Wednesday, November 27, 2013

Dzień Indyka bez indyka ;)

Zgadnijcie co jest jutro! Jutro jest Dzień Dziękczyniena (Thanksgiving Day). Nie, nie zamierzam piec indyka, bo nie jesteśmy sami z mężem w stanie go zjeść. Ja nawet niespecjalnie przepadam za indykiem, a jak już to takim z wolnego chowu a nie z klatki, z której nawet nie widział jak wygląda trawa i słońce. Nie jestem też typem mięsożercy. Jeśli jakieś mięcho w siebie wcisnę, to zwykle dzieje się to raz czy dwa w miesiącu. O wiele bardziej wolę owoce morza :)

Dzisiaj zorganizowaliśmy sobie Dzień Dziękycznienia w szkole ESL. Uwielbiam te momenty, kiedy możemy razem zasiąść do stołu, posilić się i porozmawiać, a przy okazji zbliżyć się do siebie i nieco lepiej poznać, zwłaszcza, że w takim międzynarodowym gronie naprawdę jest o czym rozmawiać i co opowiadać. Żałuję tylko, że nie wszystkim udało się uczestniczyć w uczcie, ale i tak było nas całkiem sporo. Nasza międzynarodowa grupka składała się z Włoszki (nauczycielka), Amerykanina (mąż naszej nauczycielki służący w amerykańskich siłach powietrznych - odwiedził nas w czasie swojej przerwy na lunch), Kolumbijka (była mieszkanka kolumbijskiej stolicy - Bogoty), Meskykanka, Filipinka (jeśli tak się mówi na mieszkankę Filipin, ale jakby co to proszę krzyczeć na mnie ;)), Rosjanka, Kurd oraz Polka (ja). 

A skoro uczestnicy uczty byli z różnych krajów, na stole gościły dania nietypowe dla amerykańskiego Thanksgiving Day. Nie, nikt nie przyniósł indyka (z resztą komu by się chciało ;)). Ode mnie grupa dostała krokiety z kapustą kiszoną i grzybami - chyba smakowało, gdyż machnęłam z 17 sztuk, a zostały 3 (czekałam na to aż coś zostanie, żeby zabrać do domu, bo nie zrobiłam żadnych zapasów :D). Rosjanka przygotowała ciasto zwane u nich Napoleonem/Napoleonką? Wiem, że chyba w Polsce też jest to popularne ciasto, ale ja się z nim nie zetknęłam osobiście. Słyszałam jedynie tu i ówdzie z ust innych "robię Napoleona," więc nazwa nie była mi obca. Pyszne ciasto!!! Koreanka przyniosła nam koreańskie spaghetti, Kurd zrobił kurczaka (z wolnego chowu!, nie z Wlamarta :P) w curry -  również pyszny, ryż i saładkę. Trochę się chłopak napracował. Filipinka poczęstowała nas daniem z kurczaka, którego nazwy nie pamiętam niestety. Kolumbijka przyniosła babeczki, a nasza nauczycielka makaron zapiekany w kremowym sosie z warzywami i serem... i to chyba tyle z jedzenia. Niestety było go trochę za dużo, ale przynajmniej zrobiłam zapas na dwa dni :D

Moje krokiety i babeczki, które przyniosła Kolumbijka.

Babeczki, zapiekany makaron od nauczycielki, ryż od Kurda, dalej mięso od Filipinki.


Kurczak z curry i saładka od Kurda, czekoladowe kulki i koreańskie spaghetti od Koreanki.

Napoleon od Rosjanki i ciasto owocowe od Meksykanki.

Moja porcja koreańskiego spaghetti. To różowe coś to jakieś rybne coś ;) Nie wiem jak to się nazywa :D

Korzystając z okazji, że odwiedził nas mąż naszej nauczycielki służący w Air Force, postanowiłam wykorzystać sytuację i zapytać go gdzie (w których stanach i jakich krajach) miał okazję przebywać podczas swojej kariery w wojsku. A kiedy zauważyłam, że chętnie opowiada o sobie, to postanowiłam ciagnąć dalej za język i tak oto dowiedziałam się, że jego kariera rozpoczęła się od Idaho, USA, poprzez Włochy (gdzie poznał swoją żonę, choć na początku przyznał, że nie planował szukać nikogo na stałe, tylko dobrze się w Europie zabawić ;), ale spotkał naszą Mrs. G. i... dalej już dobrze bawił się z nią podróżując po różnych Europejskich krajach). Czy w Polsce był? Był ;) a nawet współpracował z polskimi żołnierzami. Pozwolę sobie wkleić dialog, ale po polsku, żeby każdy mógł zrozumieć:

- "Polacy mówili często takie jedno słowo, ale nie pamiętam co to było... A słyszałem je później wszędzie na ulicy czy w sklepie"

ja: "Czy to słowo zaczyna się na K?" (byłam pewna, że to o to słowo chodzi ;))

- "Nie wiem, powiedz, może to sobie przypomnę"

ja: "Ku*wa?"

- "Tak! Ku*wa!"

ja: "Haha, wiedziałam"

- "Co to właściwie znaczy?"

ja: "Ku*wa ma wiele znaczeń. Może to być prostytutka, ale można tez użyć tego słowa, kiedy jesteśmy wkurzeni bo np. przywaliliśmy o kant stołu. Tak naprawdę dzisiaj niektórzy Polacy używają tego słowa jako przecinka, wykrzyknika czy kropki w zdaniu..."

- "A pamiętam jak Polacy wołali do mnie 'Ej, ku*rwa, chodź do nas!' i myślałem, że mówią to bo uważają mnie za niedobrego człowieka"

ja: "Nie, ta 'ku*wa' to akurat służyła jako przecinek"

- "Haha, no często to mówili. A pamiętam, że raz zapytali się mnie czy chcę się napić herbaty przed pracą, a ja mówię, że bardzo chętnie i wiesz... herbata to dla mnie torebka herbaty i woda, a oni faktycznie zrobili mi herbaty, ale z prądem. Wlali do niej tej wódki takiej... z trawą w środku i taki zwierzak był na butelce... taki duży zwierzak, na którego Indianie polowali... nie pamiętam nazwy..."

ja: "Coś jak bizon?"

- "Tak! Coś jak bizon!"

ja: "Aaa, masz na myśli żubrówkę?"

- "Tak! Żubrówka! No i wlali mi tej żubrówki do herbaty, a ja się kapnąłem dopiero kiedy dałem łyka i kurczę, musiałem odmówić wypicia reszty, bo za chwilę miałem pilotować samolot! I jaka była ich reakcja? 'Ku*wa' znów! Haha! Tak... lubię Polaków, fajni ludzie. A raz, kiedy byłem w Krakowie to spuszczono mi łomot."

ja: "Polacy?"

- "Nie, Rosjanie. Bo wiesz... w tym Krakowie było dużo klubów ze striptizem i przed tymi klubami stali Rosjanie, którzy naganiali facetów z ulicy, żeby weszli oglądać panienki. Ja i mój kolega akurat wracaliśmy do hotelu, kiedy usłyszałem jak ten Rosjanin nas woła i mówi 'Chodźcie do naszego klubu i pooglądajcie sobie panny. Mamy piękne kobiety prosto z Rosji!', a ja nie chciałem tam wchodzić i mówię do tego Rosjanina, że nie dzisiaj, a on wyzwał mnie i kolegę od pedałów. Moja duma tego nie zniosła i podszedłem do Rosjanina i nie wiem co ja sobie wtedy myślałem, bo byłem od niego dużo mniejszy i słabszy, ale spojrzałem mu prosto w oczy i pokazałem środkowy palec.... ojj wtedy się zaczęło. Dostałem taki łomot, że gdyby polska policja nie zainterweniowała, to nie wiem czy wróciłbym do hotelu cały tej nocy. Na pamiatkę zostało mi kilka zadrapań i sińce na obitej twarzy. Ależ ja byłem głupi za młodu. Haha!"

Ech, takich opowieści mogłabym słuchać godzinami. Ubolewam, bo dużo sobie nie pogadaliśmy, gdyż skończyła się jego przerwa na lunch i musiał wracać do swoich obowiązków.

Niestety nie wszystkie historie były tak zabawne... Wspomniany przeze mnie wcześniej chłopak z Iraku (Kurd) niestety nie miał w życiu kolorowo. Okazało sie, że kiedy jeszcze mieszkał w Iraku, zabito tam dwóch jego braci jeszcze za czasów rządów Saddama Husaina. Jeden z jego braci został zamrodowany, drugi powieszony. Właściwie na świecie ma tylko siostrę i szwagra, którzy również przybyli do USA.

Trudno sobie to wyobrazić... trudno sobie wyobrazić w ogóle, że ludzie przeżywający takie tragedie są tak blisko nas.

Sam Kurd, to bardzo miły i sympatyczny młody chłopak o delikatnym głosie. Pomimo tego, co przeżył, widać, że teraz cieszy się życiem i chodzi z uśmiechem na twarzy. Dobrze sobie w życiu radzi i naprawdę podziwiam chłopaka.

To by było na tyle z dzisiejszego Dnia Dziękczynienia, choć wiem, że prawdziwe święto jest jutro. Mam nadzieję (choć w sumie już są takie plany), że równie miłe spotkanie przy pysznym jedzeniu zrobimy sobie przed Świętami Bożego Narodzenia. Może nawet postawimy choinkę w sali? :)

P.S. Jeśli czyta ten blog jakaś dziewczyna z Raleigh, NC, która chciałaby poznać inna dziewczynę z Raleigh (Polkę), to proszę skrobnąć do mnie na maila, to Was wymienię namiarami.  ;)

Friday, November 22, 2013

Zajęcia ESL, awans i problem ;)

Przeszłam przypadkowy awans z ucznia na asystenta nauczyciela. Postanowiłam przyznać się nauczycielce do swojego wykształcenia i doświadczenia i napewno do stycznia jeszcze będę asystować. Jak już wspominałam pod koniec stycznia wracam na uczelnie, więc nie będę miała na to czasu, ale póki co jestem zadowolona ze swojego zajęcia. 

Nasza grupa ESL powiększa się z tygodnia na tydzień i nauczycielka nie zawsze wyrabia ze wszystkimi, a zatem grupa, która kuma coś więcej z angielskiego niż podstawy została przydzielona do mnie. Pracuję więc z dwiema Meksykankami, dwiema Rosjankami, dziewczyną z Filipin oraz Koreanką. Z tą ostatnią mam trochę problemów, choć okazało się, że nie tylko ja jej... nie rozumiem. Tzn. nie rozumiem jej zachowania wobec osób, które próbują jej pomóc w angielskim. 

W czwartek pracowaliśmy właśnie w tej samej grupie nad czasownikami z końcówką ING - gerund (które po dodaniu ING zamieniają się w rzeczownik np. readING (czytanie), runnING (bieganie), speakING(mówienie) ) oraz czasownikami w formie bezokolicznika - infinitive np. to read, to run, to speak. Ale to zadanie było trudniejsze niż się wydaje, bo tutaj wchodzi w grę pamięciówka, gdyż są w angielskim takie czasowniki po których używa się tylko gerund lub tylko infinitive, ale też sa przypadki gdzie użycie po pewnym czaswoniku np. REGRET, gerund albo invinitive zmienia znaczenie zdania. 

Przykłady:

Po czasowniku "enjoy" używamy gerund: 

I enjoy reading books. 
I enjoy swimming in the sea. 
He enjoys traveling.

Po czaswoniku "decide" używamy infinitive: 

I decided to go to the movie theater. 
I decided to purchase this boat. 
He decided to go to Hawaii.

Takich czasowników jest mnóstwo i trzeba się tego po prostu nauczyć, a najlepszą nauką jest praktyka. Ja musiałam nauczyć się tego na studiach więc teraz nie mam z tymi czaswonikami problemów, ale problem pojawia się wtedy, kiedy trzeba po prostu wytłumaczyć sfrustrowanym uczniom, że nauczenie się tych wszystkich rzeczy wymaga czasu i praktyki.

Dostaliśmy od nauczycielki 4 spięte kartki z czasownikami po których uzywa się gerund i czasownikami po ktorych używamy infinitive itp. Były tam wypisane wszystkie reguły i przykłady oraz wyjątki i objaśnienia do nich. Dostaliśmy też 4 spięte kartki z samymi ćwiczeniami tzn. zdaniami, które trzeba było wypełnić czasownikami w odpowiedniej formie, np.

Dan enjoys .......... baseball.
Debbie plans ........... abroad next summer.

Zwykle praca naszej grupy przebiega bardzo sprawnie po tym kiedy wytłumaczę o co chodzi, ale jest jednak jedna bardzo oporna osoba - Koreanka. Koreanka jest od nas starsza, ma może ok. 45 lat i ma córkę w moim wieku. Mam z nią pewien problem, ponieważ sprawia takie wrażenie jakby mnie nie słuchała kiedy tłumaczę o co chodzi w danym zadaniu, co później niestety wychodzi na jaw podczas robienia ćwiczeń. Powiedziałam dziewczynom, że jeśli nie wiedzą czy po danym czasowniku używa się gerund czy infinitive to najlepiej będzie jeśli same siegną do kartek ze wszystkimi regułami i znajdą odpowiedź (i nie będą patrzyły i czekały na mnie aż podam im czasownik w odpowiedniej formie ;)) - więcej się same w ten sposób nauczą. Usiadłyśmy jak zwykle w kółku i po kolei przydzielałam każdej dziewczynie zdanie do wypełnienia. Jeśli któraś nie wiedziała co wpisać, to zaraz sięgała do reguł i nie trzeba było dwa razy prosić i powtarzać... oprócz Koreanki. Kiedy ona dostała zdanie do wypełnienia, nie chciała zajrzeć do reguł, mimo, iż nie wiedziała czy wpisać infinitive czy gerund. Mój dialog z Koreanką wyglądał mniej więcej tak:

ja: "Number 7, K... (imię Koreanki)"
Koreanka: (czyta całe zdanie) "Dan enjoys ......... baseball"
ja: "Do you understand the whole sentence?"
Koreanka: "Yes"
ja: "Good. Are you going to put an infinitive or a gerund after 'enjoy'?" 
Koreanka: (myśli i patrzy na zdanie)
ja: "If you don't know, look up the rules, please" (wskazałam palcem na plik kartek z regułami leżący koło jej prawej ręki)
Koreanka nie reaguje i zgaduje.
ja: "You can't guess. You need to find an appropriate example for 'enjoy'. Once you find 'enjoy', you will know what form of a verb you need to put there" (znów pokazuję na plik kartek z regułami oraz podnoszę swoje kartki z regułami tak by wszyscy widzieli i pokazuję gdzie odpowiedni przykład zdania z 'enjoy' się znajduje)
Widzę, że Koreanka albo nie rozumie co do niej mówię, albo mnie w ogóle nie słucha i postanawia jednak zgadywać, po czym mówi "to play"
ja: "No, we don't put an infinitive after 'enjoy'"
Koreanka: "Ok. 'to playing'"
ja: "Without 'to'"
Koreanka: "Oh, 'playing'"
ja: "Good. Could you read the whole sentence?"
Koreanka: "Dan enjoys playing baseball"
ja: "Very good, thank you"
 
Jedziemy dalej ze zdaniami, każda inna czy to Rosjanka czy Meksykanka wie co robić i sprawdza reguły, kiedy nie wie jaką formę czasownika wpisać. Kartki wręcz latają w powietrzu u wszystkich dziewcząt, a u Koreanki reguły leżą nieruszone i kiedy znów przyszła jej kolej, nie chciała zajrzeć do objasnień. Wkurzyłam się już, ale zachowując poker face sama otworzyłam jej plik kartek na odpowiedniej stronie i pokazałam czaswonik nad którym myślała przez bite 3 minuty. Spojrzała na kartkę, uzupełniła zdanie poprawnie, ale kiedy znowu nadeszła jej kolej i znów nie wiedziała czy wpisać gerund czy infinitive i ponownie nie chciała zajrzeć do reguł to myślałam, że eksploduję (wciąż jednak zachowywałam poker face). Zaczęłam więc tłumaczyć jej, że tutaj nie ma zgadywania oraz, że kiedy czegoś nie wie to musi to sama sprawdzić i że po to dostałyśmy te reguły, żeby z nich korzystać (tutaj widzę, że Koreanka znów albo mnie nie rozumie albo mnie nie słucha, albo odpycha od siebie wszystko to, co do niej mówię...). Przyznam, że ręce mi opadły, bo sytuacja powtarzała się cały czas. Ta Koreanka nie jest głupia i ja wiem, że jak się jej wytłumaczy, to ona potrafi zrozumieć, ale ze mną zachowuje się tak jakby fakt, że osoba młodsza od niej próbuje jej coś wytłumaczyć i czegoś jej nauczyć jakby jej ubliżał czy też ją poniżał. Rozmawiałam na ten temat później też z nauczycielką jak i z Rosjankami, z którymi wyszłam na spacer przed szkołę w czasie przerwy na lunch. Okazało się, że Koreanka faktycznie nie lubi jak jej się coś tłumaczy, zwłaszcza kiedy robi to ktoś znacznie od niej młodszy. Rosjanka, Svetlana mówiła, że Koreanka przez miesiąc nie uczęszczała do szkoły, ponieważ wolała uczyć się przez internet (zajęcia ESL można też pobierać właśnie online w niektórych szkołach), ale jednak wróciła do szkoły, gdyż jak sama stwierdziła, w domu zbyt wiele rzeczy odrywało ją od nauki. Wydaje się jednak być bardzo dumną osobą i nawet kiedy czegoś nie wie, nie chce dać tego po sobie poznać. Inne dziewczyny od razu mówią mi jakiego słówka nie rozumieją czy jakiej reguły, ale nie Koreanka. Nikt też nie ma nic przeciwko, kiedy poprawiam ich wymowę jakiegoś słówka, ale Koreance chyba to przeszkadza (tak to przynajmniej wygląda). Nie chcę jej pochopnie oceniać i kierować się opiniami innych, ale jej zachowanie wobec mnie trochę mnie niepokoi.

Czy to normalne u Koreańczyków czy może ja trafiłam na wyjątkowy przypadek? Jest tu ktoś z Korei? Halo!? ;)

Monday, November 11, 2013

Coraz bliżej Święta i pierwszy skromniutki konkurs u Delilah :)

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Święta Bożego Narodzenia są coraz bliżej, kiedy sklepowe półki już uginają się od bombek, choinek, migających lampek czy kolorowych świątecznych kartek. W zeszłym roku w mojej okolicy śnieg padał przez jeden dzień. Były to jedne z największych płatków śniegu jakie widziałam w życiu. Biały puch na krótko wybielił krajobraz za oknem, a do wieczora z zniknął i taki był koniec prawdziwej zimy tutaj. Nie, nie padało na Święta, ale chyba dopiero w lutym. Luty to ponoć najzimniejszy miesiąc w Północnej Karolinie. 

Bez wątpienia Święta Bożonarodzeniowe to jeden z moich ulubionych dni w roku. Pamiętam, że kiedy przyszedł ten smutny dzień - 1 września, kiedy skończyły się wakacje a ja musiałam wracać do szkoły, jedyne na co czekałam to właśnie te Święta (i oczywiście Sylwester ;)). Mimo iż dziś nie obchodzę ich w taki sam, tradycyjny sposób jak w domu rodzinnym, to wciąż myśl o nadchodzących Świętach wprawia mnie w dobry nastrój.


Kocia sprawdza jakie ozdoby przyniosłam do domu :)
Czas na mój pierwszy skromniutki konkurs. Chciałabym, żeby nagrody były bardziej okazałe, ale póki co nie mogę sobie na to pozwolić. Może za jakiś czas :) Tymczasem chciałabym wysłać do Was 10 kartek na Święta Bożego Narodzenia. Bardzo mnie ucieszy jeśli komuś sprawię taką kartką radość na Święta. Każda kartka jest inna, nie ma dwóch takich samych :) Jeśli chcielibyście otrzymać ode mnie taką kartkę, proszę tylko o napisanie komentarza pod tym postem z odpowiedzią na pytanie "O czym jeszcze chcielibyście poczytać na moim blogu?" Pomyślcie o czymś, czego tutaj jeszcze nie było, co chcielibyście wiedzieć na temat USA, co by Was najbardziej interesowało. A może macie pytania, które chcielibyście mi zadać? Co prawda pomysłów na nowe posty póki co mi nie brakuje, ale chętnie dopiszę do moich tematów kilka nowych :) Macie czas na napisanie komentarza do 1 grudnia 2013 roku, do godziny 23:55 czasu polskiego (European Central Time Zone). Komentarzy pod tym postem nie będę publikować aż do 2 grudnia. Pomiędzy 2 a 5 grudnia wybiorę dziesięć najciekawszych odpowiedzi, a ich autorów wymienię w odpowiednim poście :) Jeśli chcielibyście wziąć udział w tym mini konkursie, zapraszam! :)

Sunday, November 10, 2013

Październik na zdjęciach :)

Przedstawiam kolejną porcję zdjęć, tym razem z miesiąca października i oczywiście z opisem (tym razem krótszym) :)

A jak październik, to Halloween, które obchodzi się 31 dnia tego miesiąca. Jednak przygotowania do tego święta zaczynają się na długo przed nim ;) Tak wyglądają sklepowe półki w Walmarcie:




Przyznam, że nie przepadam za bardzo za Walmartem. Teraz mam okazję to stwierdzić, gdyż często tam ostatnio bywałam. Ten market jest ogromny, przychodzi tam mnóstwo ludzi, wózki często bywają uszkodzone (albo zacinają się podczas jazdy, albo wydają dziwne dźwięki, albo nie wiedzieć czemu skręcają na lewo lub na prawo - chyba nie są one zbyt dobrze traktowane :P). Jednak jest to sklep, który jest w miarę blisko mojego domu i jeśli potrzebuję czegoś taniego, co nie koniecznie musi byc rewelacyjnej jakości, to zaglądam właśnie tam.




Ale wróćmy do Halloween. Nie zamierzałam jakoś szczególnie przygotowywać sie do tego święta, ale pewnego dnia, kiedy poszłam do skrzynki, żeby odebrać pocztę, zobaczyłam ogłoszenie, że w mojej osadzie zorganizowano konkurs na najładniejsze dekoracje jesienno-Halloweenowe i postanowiłam wziąć udział. Można było udekorować patio, balkon, drzwi lub ganek. Ponieważ nie mam ani balkonu, ani patio, zdecydowałam, że udekoruję ganek. Kupiłam pajęczyny za $1, zestaw 36 plastikowych pająków i karaluchów za $1, trzy liściaste girlandy za $1, oddzielne liście do dekoracji za $1 (wszystko w Dollar Tree Store), z Walmarta wzięłam lampki choinkowe w pomarańczowym kolorze ($3.75), dwa snobki siana (ok $3 za jeden), światełka przypominające świeczki-podgrzewacze, które włożyłam do środka dynii i ... zdecydowałam, że dynie kupię w któryś z ostatnich dni przed Halloween. Jakież było moje zdziwienie, gdy 28 listopada wróciłam do Walmarta po dynie i okazało się, że wszystkie ładnie zostały wykupione, a zostały same brzydale. Liczyłam, że tuż przed Halloween potanieją, a tu się okazało, że prawie wszystkie zostały wymiecione. Udało mi się kupić 3 sztuki w Food Lion za $5 każda. A oto one:



Efekt mojej zabawy z dyniami już widzieliście we wcześniejszym poście. A za udekorowany ganek dostałam pierwszą nagrodę:
Whee :)

Karta podarunkowa na $50 oraz trochę słodyczy ;) 


Swoją nagrode juz przeznaczyłam na zakup małego, przenośnego odkurzacza firmy Shark (tej samej firmy mam odkurzacz domowy i jest to najlepszy sprzęt jaki miałam okazję używać - wyżera dywan z kurzu, brudu czy kociej sierści, więc licze, że przenośny odkurzacz też będzie się dobrze sprawował ;) - szczególnie przyda mi się w aucie. 

Spacer i kilka jesiennych zdjęć:





Jesień w Północnej Karolinie jest naprawdę piękna i ciepła. Temperatura dnia dzisiejszego może różnić się od dnia jutrzejszego, bo np. jutro może być na tyle ciepło, że znów wyjdę na dwór bez jesiennego płaszczyka, podczas gdy dziś jest trochę poniżej 20 stopni i wyraźnie odczuwam ochłodzenie, ale raczej nie czuje się tutaj, że zimny dzień zapowiada koniec dni ciepłych.

Mrożony jogurt, który wszystkim serdecznie polecam, jeśli nie mieliście okazji spróbować. Uwielbiam samooobsługę i to, że mogę w swoim kubku zgromadzić po trochę z każdego smaku - tak też zrobiłam ;)


Ciekawostka w sklepie - Money Soap, czyli mydło z banknotem w środku. Oczywiście kupując mydło nie widać czy to banknot 50 dolarowy czy może 1 dolarowy ;) Ciekawy pomysł na prezent ;)




W Ross znalazłam buty Sama Edelmana. Aż serducho boli na myśl, że te buty w Polsce kosztują jakieś kosmiczne pieniądze, a tutaj można je dostać za ok $40.


Polish Pottery, czyli polskie wyroby z Bolesławca w wersji bożonarodzeniowej na caaaałym regale:







Ciekawostka dla tych, którzy mają ochote upić się od rana ;)