Wednesday, September 10, 2014

Szkolenie dla nauczycieli, substytutów i asystentów nauczyciela.

Kilka tygodni temu wzięłam udział w szkoleniu dla nauczycieli, substytutów i asystentów nauczyciela. Było to ciekawe doświadczenie mimo, iż program szkolenia nie wykraczał zbyt daleko poza moją wiedzę, gdyż jak być może niektórzy z Was wiedzą, jestem nauczycielem (angielskiego) z wykształcenia.

Program szkolenia obejmował m.in.:

  • Expectations and Responsibilities of a Teacher
  • Tips for Being a Good Teacher
  • Emergency Information and Procedures
  • School System Policies and School Rules
  • Understanding and Following Lesson Plan Designs
  • Key Elements of an Effective Lesson
  • Teaching to the Objective and Following a Lesson Plan
  • Instructional Monitoring and Feedback
  • Standards and Principles of Effective Instruction
  • Effective Use of Classroom Technology
  • Classroom Rules and Procedures
  • Classroom Management Strategies
  • Working with Exceptional Children

Zajęcia odbywały się od godziny 8:30 am do 5:00 pm przez 3 dni i wierzcie lub nie, ale po pierwszym dniu miałam dosyć i nie byłam w stanie nawet patrzeć na notatki, które mieliśmy przeczytać na następny dzień. Byłam wykończona.

Instruktorka z którą mieliśmy zajęcia była emerytowanym nauczycielem z ogromnym bagażem doświadczeń i mimo różnych dziwnych sytuacji z którymi musiała się zmierzyć podczas swojej kariery miała bardzo pozytywne nastawienie do nauczania.

Pierwsze dwa dni zajęć były dość wyczerpujące ze względu na to, że musieliśmy przyswoić dość sporo informacji nawet wtedy kiedy niektórzy z nas dostawali już świecących oczu ze zmęczenia. Tak, ja też miałam łzy w oczach około godziny 3:00 - 4:00 pm. Były krótkie przerwy na śniadanie, kawkę itp. była też 40 minutowa przerwa lunchowa, ale to nie wystarczyło by pozbyć się zmęczenia. 

Drugiego dnia szkolenia podczas przerwy na lunch zdałam sobie sprawę m.in. z tego jak szybko mija mi tutaj czas na pierdołach. Już tłumaczę o co mi chodzi. Wiele osób z Polski, które nigdy nie miało okazji doświadczyć życia w Stanach nazywało by to pewnie skrajnym lenistwem, ale udogodnienia typu drive-thru w Starbucksie, Subway itp. naprawdę potrafią zaoszczędzić kilka minut i czasem niechęć wysiadania z auta nie wiąże się czysto z lenistwem, a bardzo często z brakiem czasu. Do rzeczy. Mieliśmy 40 minut na lunch. Ja niestety nie zdążyłam przygotować sobie jedzenia w domu dzień przed zajęciami, więc zdecydowałam się wybrać po kanapkę do pobliskiego Subway'a. Subway był oddalony od szkoły może jakieś 6-7 minut drogi, ale kolejne minuty zleciały mi na m.in. szukaniu miejsca parkingowego (a w porze lunchu to nie jest łatwe) i przejście z auta do Subwaya dość spory kawałek. W Subway'u była dość długa kolejka, bo wszyscy mają przerwę na lunch mniej więcej w tym samym czasie - zazwyczaj pomiędzy godziną 11:00 a 13:00, więc tutaj odczekanie swojego znów zabrało kilka minut. Następnie, kiedy przyszła moja kolej, wybieranie składników do kanapki, problemy z kasą (kasjerka chyba była nowa), płacenie i kolejne minuty lecą. Biorę kanapkę, idę do auta, czekam aż samochód znajdujący się za mną przejedzie abym mogła wydostać się z parkingu. Czas leci. Udało mi się w końcu wyjechać z miejsca parkingowego i dołączyć do ruchu, mijam jedne światła, drugie światła. Na trzecich światłach trzeba było się oczywiście zatrzymać, bo czerwone. Kolejne stracone minuty. Wjeżdżam z powrotem na szkolny parking, parkuję auto w miarę blisko budynku. Patrzę na zegarek... na zjedzenie mojej kanapki zostały mi 2 minuty... Biorę cztery kęsy, wychodzę z auta, wbiegam do szkoły i widzę, że reszta grupy wraca do klasy. Uff zdążyłam, ale za bardzo się nie posiliłam, a do kolejnej przerwy jeszcze co najmniej 2 godziny... 

Wracając do szkolenia...

Moja grupa liczyła 18 osób. Jedna z nich nie wróciła po pierwszym dniu zajęć z niewiadomych powodów. Siedzieliśmy przy stolikach tworzących 4 osobowe grupy. Już po pierwszym dniu odkryłam, że jestem jedynym obcokrajowcem w grupie, co wzbudziło zainteresowanie innych uczestników szkolenia i samej instruktorki, gdyż na przerwach często zadawano mi pytania o to jak długo jestem w Stanach, co mnie tutaj sprowadza itp. Jedna dziewczyna zaproponowała nawet, że zabierze mnie na lunch pierwszego dnia, żebyśmy mogły kontynuować rozmowę. Miałam wtedy swój lunch zapakowany i pozostawiony w aucie, ale co tam, dla nawiązania nowych znajomości czasem nie warto odmawiać nawet jeśli ta osoba jedzie złożyć zamówienie do... Burger Kinga ;)

Po dwóch dniach suchej teorii, analizowania różnych przypadków i doświadczeń z życia nauczyciela przyszedł czas na praktykę. Trzeci dzień zajęć był więc najluźniejszy i najciekawszy, ale też z jednej strony najbardziej stresujący, bo nie wszyscy są gotowi na to by wcielić się w rolę nauczyciela, wyjść na środek klasy i zaprezentować przez 15 minut wcześniej przygotowaną próbną lekcję.

Długo zastanawiałam się nad tym czego mogłabym nauczyć Amerykanów. Chciałam żeby moja 15 minutowa lekcja była interesująca, ale też dobrze wpisywała się w ustalone punkty w poprawnie skonstruowanym planie lekcji. Nie mieliśmy z góry narzuconych tematów lekcyjnych, mogliśmy przygotować cokolwiek chcieliśmy. Ja zdecydowałam się nauczyć Amerykanów trochę języka polskiego ;)
Kiedy przyszła moja kolej na zaprezentowanie lekcji nie ukrywam, że byłam trochę zestresowana, ale miałam dobrze sporządzone notatki, plan i materiały, więc nie martwiłam się o to, że coś pójdzie nietak. Po prostu trema próbowała mnie zjeść przez pierwszą minutę, ale nie dałam się i już po chwili prowadziłam zajęcia bez spoglądania w notatki. 

Na początku zadałam Amerykanom pytanie co wiedzą na temat Polski. Mogło to być jedzenie, znana osoba, fakty geograficzne, historyczne itp. Dałam im minutę na omówienie tego tematu w czteroosobowych grupach i aby pokazać, że słuchałam instruktorki na poprzdnich zajęciach przyniosłam stoper. Kiedy stoper dał sygnał, że minuta minęła przepytałam każdą z grup co wiedzą na temat mojego kraju. W odpowiedzi usłyszałam o kiełbasie, pierogach, chłodniejszym klimacie, o tym, że graniczymy z Niemcami itp. Byłam zaskoczona, bo właściwie nie spodziewałam się otrzymać zbyt wielu informacji, a tutaj każdy miał choć jedną rzecz do powiedzenia. (Tak na marginesie, gdyby ktoś zapytał mnie o np. Kambodżę, to też bym za dużo nie wiedziała, więc nie uważam aby kogokolwiek tutaj krytykować i nazywać ignorantem jak to czasem niektórzy nasi rodacy mają w zwyczaju).

Następnie podałam moim "uczniom" kilka powodów dla których warto nauczyć się podstaw Polskiego. Dostali ode mnie informacje o tym ilu Polaków i osób polskiego pochodzenia znajduje się w USA oraz w samej Północnej Karolinie (wg. statystyk podanych TUTAJ wynika, że Polish American Population w NC stanowi ponad 87 tys.). Tak, wiem, że nie wszystkie osoby polskiego pochodzenia mówią po polsku, ale znajdą się i takie, których rodzice nauki języka nie zaniedbali ;) 
Zanim jednak podałam im konkretne liczby, poprosiłam by zgadywali ilu Polaków jest w USA itp. Na pytanie czy wiedzą ilu Polaków lub osób polskiego pochodzenia mieszka w Północnej Karolinie odpowiedzieli "Co najmniej jedna" :D

Moja prezentacja zaczęła wykraczać poza 15 minut, gdyż dostawałam mnóstwo pytań o system szkolnictwa w Polsce czy o podobieństwo języka polskiego do języków państw ościennych itp. Nie omieszkałam zatem przytoczyć kilku anegdot i przykładów związanych z językami słowiańskimi, które mimo podobieństw potrafią być naprawdę "tricky," gdyż np. niektóre słowa brzmią podobnie, ale znaczą zupełnie coś innego, co doprowadziło do kilku zabawnych sytuacji. Pomyślcie np. o rosyjskim "зовут," które brzmi trochę jak polski "zawód," a używa się tego wyrazu (z tego co się orientuję) przy pytaniu "Jak się nazywasz?," a nie "Jaki zawód wykonujesz?" (jeśli mamy tutaj osobę, która zna rosyjski to proszę zwrócić mi uwagę jeśli coś mówię źle, bo ja nigdy rosyjskiego się nie uczyłam) ;) Tak czy inaczej chodzi o to, że czasem można się zdziwić jak dwa języki z podobnymi wyrazami mogą wprawić w zakłopotanie.
Po zaspokojeniu ciekawości i przekonaniu moich uczniów, że warto nauczyć się kilku zwrotów po polsku gdyż mają całkiem spore szanse na spotkanie jakiegoś Polaka w NC przeszliśmy do konkretów. Nauczyłam moją grupę takich zwrotów jak "Cześć," "Dzień dobry," "Jak masz na imię?," "Mam na imię..." itp. Muszę przyznać, że poradzili sobie świetnie. Nie podałam im wtedy żadnych kartek z fonetycznie zapisanymi wyrazami itp. Wszystko powtarzali ze słuchu. Po przećwiczeniu tych zwrotów podchodziłam do kilku osób i pytałam "Jak masz na imię?" i dałam znać, że oczekuję odpowiedzi "Mam na imię..." itp. Następnie rozdałam moim "uczniom" wcześniej przygotowane przeze mnie materiały z omówionymi zwrotami oraz fonetycznie zapisaną i przećwiczoną na moim mężu wymową ;) Wszystko po to by zaspokoić potrzeby moich visual learners. Kolejnym punktem w moim planie lekcyjnym było podzielenie uczniów na grupy dwuosobowe i odtworzenie dialogu składającego sie z przećwiczonych zwrotów, ale nie było już na to czasu, więc musiałam tylko opowiedzieć co zamierzałam zrobić dalej itp. Instruktorka była bardzo zadowolona z mojej lekcji pokazowej :)

Czego uczli nas inni uczestnicy szkolenia? Hmm... były lekcje na temat materii, pieczenia babeczek, zdrowego odżywiania, ułamków, udzielania pierwszej pomocy, liczenia, poprawnego wypełniania czeku itp.
Tutaj uczyliśmy się robić Rainsticks:

A tutaj były zajęcia na temat materii. Mieliśmy tylko 2 minuty na ulepienie zwierzaka z plasteliny/ciastoliny (?) play-doh, więc wyszedł kot jaki wyszedł (bez tylnych łap) ;)



Kiedy szkolenie dobiegło końca odebraliśmy certyfikaty i wymieniliśmy się adresami e-mail z panią instruktor do której możemy wysłać wiadomość z prośbą o radę gdybyśmy natrafili na jakiś trudny przypadek podczas pracy jako nauczyciele ;)

Friday, September 5, 2014

Wylot z Polski...

Opuszczanie Polski jest jak zwykle słodko-gorzkim doświadczeniem. Ciężko mi zostawiać rodzinę. Nienawidzę pożegnań... Najgorsze jest chyba to, że czas tak szybko leci. Spędziłam w Europie ponad miesiąc, a minęło jakby to był zalewie tydzień. Z jednej strony chcę wracać już do Stanów, do męża, kotka i przyjaciół jakich tutaj mam, a z drugiej zaś nie chcę zostawiać mojej rodziny w PL. Przyjaciele w Polsce też zostali, ale czuję, że jednak jest ich co raz mniej. Może to i dobrze, niech zostaną ci najwytrwalsi a na pewno będą przeze mnie docenieni.

Taka mała rada dla tych, którzy mieszkają za granicą i kiedy przyjeżdżają do Polski nigdy nie mogą się spotkać ze znajomymi mimo chęci i czasu. Nie ustalajcie spotkania na zasadzie "Jakby co to jestem w Polsce jeszcze przez 10 dni, odezwij się kiedy będziesz miał/miała czas się spotkać" ... ta metoda prawie nigdy nie jest dobra. Wiem, sprawdzałam ;) Wyślijcie do znajomych wiadomość/zadzwońcie z konkretnym miejscem, dniem i godziną na spotkanie. Jeśli nie będzie im pasowało, to się dogadacie na inny KONKRETNY termin. Jeśli powiecie, że jesteście jeszcze przez 5 dni w PL to najprawdopodobniej ta druga osoba z którą chcecie się spotkać o tym zapomni i tak jak stało się w moim przypadku napisze do Was, kiedy będziecie już w drodze powrotnej ;) 

Miałam lot z Poznania kilka minut po godzinie 6:00 rano. Prawie w ogóle nie spałam w nocy, więc do samolotu szłam padnięta.

W Monachium usnęłam czekając na swój lot - miałam całe 5 godzin. Pod głowę podłożyłam gazetę i kiedy się obudziłam i spojrzałam w lusterko mogłam z czoła przeczytać artykuł. Nie polecam zatem podkładać gazet, bo druk odbija się na skórze ;) Na szczęście jak zwykle wyposażona w nawilżone chusteczki do twarzy mogłam zmyć druk zanim ktokolwiek mnie zobaczył :D

Nigdy nie mogę zapamiętać nazwy tej knajpy na lotnisku w Monachium, ale mają oni taki jakby ogródek ze stolikami i jest tam w miarę tanio jak na lotniskowe warunki - niecałe 9 euro i mam śniadanie w postaci pomidorowej zupki i bułek:


Nie będę przynudzać za dużo na temat lotu. Siedzenie przez 9 h nawet przy oknie jest nudne. Może jedynym ciekawym zjawiskiem było to, że samolot pozbywał się (chyba) paliwa po starcie, bo widziałam smugę cieczy wydobywającą się ze skrzydła. Słyszałam jak ktoś siedzący przede mną spytał stewarda czym jest ta smuga, ale steward powiedział tylko "Oh, that doesn't matter" ... Tak to wyglądało:


O tym dlaczego czasami samolot pozbywa się paliwa przed lądowaniem możecie poczytać tutaj: KLIK

Jeśli jesteście ciekawi samolotowego obiadu, to mój podczas tego lotu Lufthansą wyglądał tak:


Zazwyczaj w ofecie jest albo danie z mięsem (kurczak, indyk) albo bez - tutaj akurat makaron z serem w sosie śmietanowym. Ja zazwyczaj wybieram dania bezmięsne. Na kolację serwowali kiełbasę w cieście lub pizzę.


Podzielę się też z Wami kolejną rzeczą, którą zabieram ze sobą na pokład. Nie wiem czy Wy też tak macie, ale podczas lotu czuję, że wysusza mi się nie tylko skóra twarzy, ale też nos od środka, co mnie strasznie denerwuje. Jest na to rada - zabierzcie na pokład wodę morską do nosa. Do nabycia w aptekach. Jeśli czujecie tą okropną suchość w nosie to po prostu użyjcie tej wody jak kropli na katar i tyle. Pomaga ;)


Wylądowałam w Charlotte. Okazało się, że mój kolejny lot został opóźniony. Chyba mam jakieś deja vu... 

Następnego dnia z samego rana wybrałam się do szkoły ESL by obdarować moich znajomych pamiątkami z Polski. Ze względu na ograniczone miejsce w bagażu musiałam zdecydować się na coś małego - oprócz szkatułek, które pokazywałam w którymś z poprzednich postów przywiozłam monety kolekcjonerskie z wizerunkiem Jana Pawła II. Czy może być coś bardziej polskiego? :)

Edit:

Zapomniałam opisać dość istotną część mojej podróży. Może komuś przydadzą się te informacje, więc je zamieszczę. Otóż kiedy wyjeżdżałam z USA nie otrzymałam jeszcze mojej zielonej karty na 10 lat. Zamiast tego kiedy opuszczałam Stany miałam przy sobie zieloną kartę na dwa lata, która już straciła ważność, ale ponieważ wysłałam dokumenty o przedłużenie mojej Green Card na długo przed wylotem do Polski, dostałam wcześniej list od USCIS - I-797 Notice of Action na podstawie którego mogłam podróżować (opuszczać i wracać do USA) przez rok: "Your conditional resident status is extended for a period of one year. During the one-year extension you are authorized employment and travel."

Czy miałam jakieś problemy na granicy i czy musiałam się dodatkowo tłumaczyć podczas mojego powrotu do Stanów? W sumie od początku wyglądało to tak. W Polsce nie za bardzo wiedzieli z czym to się je. Kiedy odbierałam bilety na pierwszy lot i rejestrowałam bagaż przyznałam, że moja zielona karta jest już nieważna, ale mam list, który jej ważność przedłuża o rok. Babka zza biurka popatrzyła na mnie i na list z niepewnością, ale obok znalazł się facet, który miał już z tym listem doczynienia i wytłumaczył babce co i jak. Ona natomiast jeszcze zapytała czy podróżowałam już z tym listem wcześniej... Nie wiem czy jej pytanie wynikało z ciekawości czy z nieznajomości angielskiego, bo przecież w liście było wyraźnie napisane co można robić. Powiedziałam zgodnie z prawdą, że nie i dodałam, że jestem pewna, że dzięki I-797 NOA wpuszczą mnie do USA. Dostałam bilety i poszłam dalej...

W Monachium pokazałam zieloną kartę i list i nie było dodatkowych pytań.

Kiedy przyleciałam do Charlotte zobaczyłam, że ludzie stojący przede mną mają problemy z wjazdem do USA. Widziałam jak oficer CBP ze zmarszczonym czołem kręci głową i patrzy na stojącą przed nim parę. Okazało się, że owa para miała nieważne już zielone karty i zdecydowali się na podróż poza USA po wysłaniu podania o 10-letnią GC, ale PRZED otrzymaniem -797 NOA (zazwyczaj pomiędzy wysłaniem podania a otrzymaniem NOA jest jakiś tydzień może ciut więcej). Nie wiem niestety jak dalej potoczyły się losy tej pary, bo przyszła moja kolej na spowiedź przed oficerem CBP. Jak zwykle pokazałam GC z listem, po czym zostałam zapytana jak długo przebywałam poza granicami USA i tyle, mogłam iść dalej ;)

Wednesday, September 3, 2014

Montenegro to dziki kraj! (June 18 - 29, 2014) | Montenegro, Europe.

"Montenegro to dziki kraj" powiedział mój tato, kiedy pytałam o Czarnogórę. Nie jest tak czysty i bezpieczny jak Chorwacja, ale ma coś w sobie. To coś ciągnie tam moich rodziców już od kilku lat, a w te wakacje postanowili zabrać tam też mnie kiedy przyleciałam do Europy. Mama przyznała, że nie wie czy będzie mi się tam podobało, bo jest inaczej niż w Chorwacji. Montenegro jest jakby mniej ucywilizowane, mniej uporządkowane. Po ulicach walają się śmieci, turyści robią syf na plażach, pod każdym śmietnikiem znajdziemy albo stado bezdomnych kotów albo Cygana, do aut wsiadają wsiadają kierowcy po pewnych dawkach alkoholu, ale... mimo wszystko ten kraj mnie urzekł. Dotychczas byłam zakochana w Chorwacji, a teraz? A teraz byłabym rozdarta gdyby ktoś zapytał mnie w którym z tych krajów chciałabym pozostać na dłużej.


Mieszkałam w miejscowości Tivat, ale najbardziej przyciągnął mnie leżący kilka kilometrów dalej Kotor. To bardzo stare miasto, właściwie pierwszą osadę miał w tym miejscu starożytyny lud indoeuropejski - Ilirowie w 3 wieku p.n.e.

Przed przekroczeniem bram Starego Miasta postanowiłam spróbować jak Kotor interpretuje kuchnię meksykańską ;)

Stare Miasto Kotoru otaczają średniowieczne mury miejskie, które łączą się z twierdzą św. Jana na Samotnym Wzgórzu. Tam właśnie tego dnia zamierzaliśmy wejść ;) A towarzyszyły nam przy tym takie cudowne widoki:
Wąskie uliczki Starego Miasta

Jesteśmy coraz wyżej i coraz bliżej twierdzy...

Strefa Wysokiego Ryzyka - nie bez powodu i zaraz zobaczycie dlaczego!

Przyszlibyście tutaj z dzieckiem? Albo z lękiem wysokości? Ja nie... Lęk wysokości właściwie jakiś tam mały mam, ale raz się żyje :D

Dziki mostek w dzikim kraju ;)
Dla takich widoków warto czasem zaryzykować :)

Po zejściu z Samotnego Wzgórza na kolację obowiązkowo lokalne małże :) Uwielbiam owoce morza i prawie zawsze wybieram na obiad/kolację ośmiornice, kałamarnice lub małże.


Wyjeżdżamy z Kotoru...

Podczas tego pobytu w Montenegro zobaczyliśmy też bliżej maleńki Półwysep Świętego Stefana, który znajduje się niedaleko miasta Budva. Znajdują się tam głównie kwatery wypoczynkowe dla turystów z nieco grubszym portfelem.


Na plaży po lewej stronie (patrząc na półwysep) widziałam chyba największe fale jakie do tej pory udało mi się zobaczyć nad Adriatykiem. Po przeciwnej stronie półwyspu znajduje się bar/restauracja, w której nie polecam jeść, bo porcje są małe i niewarte swej ceny, ale wystrój mi się podobał ;)


 Poniżej możecie zobaczyć bezdomne kociaki, które przychodziły do nas po resztki jedzenia. Kotki witały nas radosnym miauczeniem już o 8:00 rano, kiedy to wychodziliśmy na zewnątrz by napić się kawy i zjeść drożdżówki z makiem (za tymi ostatnimi bardzo tęsknię w Stanach :( )


 Mieszkaliśmy niedaleko lotniska w Tivacie. Codziennie w godzinach porannych budziły nas silniki startujących samolotów. Ciekawym zjawiskiem było to, że samoloty  którko po starcie musiały skręcać by nie uderzyć w góry znajdujące się na przeciw pasa startowego.


Uwielbiam tę mieszaninę języków słowiańskich w Czarnogórze. Językiem urzędowym jest oczywiście czarnogórski, ale mówi się tutaj m.in. też po rosyjsku, serbsku lub chorwacku. My wyłapaliśmy trochę języka chorwackiego i czarnogórskiego i używaliśmy ich na przemian z polskimi wyrazami gdziekolwiek brakowało nam słowa. Tak dogadywaliśmy się m.in. ze sprzedawcami czy państwem u których wynajmowaliśmy mieszkanie. Nie powiem, bywało wesoło, bo niektóre wyrazy w języku czarnogórskim brzmiały podobnie jak w polskim, ale znaczyły zupełnie co innego ;)


 A tutaj plażowe widoki.


 I początek naszej wycieczki nad Kanion Tary. Tutaj zaczyna się Kanion Moracza.


 A tutaj jesteśmy już nad kanionem rzeki Tary w Parku Narodowym Durmitor. Kanion Tary jest najgłębszym kanionem w Europie.


Po drodze mijaliśmy mnóstwo zapierających dech w piersiach widoków - strome skały, lazurowa woda, malownicze wzgórza i domki, ale też setki mrożących krew w żyłach przepaści i pozaginanych barierek sugerujących nieszczęśliwe wypadki... Adrenalina skakała przed każdym zakrętem szczególnie wtedy, kiedy trzeba było minąć się z tirem.


 Mam więcej zdjęć z Kanionu Tary i innych miejsc, które odwiedziliśmy, ale zrobiłam je w innym formacie, którego nie mogę załadować na stronę, więc jestem zmuszona podzielić się z Wami jedynie kilkoma ujęciami.

A poniżej powrót na ulubioną plażę. Trudno zliczyć ile razy w ciągu naszego pobytu w Tivacie tam jeździliśmy. Trasa nie była zbyt bezpiecznia. Niejednokrotnie musieliśmy się minąć z innym samochodem na drodze mieszczącej 1 i 1/3 auta, mając z jednej strony skały z drugiej wody Adriatyku, co przyprawiało nas o szybsze bicie serc, ale mimo to wciąż chcieliśmy tam wracać. 


Płetwy, maska i fajka to zestaw bez którego nie ruszałam się z mieszkania. Czarnogóra oferuje cudowne miejsca do snurkowania bez którego nie wyobrażam sobie wakacji nad morzem :) Woda jest przejrzysta, więc można podziwiać skały, ryby, jeżowce, kraby, ślimaki i podwodną roślinność. Jest co oglądać.

Przyszła po moje ciastka...

A po snurkowaniu najlepszy jest relaks na bujającym się na wodzie materacu ;)

 Oczywiście zwiedzaliśmy też inne miejscowości i plaże jak np. Ulcini czy Bar, ale niech to zostanie tajemnicą mojego aparatu.

Poniżej - wyjeżdżamy z Montenegro. Przekraczamy granicę. Co ciekawe, kiedy przekraczają granicę np. Polacy mało kto chce oglądać nasze paszporty. Nikt też nas nie zatrzymuje i nie przeszukuje auta. Zauważyłam jednak, że często na granicach zatrzymywani są Niemcy... Próbowaliśmy zgadnąć  dlaczego, ale nie będę przytaczać naszych domysłów, żeby nie wproadzać nikogo w błąd ;)

Hodowle małży w Bośni

W Bośni zatrzymaliśmy się w przydrożnej knajpie serwującej owoce morza. Ja wybrałam grilowane kałamarnice. Ostatnie nadmorskie przysmaki... Moje podniebienie będzie tęsknić!

To by było na tyle z naszej wycieczki. Opisałam ją tak po krótce, gdyż nie chcę żeby mój blog za bardzo odbiegał o swojej głównej tematyki, ale wiem, że byliście ciekawi jak minęła moja wyprawa na Bałkany. Jedno wiem napewno - przy pierwszej nadażającej się okazji wracam do Montenegro! :)