Monday, July 30, 2012

Gotowanie w USA po polsku :) Przepis na krokiety z kapustą i grzybami!

Oj, czasem strasznie tęsknię za niektórymi polskimi daniami obiadowymi. Szczególnie za pyzami w sosie z pieczeni, a do tego surówka i buraczki na słodko, albo za żurkiem mojej mamy, ale też za prawdziwym polskim chlebem na zakwasie. Dzisiaj jednak miałam nieodpartą ochotę na krokiety z kapustą i grzybami, które jadałam często u swojej babci. Niestety największy problem miałam tutaj ze znalezieniem bułki tartej! W domu w Polsce robiliśmy sobie własną bułkę tartą, ale tutaj jakoś brakuje mi cierpliwości, żeby najpierw ten chleb i bułki suszyć, a potem wsadzać do blendera/robota kuchennego. Chleb i bułki daję więc ptakom.
W końcu któregoś dnia w supermarkecie w dziale z azjatyckim jedzeniem dorwałam to:

Source
Nadaje się świetnie do panierowania krewetek, ale ja użyłam tej "bułki" (czy chleba?) tartej do panierowania moich krokietów. 

Kapustę kiszoną można znaleźć w słoikach (słoik z kapustą jest widoczny w moim poprzednim poście w zakupach).

A teraz przepis:

Składniki:

Ciasto naleśnikowe:
  • 1 szklanka wody
  • 1 szklanka mleka
  • mąka
  • 1 jajko
  • oliwa / olej (jeśli nie możemy smażyć bez natłuszczenia patelni)
ciasto naleśnikowe powinno mieć konsystencję gęstej śmietany

Farsz
  • kapusta kiszona
  • surowe pieczarki
  • cebula 
  • pół kostki rosołowej
Nie podaję ilości, bo tak na prawdę każdy lubi inaczej i nie gra to aż tak ważnej roli ;)

Panierka:

  • bułka tarta
  • jajko (czasem wystarczy jedno, ewentualnie można dolać do niego troszeczkę wody)
 Kiedy już usmażymy "naleśniki", w które będziemy zawijać farsz, wlej oliwę na patelnię. Drobno posiekaną całą cebulkę podsmażamy na patleni przez minutę, następnie dodajemy do niej drobno posiekane pieczarki. Smażymy wszystko przez około 5 minut. Dodajemy do podsmażonej cebuli i pieczarek kapustę kiszoną prosto ze słoika. Wszystko podsmażamy przez około 3 minuty. Na koniec rozpuszczamy kostkę rosołową w zagotowanej wodzie (ok. 3/4 szklanki) i zalewamy nią nasz farsz na patelni. Od czasu do czasu mieszamy i czekamy aż woda trochę odparuje. Kiedy zobaczymy, że ilość wody się zmiejszyła, możemy zdjąć patelnię z ognia i zacząć nakładać i zawijać farsz w "naleśniki." Po zawinięciu krokietów, przyszedł czas na panierkę. Najpierw moczymy krokieta w rozmąconym jajku a później w bułce tartej. Rozgrzewamy oliwę/olej na patelni i smażymy aż bułka tarta będzie mocno się zarumieni.

I gotowe! Smacznego! 

(krokiety zwykle jadam z ostrym sosem Hot Pete)


Saturday, July 28, 2012

Zakupy na tydzień lub więcej, czyli co można kupić w USA za przysłowiową stówkę

Od czasu do czasu dostaję pytania o ceny pewnych produktów w USA. Czytelnicy w szczególności zainteresowani są porównaniem cen USA i w Polsce. Postanowiłam więc napisać na ten temat dzisiejszy post. Z racji tego, że jak co piątek, wybieramy się na zakupy żywieniowe, zaplanowałam, że po powrocie zrobię zdjęcia towarom, które zakupiliśmy. Zwykle na takich cotygodniowych zakupach wydajemy od 80 do 130 dolarów. Dziś udało nam się trafić prawie idealnie w setkę, więc postanowiłam napisać o tym ile tutaj można kupić za $100. 

Chciałam dać też skan paragonu, ale niestety wydruk był tak kiepskiej jakości, że nie można odczytać co tam jest napisane. Postaram się więc napisać jakie produkty znalazły się w koszyku.

Na początek może fotka :)










W koszyku znalazło się:

- mleko
- 2 jogurty greckie
- opakowanie truskawek
- opakowanie malin
- opakowanie jagód
- 3 banany
- 8 jabłek zielonych
- woda (ten wielki baniak - 1 gallon)
- mąka
- 2 wody gazowane w szklanych butelkach
- 2 napoje w puszce
- kapusta kiszona w słoiku
- opakowanie pieczarek
- mandarynki
- 10 brzoskwiń
- opakowanie sera w pałeczkach
- opakowanie parówek (6 sztuk)
- opakowanie miniaturowych batoników Twix
- opakowanie szpinaku
- krakersy
- 2 butelki Bolthouse Smoothie
- czteropak napojów w puszce
- mix do robienia ciasta naleśnikowego
- dżem
- płyn do prania
- cztery słone bułki
- nić dentystyczna (na takich patyczkach) - Glide
- sok w małej butelce
- sok w dużej butelce

To by było na tyle... uważam, że jak na wydane $100 to produktów jest sporo. A teraz hmm... jak mogę porównać czy w USA jedzenie (i inne podstawowe produkty niekoniecznie spożywcze) jest tańsze czy droższe niż w Polsce? Wyobraźmy sobie teraz, że w USA przykładowa osoba może zarabiać np. $1500, a w Polsce 1500 zł. Przejdźmy się zatem do sklepu w Polsce i zakupmy towar np. w Tesco za 100 zł, wyłóżmy towar na blat stołu czy na szafkę i zróbmy zdjęcie. Liczba towarów wydaje się taka sama jak ta, którą pokazałam czy większa/mniejsza? Wiem, że to trudno dokładnie porównać, bo każdy z nas je co innego, kupuje co innego i używa czegoś innego, ale jeśli macie ochotę przesłać do mnie zdjęcie towarów zakupionych w Polsce za 100 zł, abyśmy mogli wszyscy zobaczyć czy na prawdę w USA jest taniej, to proszę info plus zdjęcie, może być też paragon na e-maila: delilah.in.usa@gmail.com ... zdjęcia wstawię tutaj na blog.


Monday, July 23, 2012

Jak przygotować się do wielogodzinnego rejsu samolotem

Przez 20 lat nie miałam żadnej styczności z samolotami. Nie latałam, ponieważ moi rodzice woleli wszędzie jeździć samochodem. Nie straszna im była podróż autem z Polski na Bałkany (Chowacja czy Czarnogóra). Aż tu nagle jednego roku czekała mnie samotna podróż Polska -> USA i to dwa razy. Mam więc za sobą, jak do tej pory, trzy dziewięciogodzinne rejsy samolotem i kilka rejsów 1, 2, 3, 4 godzinnych. Długo myślałam nad tym jak się do takiej podróży przygotować. Miałam już doświadczenie z tak długimi wycieczkami (po 10 - 14 godzin), ale autobusem... samolot to coś zupełnie innego, bo do autobusu mogłam zabrać prawie wszystko, co chciałam, jeśli tylko zmieściłam się w 5 kilogramach. Do autobusu zabierałam więc sobie jedzonko, wodę, jakieś kosmetyki do odświeżenia twarzy w trakcie jazdy, zdarzało mi się, szczególnie zimą ponieważ jestem zmarzluchem, zabrać koc, dodatkową ciepłą parę skarpet, termos z herbatą, a nawet termofor wypełniony gorącą wodą. A do samolotu? Oh jej... tego nie wolno, tamtego nie wolno, a tego tylko określoną ilość itp., itd. Myślałam, że oszaleję, ale pozwolę sobie te moje rady odpowiednio wypunktować:

Źródło: Internet

Co zabrać i czego nie zabierać ze sobą na pokład w bagażu podręcznym

Po 1. POSIŁKI - Nie zabierajcie ze sobą żadnego jedzenia, wody czy innych smakołyków, ponieważ większość z tych rzeczy będzie skonfiskowana przez celników i wyrzucona do kosza (no ok, o batoniki czy ciastka się w sumie mnie nigdy nie czepiali ;)). Jeżeli przed lotem jesteście głodni i nie możecie wytrzymać do śniadania/obiadu/kolacji (w zależności od pory dnia podczas której zaczynacie lot), to najlepiej najedzcie się przed wejściem na pokład. Możecie zabrać kanapki z domu i zjeść je na lotnisku czekając na wezwanie do hali odlotów, albo zamówić posiłek w jednej z restauracji na lotnisku. Później, kiedy samolot wzbije się w powietrze, a na pokładzie będzie już można rozpiąć pasy i robić wycieczki do toalety czy gdzie tam chcecie ;), stewardessy zajmą się rozdawaniem posiłku odpowiedniego dla pory dnia. Przy tak długim locie, jakim jest lot do USA, zwykle dostajemy 3 posiłki bez względu na to jaką linią lecimy (ja mam akurat doświadczenia z linią lotniczą LOT i Lufthansa). Pomiędzy posiłkami dostajemy napoje, zwykle jest to kawa, herbata, woda gazowana lub niegazowana, Coca-Cola, Pepsi, soki i alkohole (choć napoje z procentami zwykle są płatne, ale nie zawsze - przynajmniej jeśli chodzi o klasę ekonomiczną). Jeśli zaś chodzi o wielkość samych posiłków, to uwierzcie mi, że pomimo mojej wagi, potrafię mieć niepohamowany apetyt i dużo zjeść, jednak jedzenie w samolocie, mimo iż nie było jakichś dużych rozmiarów, to w zupełności wystarczyło i nie czułam po nich głodu.

Po 2. KOSMETYKI - Nie zabierajcie ze sobą do bagażu podręcznego kosmetyków w pełnowymiarowym opakowaniu, ponieważ jesli opakowanie jest za duże, zostanie ono skonfiskowane i wyrzucone do śmieci. Tego, co zostaje wyrzucone, nikt Wam już nie zwróci, więc szkoda by było stracić jakiś drogi perfum czy krem. Dlatego kosmetyki w opakowaniach pełnowymiarowych chowamy do bagażu głównego.
"Pasażerom zezwala się na przenoszenie płynów, żeli i aerozoli przez Punkt Kontroli Bezpieczeństwa z założeniem, że są one umieszczone w pojemnikach o objętości 100 ml/100 g lub mniejszych i wszystkie pojemniki mieszczą się w jednej, przezroczystej, zamykanej torebce plastikowej o objętości nie przekraczającej jednego litra. Przybliżone wymiary takiej torby to 22 cm x 15 cm. Jeden pasażer może przenieść jedną torebkę.

Dozwolone jest wnoszenie na pokład samolotów jedzenia dla niemowląt w tym min.: mleka w proszku, mleka płynnego, wody i soków owocowych w ilościach przeznaczonych do spożycia w trakcie podróży.

Uwaga: jeżeli pojemnik nie posiada fabrycznego oznaczenia pojemności, może być potraktowany jako przekraczający 100ml i nie dopuszczony do wniesienia na pokład statku powietrznego." source

Plastikowa torba typu zip (z zamknięciem, zasuwką) o której mowa powyżej powinna wyglądać tak: KLIK - taki podróżny zestaw do samolotu widziałam na Allegro.pl za niecałe 15 złotych. Różnego rodzaju małe buteleczki i pojemniki na kremy czy inne kosmetyki o małej pojemności, możemy dostać np. w drogeriach typu Rossman czy Sephora.

Nie polecam wsiadać do samolotu w pełnym makijażu na tyle godzin. Po tak długim czasie człowiek jest okropnie wymęczony, a to zmęczenie będzie widoczne na waszej twarzy bez względu na to, czy macie makijaż czy nie. Przypuszczam, że z makijażem na twarzy będziecie jeszcze gorzej wyglądać, ponieważ skóra chce oddychać, a makijaż jej to uniemożliwia, dlatego po całym locie możecie spodziewać się różnego rodzaju wykwitów na twarzy. Ponadto nasza skóra wydziela sebum, a po tak długim locie będzie Wam się świeciła cała twarz. Zakładam też, że większość z Was prześpi długi rejs, a podpieranie głowy rękoma czy opieranie twarzy na poduszce spowoduje, że majkijaż Wam się rozmaże, dlatego NIE POLECAM tapety na kilkugodzinny rejs. Będziecie wyglądały gorzej niż bez makijażu, uwierzcie. Jeśli natomiast zależy Wam aby wyglądać pięknie po przylocie, to radziłabym zabrać do tych małych opakowań podróżnych krem nawilżający, podkład, pomadkę czy co tam Wam potrzebne ;) Później na godzinę przed lądowaniem możecie udać się do toalety, gdzie jest lustro i nałożyć na twarz swoje mazidła, albo po prostu zabrać ze sobą podręczne małe lusterko i zrobić to siedząc na swoim miejscu w samolocie. Restrykcje dotyczą kosmetyków płynnych, więc takie rzeczy jak pudry czy cienie sypkie czy prasowane możecie śmiało brać ze sobą.

Jeśli chodzi o odświeżenie oddechu podczas lotu, to możecie zabrać ze sobą specjalną podróżną lub zwykłą szczoteczkę do zębów i małą np. 10 ml tubkę pasty (taką małą tubkę można nabyć w Rossmanie). Dobrze jest też zabrać płyn do płukania ust typu Listerine. Można go przelać do małej buteleczki lub kupić małe opakowanie podróżne.
Ja zwykle dla odświeżenia oddechu zabieram ze sobą właśnie szczoteczkę i małą pastę, ale też gumę do żucia (która sprawdza się, gdy zatykają Wam się uszy podczas zmiany ciśnienia).

Zwykle stewardessy co jakiś czas podają pasażerom odświeżające chusteczki do twarzy nasączone jakimś specyfikiem (nie wiem czym, być może jest to tylko woda, ale szczerze mówiąc nie mam pojęcia ;)). Ja natomiast polecam Wam zabrać własne chusteczki nawilżające do twarzy (oraz chusteczki higieniczne), ponieważ nigdy nie wiadomo co się stanie. Ja np. miałam taki mały wypadek z pasażerem siedzącym obok... podczas jedzenia makaronu z sosem, spadło mu ubrudzone w sosie wieczko od pojemnika z makaronem prosto na mój piękny, nowy płaszcz. Na szczęście miałam przy sobie nasączone płynem chusteczki do twarzy i przetarłam płaszczyk od razu. Po wyschnięciu po plamie nie było śladu :)
Poza wilgotnymi chusteczkami, można też zabrać jakiś hydrolat czy wodę termalną, którymi odświeżycie twarz.
Coś jeszcze? Aha, możecie zabrać też ze sobą jakiś mały grzebyk czy szczotkę do włosów jeśli uważacie, że będą Wam potrzebne. Ja zabieram mały grzebyk do samolotu, ale rzadko się nim przeczesuję, ponieważ zwykle mam włosy związane w kucyk i nie potrzebują rozczesywania.

Po 3. UBIÓR - Żadnych szpilek, obcisłych spodni, obcisłych bluzek, rajstop czy przyciasnych legginsów. Polecam dres, dres, i jeszcze raz dres. Ja kupiłam sobie komplet dresowy w New Yorkerze za jakieś 80 zł. Do tego założyłam luźną bluzkę pod spód. Buty? Najlepiej by było zabrać tzw. szmaciaki - są najwygodniejsze. Ja akurat miałam tenisówki, ale zaraz po wejściu do samolotu je ściągnęłam i założyłam na stopy dodatkową parę ciepłych skarpet, które miałam w bagażu podręcznym. Dobrze by było, gdyby Wasze ubranie było wygodne, ale też ciepłe, ponieważ w samolocie działa klimatyzacja i może nam się zrobić zimno. Nigdy nie zdarzyło mi się zmarznąć w samolocie, ale słyszałam, że niektórzy doświadczyli czegoś podobnego ;) Mi wystarczyło, że nakryłam się albo swoim płaszczem, albo kocem, który jest dostępny w samolocie. Zwykle dostępne też są poduszki, na których można położyć głowę, kiedy chce nam się spać, oraz słuchawki, dzięki którym możemy posłuchać np. radia czy filmu, który włączymy (o ile mamy własny zestaw multimedialny umieszczony w fotelu przed nami - tak zazwyczaj jest w Lufthansie, a w liniach lotniczych LOT jest jeden telewizor na kilkunastu pasażerów i oglądamy to, co nam włączą, chyba, że doczekamy kiedyś Dreamlinera 787 na co bardzo liczę!!! ;)).

Dodatkowo na pokład radziłabym zabrać okulary przeciwsłoneczne, ponieważ kiedy nasz statek (można tak powiedzieć?) powietrzny wzbije się ponad chmury, gdy lecimy w dzień naszym stałym towarzyszem będzie słońce. Tak, okna małą zasuwki/zasłony, ale jeśli siedzicie w miejscu, gdzie nie możecie zdecydować sami, czy chcecie podziwiać widoki za oknem czy może odpocząć od świecącego w oczy słońca, okulary mogą okazać się bardzo pomocne. Jeśli zaś planujecie spać, a wszystkie światła w samolocie są włączone, plus słońce zza okna uniemożliwia Wam spokojny sen, możecie zabrać ze sobą np. opaskę na oczy. No i coś o czym prawie zapomniałam - poduszka, która otula naszą szyję - KLIK i jakże poprawia komfort lotu, gdyż mamy na czym oprzeć głowę - w moim bagażu jest niezbędna :)

Po 4. DOKUMENTY - radzę WSZYSTKIE ważne dokumenty zabrać ze sobą na pokład samolotu. Przede wszystkim paszport, dowód osobisty, karty kredytowe, płatnicze oraz gotówkę itp. Pamiętajcie, że bagaż rejestrowany (ten, który idzie do luku bagażowego, zawsze może się gdzieś zagubić po drodze, a jego odzyskanie może zabrać kilka, kilkanaście dni. Słyszałam, że czasem nawet miesiąc), a gdziekolwiek lecimy, musimy mieć ze sobą dowód tożsamości.

Po 5. PIENIĄDZE - jak już wspominałam, nie przewozimy wartościowych dokumentów, przedmiotów, ale także pieniędzy w bagażu rejestrowanym. Lepiej zabrać te rzeczy ze sobą na pokład do bagażu podręcznego. W przypadku gotówki, dobrze jest rozeznać się w jakich krajach będziemy mieli przesiadki. Ja np. lecąc do Bostonu miałam przesiadkę w Monachium (Niemcy), gdzie walutą jest, jak wiemy, Euro - wzięłam więc ze sobą trochę Euro, ponieważ czekałam na przesiadkę kilka godzin (z tego co pamiętam na lotnisko do Monachium przylecieliśmy ok. 9:00 rano, a samolot do Bostonu miałam ok. 15:00)  i co tu robić na lotnisku? Najlepiej iść coś zjeść, kupić jakąś gazetę lub książkę do poczytania itp., dlatego dobrze jest wiedzieć w jakiej walucie płacimy w kraju w którym mamy przesiadkę. Oczywiście można też płacić kartą kredytową, ale mój amerykański bank po dokonaniu jednej transakcji w Niemczech czy w Polsce blokował mi kartę i musiałam dzwonić i tłumaczyć co i jak, więc zawsze biorę cash ;)

Po 6. KOMFORT - dla własnej wygody polecam zabrać jedną z takich poduszek:

 Źródła: 1, 2, 3

Mój bagaż podręczny wyglądał tak:

Torba: ZARA

Do tej torby wcisnęłam laptopa, aparat fotograficzny, IPoda, taki poncho/szal w razie gdyby zrobiło się zimno, wszystkie kosmetyki, które potrzebowałam, dokumenty itp., czyli całkiem sporo ;)

Resztę informacji dotyczących bagażu głównego (rejestrowanego) jak i bagażu podręcznego (który zabieracie na pokład samolotu) znajdziecie tutaj i tutaj.

Friday, July 20, 2012

A little bit of life

Co robicie? W Maryland póki co nie da się wyjść z domu. Wczoraj termometry pokazały 107.6 stopni Fahrenheita, czyli 42 stopnie Celsjusza. Zaraz po tym jak słońce postanowiło pokazać jaką ma moc, zebrały się ciemne chmury, zabłysnęło oślepiające światło i zagrzmiało z nieba. Burza jednak była krótkotrwała. Dziś podobnie... najpierw skwar, a później burza. Nawet teraz, kiedy piszę tego posta słyszę jak grzmi. Przez godzinę siedziałam sobie przy otwartym oknie i słuchałam odgłosów ulewy i grzmotów. A ulewa była taka, że na dworze zrobiło się siwo, i ledwo można było zobaczyć dom sąsiada po drugiej stronie ulicy. Widziałam ludzi biegnących w deszczu, których ulewa zaskoczyła być może podczas spaceru czy powrotu z pracy. Cóż, dzisiejszy dzień przeżyłam bez wychodzenia z domu... tzn. wyszłam na tzw. ganek, i zobaczyłam, że moja wycieraczka z oklepanym napisem Welcome pływa w deszczówce. Lubię burze, fascynują mnie... ale też zamykają na cały dzień w domu. Mimo to, przyjemnie było otworzyć okno i nawdychać się powietrza pachnącego deszczem oraz posłuchać kojącego odgłosu spadających kropel. Oj, chyba znowu zaczęło padać i zbliża się do mnie kolejna burza, bo grzmoty coraz głośniejsze. Błyskawic nie widzę, bo zasunęłam zasłony. 

A tak to wyglądało dziś popołudniu:





Jak sami widzicie "siwy dym". Zdjęcie robiłam z okna swojej kuchni, więc macie okazje zobaczyć jaki mam widok z okna :P 

A teraz trochę o zwierzakach, które lubię obserwować i mam ku temu niejedną okazję, bo roi się tutaj od nich, a czasem można zobaczyć naprawdę cieszące oko okazy jak np. ten ptak poniżej:





Sprawdziłam w Internecie i wychodzi na to, że jeśli wzrok mnie nie myli, to jest to Blue Jay czyli po polsku Modrosójka Błękitna. Człowiek uczy się przez całe życie ;)

Niestety ptaka tego widuję dość rzadko, częściej przylatują do mnie pod okno skrzydlaci przyjaciele o czarnym zabarwieniu, a także te z czerwonym brzuchem. Czasami je dokarmiam, ponieważ nie mam w zwyczaju wyrzucać chleba do śmietnika, wyrzucam go na trwanik przed domem i mogę być pewna, że po godzinie po chlebie nie będzie już ani okruszka, ale jak się ostatnio dowiedziałam, nie tylko pierzaste stworzenia lubią chleb...


Zabawnie to wygląda, gdy mała wiewiórka próbuje się przemieszczać z taką dużą kromką chleba, a ta na zdjęciu przeniosła tę skibę przez płot do krzaków, gdzie mogła sobie spokojnie konsumować.

A propos uczenia się przez całe życie... co ja teraz robię? Jest północ, a ja robię sobie tzw. fiszki ze słówkami angielskimi. Tak, mam licencjat z filologii angielskiej, ale wciąż się uczę tego języka, a zwłaszcza słownictwa ;) Polecam wykonywanie własnoręcznych fiszek, czyli karteczek, gdzie z jednej strony napisane jest słówko po angielsku (ja dodatkowo nad słówkiem po angielsku zapisuję wymowę w alfabecie fonetycznym), a na odwrocie po polsku. Następnie w każdej wolnej chwili, nawet kiedy jadę w samochodzie jako pasażer, wyciagam ten swoj "bloczek" fiszek i czytam na głos słówka. Tą metodą nauczyłam się i powtórzyłam już na prawdę sporo materiału z książek ze słownictwem dla średnio-zaawansowanych i zaawansowanych English speakers ;)

Tuesday, July 17, 2012

Mini Haul Kosmetyczny (USA)



 Na ten produkt czaiłam się już jakiś czas - Sally Hansen - Airbrush Shimmer. Nie, to nie jest ten, który ma nam wygładzić nogi jak w Photoshopie. Ten, który kupiłam ma za zadanie zostawić na nogach lekką złotawą poświatę. Niestety nie mogę znaleźć w USA balsamu do ciała ze złotymi drobinkami, więc zamówiłam drobinki w sprayu ;) W Polsce takie drobinki miał balsam z Kolastyny, a przy tym wspaniale pachniał - wyglądał tak KLIK. Tutaj go nie dostanę, a zamiawiać z Polski mi się nie opłaca. Jeśli znacie jakiś balsam do ciała, który ma w sobie złote drobinki i jest dostępny w Stanach, to proszę dajcie cynka.


Przed użyciem drobinek w sprayu wstrząsamy, po czym psikamy na dłoń i natychmiast rozsmarowujemy na nogach. Schnie błyskawicznie. Na razie zrobiłam tylko małą próbkę na nogach i drobinki widać głównie pod światło, ale zamierzam go sobie zostawić na tzw. "większe wyjścia" :P Dam znać jak się sprawdza ;)


Ten krem - Vene Sanar - kupiłam z myślą o naczynkach (mam kilka malutkich popękanych naczynek na twarzy i na nogach). Krem miał pozytywne recenzje na amazon.com, a przy tym nie był szczególnie drogi, więc postanowiłam zaryzykować. 


Ma dziwny, zielony kolor, ale jakoś przeboleję. Mam nadzeję, że jednak zadziała.



Naturalne masło do ciała GUD from Burt's Bees - jak już wspominałam, uwielbiam kosmetyki naturalne, a to masło ma rewelacyjny zapach :) tym bardziej nie mogłam się mu oprzeć i postanowiłam wypróbować. Użyłam go już kilka razy i mogę powiedzieć tyle, że łatwo się rozsmarowuje, zapach długo się utrzymuje na ciele, doskonale i długotrwale nawilża skórę :) I'm in love :D


Do tego nie zawiera parabenów, flalanów czy petrochemikaliów. Nie testują też na zwierzętach, za co ogromny plus dla nich.



100% Organic Shea Butter infused with Frankincense and Myrrah, czyli organiczne masło shea z dodatkiem kadzidła i mirry. Ma zwartą konsystencję, ale pod wpływem ciepła rąk dobrze rozsmarowuje się na ciele. Szczególnie polecałabym je na stopy, łokcie, kolana i inne przesuszone miejsca. Nie wiem jak pachnie samo masło shea bez dodatków, ale to chyba kadzidło i mirra sprawiają, że zapach tej mieszanki jest obłędny! Trochę mocny i duszący, ale piękny. Bardzo lubię smarować nim ręce, a potem mogłabym wdychać ten zapach bez końca :D


 Nie testują na zwierzętach stąd znaczek Cruelty Free.


 A tutaj wymienione zastosowania masła shea na: zmarszczki, suchą skórę, łuszczycę, do masażu, do pielęgnacji włosów, na rozstępy, oparzenia, artretyzm, spierzchnięte usta, uszkodzenia skóry spowodowane przez słońce, popękane i suche pięty i łokcie, małe ranki i zadrapania, wysypkę od pieluszki, ukąszenia lub użądlenia owadów czy zakwasy.


Lubię używać takich odżywek bez spłukiwania, bo znacznie ułatwiają mi rozczesywanie moich długich włosów. Użyłam już kilka razy i już bardzo niewielka ilość wystarcza mi na pokrycie całych włosów, a rozczesują się po niej bardzo dobrze. Odżywka ma też chronić przed UV. Zobaczymy jak będzie się dalej sprawdzała :)

Monday, July 16, 2012

Kolejna część ulubionych amerykańskich produktów spożywczych

Ostatnio pojawiło się kilka nowych produktów, które regularnie goszczą w mojej kuchennej szafie i lodówce. Oto oni:


Jet-Puffed Miniature Marshmallows, czyli miniaturowe pianki, które wrzucam do kawy. Zwykle swojej kawy nie słodzę, bo staram się ograniczyć cukier, wtedy do kubka wrzucam kilka tych malutkich pianek. Gdybym osłodziła kawę i wrzuciła pianki, to byłby to ulepek nie do wypicia ;) Dobra alternatywa do cukru (chociaż i tak zamiast cukru do napojów wlewam albo syrop klonowy albo miód). Pianki to tylko takie ciekawe urozmaicenie, ale są pyszne ;)



Na pewno większość z Was zna te kolorowe, słodkie fasolki Jelly Beans. Tak, cukier, cukier i jeszcze raz cukier, ale od czasu do czasu można sobie pozwolić. Wyglądają jak twarde cukierki, ale w środku są galaretkowate/gumowe jak kto woli. Każdy kolor ma swój smak - truskawka, pomarańcza, cytryna, wanilia, kawa, czekolada, jabłko, cynamon, lemoniada, limeta, arbuz, jagoda itp. (mój ulubiony to ten błękitny - jest widoczny na zdjęciu. Nie lubię czarnego - ma smak lukrecji, okropność).Na opakowaniu tych cukierków można przeczytać jaki smak ma dany kolor cukierka, ja jednak wolę nie czytać, lubię kiedy smak cukierka jest dla mnie niespodzianką ;) A na tym polega cały FUN z Jelly Beans! :)

  

Bathouse Farms to kolejny smoothie (chociaż nie wszystkie są owocowe), który jest bardzo zdrowy i pyszny. Nie zawiera glutenu, konserwantów, sztucznych barwników i smaków oraz nie jest wyprodukowany z genetycznie modyfikowanej żywności. W każdej buteleczce zamknięte są cenne dla naszego zdrowia i dobrego samopoczucia witaminy: A, D, B12, B6, C, a do tego żelazo, magnez, cynk i wapń. Polecam spróbować! :) Moim ulubieńcem jest ten pierwszy od lewej - KLIK


Tutaj mamy opakowanie Crispy Fried Onions - czyli smażona, chrupiąca cebula. Nadaje się do kanapek, domowych hamburgerów czy do posypania jakiegoś dania obiadowego jeśli ktoś lubi cebulę. Ja zwykle posypuję tą cebulką kanapki z majonezem i jajkiem gotowanym. Pycha!


Earthbound Farm Organic - to wiosenna mieszanka, czyli świeży szpinak, sałata oraz rukola. Świetny dodatek do obiadu, do kanapek, można też doprawić samą mieszankę, dodać kilka ulubionych warzyw, ser feta czy inny, który lubimy i zrobić pyszną sałatkę. Częsty gość mojej lodówki, ale trzeba jeść szybko, bo liście więdną po dwóch dniach.



Heinz - Hot Dog Relish - to słodko-kwaśny dodatek do hot dogów, który podpatrzyłam przy okazji jedzenia hot dogów na meczu baseballowym ;) Jego głównym składnikiem jest ogórek (tylko nie wiem czy kiszony czy konserwowy :P) Tak czy inaczej, jeśli robię hot dogi w domu, to jest to obowiązkowy, pyszny dodatek ;)


Kolejny smoothie ;) Owocowy. Tylko uważajcie, bo jego kolor może szokować - jest taki zgniło zielony i gęsty, ale smakuje wspaniale. Nie dodaje się do niego cukru, więc nie jest zbyt słodki. Bogaty w witaminy. Często popijam w ciągu dnia. Butelka jest duża, więc spokojnie wystarcza mi na 3 dni. 

To by było na tyle jeśli chodzi o produkty spożywcze, które "odkryłam" ostatnio i które bardzo polubiłam. Oczywiście nie są to wszystkie produkty, które pochłaniam ;), ale nie chcę tutaj pisać o makaronach, pieczywie (które prawie wszędzie jest obrzydliwe i śmierdzi chemią na kilometr, więc wolę piec sobie własny chleb i bułki) czy ziemniakach, bo chyba nie ma sensu pisać o czymś co wszyscy znają ;)

Oczywiście jeśli w międzyczasie pojawi się coś w mojej lodówce, co jest warte uwagi, dam znać :)

Sunday, July 15, 2012

Szampony do włosów Selsun Blue - Kosmetyki do pielęgnacji dostępne w USA - part 3

Z włosami przeszłam przez prawdziwy horror jeszcze w Polsce. Wypadały mi garściami, przetłuszczały się strasznie, zaczęły się nawet tworzyć "zakola"... Ścięłam więc włosy na krótko i myślałam, że z wypadaniem będzie spokój, bo się wzmocnią - nic z tego. Skończyło się na prywatnej wizycie u najlepszego dermatologa w okolicy... Lekarz rozpoznał "chorobę" i zaczęły się zastrzyki domięśniowe, wcierki do skóry głowy i włosów, leki doustne, a następnie mezoterapia, czyli: "Zabieg, jakim jest mezoterapia, polega na wprowadzaniu w głąb skóry specjalnych substancji czynnych za pomocą zastrzyków. Pierwszy zabieg, obejmuje od kilkudziesięciu do kilkuset wstrzyknięć. Chodzi, bowiem o to, by miejsce, które ma zostać zregenerowane, zostało dokładnie wypełnione mieszanką substancji aktywnych." - źródło. Tak, dostawałam zastrzyki w głowę, było to jakieś 300 - 400 nakłuć podczas zabiegu, który odbywał się co miesiąc przez około... hmmm już teraz nie pamiętam, ale rok? Dermatolog zalecił używanie tylko i wyłącznie szamponów do mycia głowy, które przepisał m.in. Selsun Blue i Stieprox, zażywanie witamin i suplementów (obecnie biorę żelazo, tran i multiwitaminę), oraz CODZIENNE mycie głowy.

Teraz będzie już hmm... 5 lat od zakończenia mezoterapii? Jednak dermatologa odwiedzam przynajmniej raz w roku, żeby upewnić się, że choroba nie wróciła. Lekarz zalecił też, żebym pod żadnym pozorem nie rezygnowała z szamponów, których używałam podczas mezoterapii (Selsun Blue), ponieważ nie mogę dopuścić do tego, aby moja skóra głowy znów mocno się przetłuszczała.

Efekt po mezoterapii? Uratowałam włosy. Zaczęły pojawiać się nowe włoski, zakola wypełniły się włosami, jednak wciąż myję głowę codziennie (bo przetłuszcza się codziennie) i wciąż leczniczymi szamponami, które niestety do tanich nie należą (od 32 do 39 zł za 200 ml), ale lepiej zainwestować w dobry szampon, niż w ponowne leczenie. 

Kilka buteleczek Selsun Blue przywiozłam sobie z Polski:


W USA znalazłam coś na kształt odpowiednika (o tej samej nazwie) jednak o innej szacie graficznej, innej buteleczce, innym składzie (tylko aktywny składnik przypomina nazwę aktywnego składnika Selsun Blue z Polski - i tutaj mam pytanie czy "seleni sulfidum" i "selenium sulfide" to to samo? Jeśli są "na sali" jacyś chemicy, to proszę się ujawnić :) ) oraz innym kolorze i zapachu. 


Amerykański Selsun Blue ma jeszcze innych swoich "braci" np. Selsun Blue dla suchej i swędzącej skóry głowy, Nawilżający Selsun Blue, Przeciwłupieżowy Selsun Blue, Przeciwłupieżowy Selsun Blue Z Odżywką - 2w1 ... Ja używam tego z czerwoną nakrętką - przeciwłupieżowego. Co mogę o nim powiedzieć? Zawsze po umyciu głowy tym szmponem używajcie odżywki, bo bardzo ciężko się po nim rozczesują włosy. Podoba mi się jego ogólne działanie, bo sprawdza się w swojej roli - usuwa nagromadzony łój, dobrze czyści skórę głowy i włosy, ma całkiem znośny mentholowy zapach. Menthol przyczynia się również do lekkiego uczucia chłodzenia na skórze głowy. Jest bardzo wydajny, przy codziennym myciu głowy jedna buteleczka wystarcza mi na ponad miesiąc. Cena: ok $10 - 11 za 325 ml, ale ostatnio udało mi się dorwać Selsun Blue w tzw. Twin Packu, czyli dwupaku za $10, więc jedną butelkę dostałam za darmo :)

Saturday, July 7, 2012

4 lipca czyli Dzień Niepodległości | 4th of July - Independence Day

4. lipca 1776 roku Stany Zjednoczone ogłosiły deklarację niepodległości (od Wielkiej Brytanii). Pytanie o tę datę może paść przy okazji egzaminu na obywatelstwo, więc funduję powtórkę tym, którzy się do niego przygotowują :)

Pewnie spodziewacie się jak mogłam spędzić ten dzień...Tak były fajerwerki, było coś w rodzaju festynu i tłuuuuuuuuuuuuuumy ludzi. Impreza odbyła się na terenie bazy wojskowej. Najbardziej zależało mi na pokazie fajerwerków, ponieważ tych nie widziałam już ponad dwa lata. Sylwester? Jeden spędziłam w niemieckim klubie, z którego nie wyszliśmy, żeby pooglądać fajerwerki, bo kurtki zostawiliśmy w samochodzie, a na dworze wiadomo - zimno. Ostatniego sylwestra też spędziłam w Niemczech i miałam nadzieję zobaczyć fajerwerki przez okno, ale niestety niebo było tak zachmurzone i zamglone, że nic nie było widać. Słyszałam tylko huki.

Około godziny 4:00 PM zaczęliśmy powoli bujać się po bazie, żeby sprawdzić co się dzieje dookoła. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sfociła jakiegoś zwierzaka, a tych na terenie bazy nie brakuje (wspominałam już w jednym poście, że w bazie buszują sarny, pieski preriowe, czy coś w ten deseń, zające i wiewiórki).


Po dwudziestominutowym spacerze w ukropie (37 - 39 stopni C) dotarliśmy na "pole"? na którym powoli zaczęły gromadzić się rodziny z dziećmi. Niektórzy siedzieli sobie na trawce, inni przynosili ze sobą leżaki, krzesła, parasole czy namioty. Zabierali ze sobą przekąski (jeśli kurczaka można nazwać przekąską ;) ). Trochę dziwił mnie fakt, że ludzie zaczęli zbierać się tak wcześnie. Owszem były przygotowane już jakieś atrakcje w postaci dmuchanego zamku dla dzieci czy jakiejś trampoliny, ale w taki upał nie wiem czy chciałoby mi się siedzieć w słońcu i czekać na fajerwerki do 9:30 PM, a na tą godzinę były zaplanowane. Wiem, że w niektórych miejsach w Dzień Niepodległości organizuje się jakieś parady, występy, przemówienia. Tutaj nic takiego nie było. Z tego co widziałam, była scena, na której jakaś babka śpiewała znane wszystkim piosenki. Trochę dzieciaków tańczyło, a inni woleli stać w długich kolejkach do budek z żarciem ;)



Nadciagają tłumy... po prawej stronie, pod białymi baldachimami są budki z jedzeniem ;) Jedzenie oczywiście drogie ;)



My postanowiliśmy kontunuować nasz spacer i wybraliśmy się nad fontannę, żeby chociaż na chwilę pobyć w chłodniejszym miejscu ;)




Kiedy już zebrały się większe tłumy na "polu", kilka osób zaczęło kręcić się wokół fontanny, upał dokuczał nie tylko nam. Niektórzy postanowili schłodzić się poprzez moczenie stóp w zbiorniku, ale militarna policja "ze względu na bezpieczeństwo" interweniowała chwilę później i uczestnicy wodnej imprezy musieli zrezygnować z chłodzenia się w ten sposób.


A to ja ;)


Plac zabaw dla dzieci :)



Na polu zebrało się już trochę ludzi, ale to jeszcze nie te tłumy, które zaczęły nadciągać po godzinie 6:00 PM...






A to wspomniana wcześniej scena na której śpiewała jakaś babka
Na powyższym zdjęciu, z tyłu, możecie zobaczyć budki z dość kosztownymi fast foodami. Baza wojskowa była otwarta nie tylko dla żołnierzy i ich rodzin, więc na obchody 4. lipca mógł przyjść każdy, kto tylko miał ochotę. Dlatego też sklepy typu PX czy Commissary (gdzie zwykle jest taniej niż poza bazą) były zamykane tego dnia dużo wcześniej (żeby nikt spoza żołnierzy i ich rodzin nie miał okazji obkupić się w tych sklepach :P)... My jednak trochę się wycwaniliśmy i po jedzenie chodziliśmy do położonej niedaleko pola stacji benzynowej ;) Była to też okazja do schłodzenia się, bo jak wiadomo, Amerykanie wszędzie mają klimatyzację ;)

Tutaj widzimy faceta, który sprzedawał watę cukrową $4 za sztukę ;)

I kolejny gość nieświadomy imprezy. Mam nadzieję, że nie przestraszył się huków




Powyżej kostki brukowe z nazwiskami różnych osobistości np. dowódców. A poniżej trybuna, na której zasiadała głównie młodzież.



A tutaj zdjęcia domków w bazie wojskowej. Takie tam "random stuff"...



Kaplica

Nadciagają tłumy... sorry za rozmazane zdjęcie


Na jakąś godzinę przed fajerwerkami wybraliśmy miejsce z dala od tłumów, gdzie mogliśmy w spokoju nacieszyć oczy widokem kolorowych światełek...


Wiedzieliśmy wcześniej, że petardy będą odpalane zza tej białej budki, i tam też wybrało sobie miejsce kilka rodzin, które siadały na dachach lub na bagażnikach samochodów niedaleko nas :) Obserwowanie sztucznych ognii z samochodu jednak nie było głupią strategią, ponieważ te rodziny zaraz po fajerwerkach zwinęły się szybko do samochodu i wyjechały z bazy, podczas gdy tłumy musiały wracać z "pola" do samochodów, które stały na parkingu, gdzie nie bylibyście w stanie zmieścić już igły ;) Wyobraźcie sobie ten horror z wyjazdem ;)




A powyżej kilka bardzo słabych zdjęć fajerwerków ;) No cóż... Sorry za tą jakość, robiłam zdjęcia cyfrówką, musicie mi wybaczyć. Ale mogę powiedzieć tyle, że były to jedne z najładniejszych fajerwerków jakie w życiu widziałam :D

Pokaz trwał 30 minut :) Na koniec wszyscy biliśmy brawa :D