy (dla mnie) oraz za secure mailing.
2. IERF nie przywłaszcza sobie Waszych oryginałów - zabierają jedynie kserokopie, a oryginały odsyłają w usztywnianej kopercie przez UPS.
3. Tutaj możecie zobaczyć jak wygląda taki detail report - KLIK


A na koniec pytanie: Jak ma się mój licencjat w Polsce do tytułów w USA?

Żeby mieć tzw. Associate degree, trzeba mieć 60 kredytów. Żeby zdobyć Bachelor's degree potrzeba 120 kredytów, a mi naliczyli 96 kredytów. Kim zatem jestem? Kimś z tytułem powyżej Associate, ale jeszcze nie Bachelor ;) Zobaczymy co zrobią z tym fantem :D

Sunday, September 16, 2012

Mini podsumowanie w formie filmiku

Tak to jest z moją weną twórczą, że czasem nie porafię nic sensownego napisać i kasuję post, następnie zauważam, że wena przerzuca mi się to na zdjęcia, to na filmik i akurat tym ostatnim Was dzisiaj uraczę, bo nie mam nastroju do pisania - jest niedziela, a wiecie jak kiepsko ją znoszę.

Mogę jedynie zapowiedzieć Wam o czym będą następne posty. Na pewno pojawi się wątek zakupowy, modowy, wycieczkowy oraz odpowiedź dlaczego do ewaluacji swoich dokumentów z uniwersytetu w Polsce wybrałam organizację IERF, a nie popularny WES. Chcę tylko poczekać do wtorku, aż dostanę spowrotem wszystkie swoje dokumenty plus ich ewaluacje, aby moja opinia na temat tej organizacji była jak najbardziej rzetelna. Póki co nie miałam z nimi żadnych problemów (odpukać).

Wracając do podsumowania - opis tego, co znajdziecie na filmiku znajduje się pod filmikiem na kanale YouTube - KLIK
Żeby oglądać filmik w jakości HD, trzeba kliknąć na taki mały kołowrotek (?) u dołu filmiku, tak jak jest to zobrazowane tutaj: KLIK

Thursday, September 13, 2012

Walczymy z wypadaniem włosów

Chciałabym pokazać Wam co zamówiłam z apteki w Polsce. Na razie nie mam jakoś przekonania do amerykańskich produktów, które pomogłby mi w walce z moim łojotokowym zapaleniem skóry głowy (ŁZS). Jeszcze nikt tutaj mi nic na ten problem nie polecił, ale to nie szkodzi, na razie wykupiłam pewne kosmetyki z Polski, które walczą nie tylko z samym ŁZS, ale też odżywiają skórę głowy oraz zapobiegają nadmiernemu wypadaniu włosów.

Ostatnio podczas czesania zauważyłam, że włosy wychodzą w dość sporych ilościach. Co jakiś czas liczę te, które wypadną podczas czesania, podczas mycia itp. Ta liczba nigdy nie jest w 100% dokładna, ale zawsze można mniej więcej stwierdzić, czy wypada ich więcej czy mniej. Dwa tygodnie temu przez kilka dni liczyłam włosy, które wypadły podczas mycia i czesania i wyszło mniej więcej 80 - 90 sztuk. Wiem, wiem... zaraz ktoś napisze, że to normalne, kiedy dziennie wypada 100 czy 150, bo tak przeczytał w internecie czy coś. Może nie jest to jakaś ogromna ilość, ale jednak wolę dmuchać na zimne.

Na czym mi najbardziej zależy przy pielęgnacji włosów i skóry głowy? Na oczyszczaniu skóry z łoju. Tak. Mój dermatolog, jak już wspominałam, każe mi myć włosy codziennie i nie dopuszczać do przetłuszczania. Teraz niektórzy z Was mogą sobie pomyśleć, że przecież codzienne mycie też nie jest wskazane... być może. Niestety, ŁZS to choroba z tendencją do nawrotów i nie mogę dbać o swoją skórę głowy i włosy tak samo, jak osoby, ze zdrowymi włosami bez problemów skórnych. Z resztą... nawet gdybym nie umyła włosów na drugi dzień, to z pewnością zadrapałabym skórę głowy do krwi, bo zaczyna swędzieć. Zapewne gdyby osoby z suchą skórą głowy użyły szamponów takich, jak ja używam do swoich, nie wyszłoby to im na dobre. Narobilibyście sobie więcej szkody niż pożytku. Mój dermatolog stwierdził nawet, że włosy mogły by Wam wypadać w nadmiernych ilościach. Dlatego dobieranie produktów do pielęgnacji włosów radzę Wam ustalać z dermatologiem.

Rozgadałam się trochę o tym dermatologu, ale musicie mi wybaczyć, bo jeśli chodzi o włosy, to jestem szczególnie przewrażliwona.

Dostałam w zeszłym tygodniu paczkę z polskiej apteki już z samego rana. Nie mogłam się doczekać kiedy zacznę kurację, a zatem zaczęłam jeszcze tego samego dnia.

Zacznijmy od szamponu leczniczego: Noell - lek o działaniu przeciwłupieżowym, zawiera ketokonazol, który jest substancją czynną. Jest to bardzo ważny składnik w walce z ŁZS.





Pojemność 100 ml 
Cena: ok. 18 zł

Szampon zamerzam stosować 2 razy w tygodniu przez 4 tygodnie. Częstsze użycie jest niewskazane. Później jedynie profilaktycznie - jak napisane w ulotce. Po pierwszych dwóch użyciach mogę powiedzieć jedynie tyle, że moja skóra głowy została bardzo dobrze oczyszczona z łoju. Zwykle było tak, że kiedy umyłam głowę o np. 10 rano, to około północy już można było wyczuć, że skóra zaczyna się przetłuszczać. Po użyciu tego szamponu, skóra jak i włosy nie przetłuszczały się przez ponad 18 godzin, co uważam, za duuuży plus. No, ale na recenzję za wsześnie.


Seboradin Ampułki Forte przeciw wypadaniu włosów - intensywna kuracja przeciw przewlekłemu wypadaniu i przerzedzaniu się włosów.




Ampułki są dość spore (5,5 ml), ale w opakowaniu jest ich niestety niewiele, bo tylko 14. Kupiłam więc dwa opakowania i zamierzam dziennie wylewać na głowę zawartość połowy ampułki, co powinno mi wystarczyć na 56 dni. Dlaczego tak? Ponieważ napisane jest na ulotce, że efekty są widoczne po 3 do 6 tygodniach.

Zużyłam już 4 ampułki (po pół na 1 dzień) i powiem Wam, że po kilku minutach od wylania zawartości na głowę, czuje się takie ciepło, co chyba jest zasługą papryki (pieczeniem bym tego nie nazwała), ale jest to przynajmniej dla mnie sygnał, że lek działa, a mikrokrążenie zostało pobudzone do pracy. 

Informacja na opakowaniu:

"WSKAZANIA: Przeciw przewlekłemu wypadaniu i przerzedzaniu się włosów. Wspomaga leczenie łysienia (hormonalnego, androgenowego, spowodowanego długotrwałym stosowaniem leków). Hamuje powstawanie zakoli. Przeznaczony w stanach silnej i długotrwałej utraty włosów. Dla kobiet i mężczyzn.

DZIAŁANIE I EFEKT:
Eliminuje wypadanie i przerzedzanie się włosów. Wit. z gr. B zapobiegają wypadaniu i przerzedzaniu się włosów. Ekstrakty z papryki i drzewa cytrusowego poprawiają mikrokrążenie w skórze głowy, przyspieszają odrost włosów. Ekstrakt z chmielu hamuje enzym 5-a reduktazy - odpowiedzialny za łysienie androgenowe. Ekstrakt z żeń-szenia stymuluje odrost włosów, odżywia, dotlenia skórę głowy i włosy. Wit. H zwiększa zakotwiczenie włosów w cebulce. Wyciąg z drzewa oliwnego zwalcza proces starzenia się mieszków włosowych. Wit. A, C i bioflawonoidy są naturalnymi antyoksydantami, hamują rozwój wolnych rodników, chronią przed działaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Przy regularnym stosowaniu, wypadanie włosów zanika, włosy rosną szybciej a ich zwiększona ilość jest widoczna. Efekty po 3 - 6 tygodniach stosowania."

Pojemność: 14 ampułek po 5,5 ml.
Cena: ok. 35 zł

Dodatkowo do każdej paczki z ampułkami dołączona była maseczka do włosów, która ma zapobiegać wypadaniu i przerzedzaniu się włosów oraz wspomagać leczenie łysienia androgenowego.



Opis produktu mówi, że: "Skutecznie hamuje wypadanie włosów oraz przyspiesza ich odrost. Zawiera Trichogen, prowitaminę B5, nanotechnologiczny kompleks witamin, które stymulują cebulki włosów do odrostu, działają antybakteryjnie i antystarzeniowo. Włosy są bardziej gęste, mocniejsze i zdrowsze."

Psikadełko Seboradin z czarną rzodkwią - też już użyłam i mogę jedynie powiedzieć, że śmierdzi strasznie (jak czarna rzepa), ale cierp nosie, jak chce się mieć ładne, zdrowe włosy, to trzeba to przeboleć. Psikadełko również pomaga skórze z ŁZS.




Informacja na opakowaniu:

"WSKAZANIA: Włosy przetłuszczające się, osłabione lub wypadające. Wspomaga leczenie ŁZS, łuszczycy i łupieżu. Dla kobiet i mężczyzn.

DZIAŁANIE: Intensywnie działający preparat, zapobiega przetłuszczaniu się włosów, reguluje pracę gruczołów łojowych. Zawiera bogate w witaminy, mikroelementy oraz związki siarki wyciągi z czarnej rzodkwi, tataraku, dziurawca, które wzmacniają, stymulują włosy do wzrostu, zapobiegają wypadaniu i łamaniu się włosów. Lotion hamuje rozwój florybakteryjnej w mieszkach włosowych, działa przeciwzapalnie i przeciwłupieżowo. Stosowany systematycznie przez okres min. 2-3 tyg. sprawia, że włosy są puszyste, wzmnocnione, odżywione, odżywione, nawilżone, lśniące i miękkie. Odzyskują zdrowie i piekny wygląd. Preparat zawiea naturalne antyoksydanty zawarte w ekstraktach ziołowych."

Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 21 zł

Mija ósmy dzień kuracji i za każdym razem zapisuję sobie ile włosów wypadło podczas mycia i czesania. Zwykle pomiędzy jednym myciem a następnym mijają 24 godziny.

Z moich zapisków wynika, że od początku kuracji wypada mi coraz mniej włosów:

Dzień 1 - 82 włosy
Dzień 2 - 80 włosów
Dzień 3 - 60 włosów
Dzień 4 - 68 włosów
Dzień 5 - 60 włosów
Dzień 6 - 57 włosów
Dzień 7 - 35 włosów

Za niecałe dwa miesiące powrócę do tego tematu, gdyż powinnam wtedy zakończyć kurację i powiem jak to się wszystko potoczyło z większymi lub mniejszymi szczegółami. Zależy jak wolicie :)

Oczywiście, wiem też, że kondycja naszych włosów zależy od naszej diety, ale myślę, że z tym u mnie jest dobrze - dużo warzyw, owoców, przynajmniej raz w tygodniu spora porcja ryby, witaminy, suplementy, tran itp., myślę, że jest ok. ;)

Monday, September 10, 2012

Zdenkowane amerykańskie kosmetyki do pielęgnacji


Dzisiaj troche o produktach do pielęgnacji ciała, jamy ustnej, włosów itp. w USA, które zużyłam w ciągu ostatnich 5 miesięcy. Oczywiście nie wszystkie są produkowane w USA, ale piszę o nich, jak o produktach w USA, dlatego, że są tutaj dostępne.

1. St. Ives - Exfoliating body wash, apricot.



Do zakupu tego żelu pod prysznic zachęcił mnie ładny zapach moreli oraz napis Paraben Free - bez parabenów. Niestety jeśli chodzi o właściwości złuszczające o których mówi producent są znikome, żeby nie powiedzieć żadne... Uwielbiam peelingi i wszystko czym mogę zdrapywać z ciała martwy naskórek i tutaj musiały pomóc mi peelingujące rękawice, bo sam drobinki, które mają złuszczać są niewyczuwalne. 

Daję jeszcze plus za nie testowanie na zwierzętach :)

Czy wrócę do tego żelu? Może za jakiś czas.

2. Oatmeal & Shea Butter moisturizing body wash.



Kremowa konsystencja, piekny zapach (mam słabość do masła shea). Po użyciu tego żelu pod prysznic skóra jest ładnie nawilżona, nie ściągnięta czy sucha. Plus oczywiście za to, że nie zawiera parabenów. Za jakiś czas na pewno do niego wrócę.

Nie testowany na zwierzętach.

3. Softsoap - Body Butter Coconut Scrub, body buff wash, crushed coconut & jojoba butter extracts.


Do zakupienia tego produktu pod prysznic zachęcił mnie wygląd -> link . Takie białe, gęste mleko z piegami. Wyglądało apetycznie. Niestety rozczarował mnie zapach. Niby kokos, ale jakiś dziwny i nieprzyjemny. Poza tym niby scrub, ale też nie złuszcza, nie czuć pod palcami żadnych wyraźnych drobinek. Wysusza mi skórę i chyba więcej się z nim nie zobaczę.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

4. Up & Up Apricot scrub. Facial scrub for blemishes and blackheads.



Bardzo dobry peeling. Tańszy odpowiednik podobnego peelingu z St. Ives, którego również kiedyś używałam. Ma bardzo duże drobinki, które idealnie ścierają martwy naskórek, odblokowyje pory, zostawia skórę czystą, gładką i świeżą. Pomógł mi trochę z moim trądzikiem (niewielkim, ale od czasu do czasu coś tam wyskoczy). Niestety musiałam zrezygnować z peelingów mechanicznych na rzecz ratowania swojej naczynkowej skóry, więc pewnie już się z nim nie zobaczę. Natomiast jeśli Wy nie macie problemów z naczynkami, to mogę Wam go serdecznie polecić. Minusem może być to, że peeling ten może wysuszać skórę. Lepiej od razu po jego użyciu nałożyć krem nawilżający. 

Daję dodatkowy plus za wydajność. Wystarczył mi na kilka miesięcy, używałam go 3 razy w tygodniu.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

5. Cetaphil - Gentle Skin Cleanser - for all skin types.



Mój ulubieniec do mycia twarzy. Po umyciu tym żelem, moja skóra twarzy sprawia wrażenie wciąż dobrze nawilżonej. Nie podrażnia oczu. Bardzo dobrze myje skórę, nie radzi sobie chyba tylko z mascarą na rzęsach. Ma ładny i delikatny zapach. Jego skład wygląda dość nieprzyjaźnie - widzimy w nim nie tylko SLSy, ale i parabeny. Natomiast pomimo takiego składu, jego działanie jest korzystne dla mojej skóry. Duży plus za wydajność - jedno opakowanie wystarczyło mi na 2,5 miesiąca, a używałam go dwa razy dziennie.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

6. Walgreens - Blackhead Clearing Scrub


Pomyłka, od zapachu, przez działanie po sam efekt. Niby delikatny, z ledwo wyczuwalnymi drobinkami, ale wysusza skórę. Zapach chemiczny. O jakimkolwiek czyszczeniu skóry z zaskórników radzę zapomnieć. Tylko tyle, że odświeżał skórę twarzy. Nic dobrego o nim więcej nie powiem. 

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

7. Deja Vu - luxury body scrub.


Działanie ma takie jak peeling zrobiony z cukru lub soli z dodatkiem oliwki. Ładnie złuszcza, wygładza, ale nie lubię tego olejku, który zostawia mi na skórze sprawiającego pozory nawilżenia. Czy warto kupić? Nie, lepiej zmieszać cukier z oliwką i samemu sobie wykonać taki peeling. 

Plus za to, że nie jest testowany na zwierzętach.

8. GUD from Burt's Bees - Natural Body Butter




Piękny zapach. Lekka konsystencja masła sprawia, że bardzo łatwo rozprowadza się na skórze. Bardzo dobrze nawilża, dobrze się też wchłania nie pozostawiając tłustej bądź lepkiej warstwy na skórze. Czuć, że ciało jest nawilżone nawet na drugi dzień, kiedy wsmarowuję masło przed snem. Jednym słowem achy i ochy ;) Na pewno wrócę jeszcze do tego masełka, mimo, że jest trochę mało wydajne, bo przy codziennym stosowaniu wystarczyło mi na zaledwie dwa tygodnie :(

Dodatkowy plus za "no parabens, phthalates or petrochemicals"

Nie testowane na zwierzętach :)

9. Burt's Bees replenishing lip balm with pomegranate oil.



Jeden z najlepszych balsamów do ust, które miałam okazję używać. Wspaniale i długotrwale nawilża usta. Bardzo wydajny - używam kilka razy dziennie. Łany zapach. 100% naturalny. To już moje drugie opakowanie i niedługo pójdę po następne :)

Nie testowany na zwierzętach :)

10. Clear - scalp & hair therapy - sooth &nourish conditioner


Ładny zapach. Przyjemna, kremowa konsystencja. W składzie sporo olejków - słonecznikowego, migdałowego, arganowego, kokosowego, ale na tym plusy się kończą. Po użyciu tej odżywki włosy niestety nie rozczesywały się tak, jak powinny po odżywkach, musiałam wspomóc się dodatkową odżywką bez spłukiwania, przez co trudno mi powiedzieć, czy to, że moim włosom faktycznie nadała blask ta odżywka czy ta druga z Neutrogeny, której używałam bez spłukiwania - zakładam, że to zasługa tej drugiej. Mało wydajna.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

11. Schwarzkopf - Got 2 be - smooth operator


Wygładzający balsam do włosów bez spłukiwania, który wieokrotnie pomagał mi rozczesać moją czuprynę po użyciu Selsun Blue. Łatwa aplikacja, zapach może być. Nie jest to najlepszy produkt do pomocy z rozczesywaniem, ale też nie mogę powiedzieć, żeby nie sprawdzał się w tej roli. Czy faktycznie wygładza? Trudno powiedzieć, ponieważ moje włosy są cienkie i mają tendencję do zakręcania się. Czasem te loko-kędziory są ładniejsze, czasem nie mogę na nie patrzeć. Myślę, że położenie tego produktu na moich włosach powoduje, iż są one trochę bardziej obciążone, przez co nie lokują się, a bardziej falują. Natomiast jestem pewna tego, że nadaje włosom blask i sprawia, że są miękkie i gładkie w dotyku. Plus za ochronę przed UV. Niestety produkt mało wydajny - przynajmniej w moim przypadku - mam długie włosy (za łopatki) co powodowało, że musiałam nałożyć tego balsamu więcej, ponad to stosowałam go codziennie, więc chyba nie dziwne, że dość szybko siegnął dna.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

12. Selsun Blue Shampoo - Medicated with menthol



Rewelacyjny szampon przeciwłupieżowy. Skuteczny w leczeniu łojotokowego zapalenia skóry głowy z którym się borykam (seborrheic dermatitis). Szamponu tego używałam codziennie, jest dość wydajny - jedna buteleczka wystarcza mi na miesiąc przy codziennym użyciu. Zapach jest mało przyjemny, nie przepadam za mentholem. Daje za to miłe, chłodzące uczucie na skórze głowy. Doskonały, jeśli macie problem ze swędzącą skórą - umycie włosów tym szamponem przynosi natychmiastową ulgę.

Niestety jeśli chodzi o szampony, to zw względu na ŁZS nie mogę w nich przebierać i wybierać na podstawie zapachu czy koloru... Zamówiłam niedawno z polskiej apteki nowy szampon, który też wspomaga leczenie ŁZS i zobaczymy jak to z nim będzie :) Natomiast Selsun Blue był, jest i będzie stałym bywalcem mojej łazienki.

Minusem jest fakt, iż bez użycia odżywki (do spłukiwania lub bez spłukiwania) rozczesywanie włosów będzie horrorem. Nie radzę ;)

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

13. Selsun Blue with Aloe - Moisturizing



Ten Selsun Blue od swojego brata spod numeru 11 różni się tym, że ma ładniejszy zapach. Nie jest to francuska perfuma, ale na pewno przyjemniej go wdychać. Nie daje on też przyjemnego, chłodzącego uczucia na skóze głowy podczas mycia, a szkoda. To pewnie dlatego, że nie ma w składzie mentholu. Jednak co do reszty właściwości patrz punkt wyżej :)

14. Garnier Fructis - Triple Nutrition




Dwufazowe psikadło do włosów. Ma w składzie olejki, które faktycznie działają nabłyszczająco na włosy, ale nie powiedziałabym, że efekt utrzymywał się szczególnie długo. Co do efektu mocniejszych włosów, któe obiecuje nam producent, no cóż, u mnie się nic nie wzmocniło. Poza nabłyszczeniem nie zauważyłam jakichś wyraźnych zmian. Plus za zapach i aplikację. Pomocny przy rozczesywaniu włosów, ale nie zawsze. Czy wydajny? Trudno stwierdzić... Butelczyna jest mała, a ja psikałam nim codziennie czasem nawet kilka razy, więc szybko mi się skończył. Jeśli kupiłabym go znowu, to prawdopdobnie dla zapachu, który zostawia na włosach - owocowo, cytrusowo słodki. Poza tym szału nie ma.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

15. Crest - Cinnamon



Taka ciekawostka i zarazem świetna alternatywa dla tych, którzy nie lubią smaku mięty (ja!)... Mięta powoduje, że chce mi się strasznie pić i często po umyciu zębów dużo piłam przed snem i musiałam kilka razy obudzić się w nocy i iśc do toalety... Nie mam zastrzeżeń co do działania tej pasy jeśli chodzi o samo mycie, wszystko ok, zęby są umyte, czuje się w ustach cynamonową świeżość i gitara. Natomiast co do właściwości wybielających... hmm... efekt wybielania chyba polega na tym, że pasta ta jest koloru czerwonego i barwi tym klorem nasze dziąsła przez co zęby wydają się jaśniejsze w stosunku do przyciemnionych dziąseł. Jeśli pasta podczas mycia będzie Wam spływała po brodzie, to bądźcie pewni, że broda zafarbuje się Wam na czerwono, to samo z kącikami. Wielokrotnie mój mąż, kiedy umyłam zęby, pytał mi się co zrobiłam z okolicą ust, że jest cała zaczerwieniona - efekt tej pasty właśnie. Po innych tak nie mam.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

16. Listerine Total Care


Zacznę od plusów. Faktycznie świetnie odświeża jamę ustą, a to odświeżenie jest odczuwalne nawet dnia następnego, kiedy się budzę. Radzi sobie więc z zabijaniem bakterii i działa bez zarzutu. Niestety jego użytkowanie do najprzyjemniejszych nie należy głównie ze wzglęu na uczucie palenia w ustach. Nie potrafię utrzymać go w buzi dłużej niż kilkanaście sekund, bo od razu łzawią mnie też oczy, tak okropnie piecze i wypala. No i ta ostra mięta, której nie znoszę.

Chciałabym wrócić do niego za jakiś czas, bo dobrze działa, pomimo palenia :(

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

17. CareOne Antiseptic Mouth Rinse


Do zakupienia tego produktu skusił mnie ten cytrus na opakowaniu, bo to oznaczało, że nie będę mieć doczyniena ze znienawidzoną miętą i nie rozczarowałam się. Faktycznie ma słodkawy cytrusowy smak - pomiędzy cytryną a pomarańczą. Niestety użytkowanie jest tak samo "przyjemne" jak użytkowanie Listerinu -  wypala, piecze i łzawią mi oczy. Natomiast co do samego działania, to wydaje mi się, że Listerin jest silniejszy i skuteczniejszy. Ten też dawał radę, ale następnego dnia po przepłukaniu nim ust przed pójściem spać, nie czułam już takiej świeżości od rana jak w przypadku stosowania Listerinu. Myślę, że skoro oba produkty wypalają, to lepiej poświęcić się i przecierpieć używanie Listerinu, niż tego delikwenta powyżej. Plus za w miarę ładny zapach i wydajność - przy codziennym użyciu, wystarczył mi na 2 miesiące.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.

18. Biotene - Dry Mouth Oral Rinse




Czasem mam taki problem, że podczas snu czuję suchość w ustach. Wtedy wstaję i idę coś popić. Niedawno jednak znalazłam ten płyn do płukania ust, który miał mojemu problemowi zaradzić. Niestety efekt był krótkotrwały. Dawał radę przez jakiś czas w nocy, ale następnego dnia i tak budziłam się z uczuciem suchości w ustach. Może to kwestia jakiegoś odwodnienia? Daję duży plus za przyjemne użytkowanie. Nie wypal, pewnie dlatego, że nie zwiera alkoholu. Odświeża jamę ustną, ale jakoś specjalnie zachwycona nim nie jestem. Sięgnęłam zatem po jego "brata" na półce w sklepie, który ma zapobiegac tworzeniu się płytki bakteryjnej na zębach, a składem różni się minimalnie, no ale zobaczymy :)

Powyższy produkt ma gęstszą konsystencję, niż Listerine czy CareOne. Coś jak konsystencja śliny. Wiem, brzmi obrzydliwie, ale używanie tego produktu nie jest tak nieprzyjemne jak w przypadku płukanek zawierających alkohol.

Brak informacji o testowaniu na zwierzętach.


To by było na tyle. Nie są to jednak wszystkie produkty, które zużyłam. Niektóre pominęłam, bo niewiele dało się o nich powiedzieć, a jakoś mnie nie zachwyciły, więc przemilczałam sprawę. Jeśli macie jakiś pomysł na alternatywy do tych produktów z kosmetyków dostępnych w USA, to bardzo chętnie poczytam co macie do powiedzenia.

Thursday, September 6, 2012

Czym różni się amerykański dom od polskiego? Part 1.

Tego posta dedykuję wszystkim tym, którzy nigdy nie byli w USA i też możliwe, że o pewnych elementach wyposażenia domu nigdy nie słyszeli, nigdy ich nie widzieli. Choć może to mało możliwe, bo amerykańskie domy możemy podpatrzeć np. podczas oglądania jakiegoś amerykańskiego filmu.

Pierwszy element? Włączniki/wyłączniki światła. W Polsce w większości domostw mamy płaskie włączniki, a w USA - takie wystające plastikowe... cyplowate coś. Myślę, że amerykańskie włączniki mają jeden bardzo ważny plus -  nie ma trzaskania brudną łapą we włącznik, włączamy światło przy użyciu palca, a co za tym idzie, nie brudzimy włączanika i ściany go otaczającej brudnymi rękami, kiedy przychodzimy do domu z dworu/pracy/szkoły etc. Takie zjawisko możemy zaobserwować chociażby w naszych polskich szkołach.


Kolejnym elementem są gniazdka elektryczne i wtyczki. Mają one inny kształt niż nasze polskie zamurowane świńskie ryjki ;) Bolce są bardziej spłaszczone, a sama wtyczka ma kształt trójkąta, może też ona być płaska.

Plug with two parallell flats pins
Source


Source
 Następny, tym razem większy element to żyrandol z podwieszonym pod sufitem sporej wielkości wiatrakiem. Tak w razie czego gdyby nagle wysiadła klimatyzacja i nie byłoby się czym ochłodzić ;) Wiem, że w Polsce też niektórzy z Was mają wiatraki pod sufitem, ale domy w USA charakteryzują się tym, że w niemalże KAŻDYM domu jest przynajmniej jeden taki wiatrak.

Elementem wyposażenia łazienki z którym bardzo często się spotykam w USA, czy to w domach czy w hotelach są kurki prysznicowe, które najczęściej, żeby odkręcić wodę, obracamy niczym nakrętkę w pozycji prostopadłej do ściany. Nie wiem jednak czy tak jest w każdym domu, ale do tej pory spotkałam się jedynie z taką formą odkręcania wody.

Source

Source

Zostańmy więc na chwilę przy łazience, bo kolejną sprawą są toalety. Nie chcę mówić, że ogólny design troszeczkę różni się od toalet w Polsce, ale jakichś wielkich różnic nie ma. Istnieje jednak jedna zasadnicza różnica w sposobie spłukiwania wody. Nie chodzi mi tutaj o proces naciśnięcia spłuczki, ale o to jak spłukuje się sama woda. W europejskich toaletach zwykle po naciśnięciu spłuczki, zanieczyszczona woda w toalecie jest wypychana przez czystą wodę z obręczy toalety (tę wodę, która spływa z góry, wiecie ;) ) Natomiast toalety amerykańskie zwyczajnie zasysają brudną wodę, po czym toaleta wypełnia się czystą wodą.

Wadą amerykańskich toalet jest to, że mają tendencję do częstszego zapychania się. W Polsce jeszcze nigdy nie używałam tzw. plunger czyli tej pompki/przepychacza do odblokowania zapchanego sedesu, natomiast to, jakie akcje miałam z amerykańskim sedesem możecie przeczytać gdzieś na moim blogu w poprzednich postach. Tak na wszelki wypadek ostatnio kupiłam sobie 'żmijkę' do odblokowywania toalet w razie gdyby pompka zawiodła. 

Kolejna sprawa to okna. Okna amerykańskie w większości domostw otwierają się w górę, a zamykają w dół. Jest to trochę problematyczne, ponieważ mam problem z otwieraniem większych i cięższych okien. Zwykle daję radę, ale czasem muszę się trochę pomęczyć. Otwieranie polskich okien w zawiasach jest znacznie łatwiejsze.


Przejdę teraz do materiału, z którego budowane są domy... Często czytałam wypowiedzi w dość żartobliwym tonie, że Amerykanie mają domki z dykty i kartonu ;) Poniekąd tak. Są tutaj oczywiście domy murowane, ale istnieją też takie, które zbudowane są z kawałka dykty, albo innego materiału przypominającego drewno, z gipsu oraz z takiej jakby zewnętrznej boazerii dla ozdoby domu z zewnątrz. Kiedy patrzę na ściany w domu, w którym obecnie mieszkam, to widzę trochę muru, trochę drewna, trochę dykty (jak stuknę w ścianę, to słychać echo).






Coś jeszcze? Acha! Wszechobecna klimatyzacja. Amerykańskie urządzenia wyglądają jednak trochę gorzej niż te, które widziałam w Polsce. Zwłaszcza na zewnątrz domu...


Ta skrzynka wystająca z okna to właśnie klimatyzator. Niektóre montowane są w ścianach, inne zaś w oknach. Z tymi oknami to jednak kiepski pomysł, dlatego, że odbiera to światło pomieszczeniom w domu.

A na koniec... wspomnę, że większość domów zabezpieczona jest alarmem antywłamaniowym.




Przepraszam Was najmocniej za zwłokę w publikowaniu postów, jednak różne rzeczy mnie teraz rozpraszają. Został mi jeszcze tylko troszeczkę ponad miesiąc w Maryland. Myślę więc, co będziemy musieli wyrzucić, zostawić, co zabrać, jak zapakować itp. Nasz samochód, to nie typowa amerykańska pół-ciężarówka, pół-autobus, czy pół-pick up ;) Tutaj zaliczałabym go, do tych mniejszych, więc miejsce mamy ogrniaczone. Na pewno zostawimy naszemu wynajmującemu biurko, ja pozbędę się starych ręczników i kilku ubrań zapewne. Przeglądam też oferty mieszkań i domów do wynajęcia w Północnej Karolinie, tak na wszelki wypadek, gdyby w samej bazie nie było dla nas miejsca, co może się zdarzyć. W razie czego mam kilka domów i apartamentów na oku w pobliskim miasteczku, w bezpiecznej dzielnicy. Cieszę się na tę przeprowadzkę. Dlaczego? W końcu będę mogła pracować, uczyć się oraz będę mogła mieć swojego wymarzonego pupila - kota, którego zaadoptuję ze schroniska, albo wezmę od kogoś, kto chciałby oddać kotka w dobre ręce :)

P.S. Za pomysł na tego posta chciałabym podziękować jednej z moich czytelniczek - Patrycji. Pozdrawiam Cię serdecznie! :)