Tuesday, April 30, 2013

Jak to jest z językiem obcym?

Trudno mi pojąć dlaczego wiele osób myśli, że tymczasowy wyjazd do kraju anglojęzycznego gwarantuje opanowanie języka do takiego stopnia, że później można będzie robić już z tym językiem wszystko - być tłumaczem, zdawać certyfikaty FCE, CAE czy IELTS albo nawet uczyć danego języka w szkole. Dobra, nie chce mi się pisać wiecznie "język obcy, dany język", skupmy się na angielskim ;)

A zatem... załóżmy, że jesteś au pair i wyjechałaś do USA na rok. Wcześniej uczyłaś się angielskiego w polskim liceum i znasz go na poziomie komunikatywnym. Po roku wracasz do Polski i słyszysz jak Twoi znajomi mówią "Ooo, teraz to już angielski znasz perfect" albo "Teraz to możesz być tłumaczem" i to tylko dlatego, że więcej rozumiesz, szybciej i płynniej mówisz oraz używasz języka w jego naturalniejszej formie.

Jakie jest moje zdanie na ten temat?

Jak już kiedyś wpominałam, w Polsce studiowałam język angielski. Edukację zakończyłam wraz z odbiorem dyplomu licencjata, a następnie wyjechałam do USA. Tutaj dałam sobie rok czasu, aby pozałatwiać wszystkie sprawy papierkowe związane z moim statusem jako rezydent, ze studiami i wieloma innymi rzeczami, które trzeba było pilnie załatwić. Załóżmy tutaj, że przez ten rok ani razu nie zajrzałam do książki z angielską gramatyką, nie korzystałam za dużo ze słownika, albo sprawdzałam tylko słówka, których nie rozumiałam w radio albo w TV lub przy okazji rozmowy z jakimś Amerykaninem/Amerykanką. Załóżmy, że miałam okazję dużo rozmawiać z Amerykanami - z mężem, z koleżanką, z lekarzami, ze sprzedawcami, z weterynarzem, z mechanikiem samochodowym, z celnikiem itp. Jak myślicie, czy wyjazd do USA po ukończeniu filologii angielskiej sprawił, że moja gramatyka, słownictwo, płynność mówienia, rozumienie języka mówionego poprawiła się czy raczej pogorszyła? Ci, którzy myślę, że żyjąc w anglojęzycznym świecie teraz mówię "perfect" chyba będą zdziwieni, kiedy dowiedzą się, że bardzo się mylą ;)

Wyjazd do kraju anglojęzycznego oraz obcowanie z ludźmi mówiącymi tylko po angielsku sprawią, że po pewnym czasie:

1. Będziecie rozumieli więcej angielskiego mówionego.
2. Będziecie bardziej naturalnie formułować zdania np. 

Zamiast mówić " I did nothing bad" -  co z gramatycznego punktu widzenia jest poprawne, ale jednak nie brzmi zbyt naturalnie, a przynajmniej nie tak naturalnie jak "I didn't do anything wrong"

3. Wasza mowa stanie się płynniejsza, szybsza, będziecie pewniejsi tego, co mówicie.
4. Nauczycie się poprawnej wymowy np.

Zamiast wymawiać "PURPOSE" - /purpos/ czy /purpołs/, będziecie mówili /ˈpɜrpəs/ (tutaj znajomość IPA - International Phonetic Alphabet jest bardzo przydatna, ale to rozmowa na inny temat), albo zamiast wymawiać "ACID" - /asid/ albo co gorsza /ejsid/, będziecie mówić /ˈæsɪd/.

5. Wasz słownik wzbogaci się o wyrazy, frazy albo nawet całe zdania z mowy potocznej, ze slangu, z mowy z dnia codziennego, o często używane w mowie idiomy, np.

"Take care"
"It's just around the block"
"Deal with it"
"It takes a lot of guts"
"I got it over with"
"Damn, I screwed up"

To tylko takie proste przykłady, które akurat przyszły mi teraz na myśl.

6. Przypomnicie sobie wiele słów, które np. teraz potraficie tylko rozpoznać, ale nie potraficie wpleść tego słowa w zdanie, które chcecie powiedzieć, bo po prostu nie jesteście przyzwyczajeni do jego używania. Stąd np. większość (jeśli nie wszyscy) z nas ma tak, że więcej słów potrafi rozpoznać niż powiedzieć - stąd np. sporo osób mówi, że "Dużo rozumiem, ale mało powiem w tym języku". (uczyłam się o tym na studiach, ale nie będę Was teraz zanudzać jak to wszystko działa ;))


Załóżmy też, że od czasu do czasu przeczytacie jakiś artykuł w gazecie, przeglądniecie ulotkę z supermarketu i dowiecie się co to takiego "smoothie", "top coat", "binder", "scotch tape", "washing detergent".

I teraz... Czy myślicie, że osoba, która spędziła rok w USA, wcześniej znając angielski na poziomie komunikatywnym (takim, żeby się dogadać), która wzbogaciła swoje słownictwo o slang, mowę potoczną, wyrazy z dnia codziennego, osoba, której mowa zaczęła być bardziej płynna, która zaczęła więcej rozumieć z mowy, słuchając TV czy radia oraz czytając artykuł w gazecie na średnim poziomie języka, czy naprawdę teraz można o niej powiedzieć, że zna angielski "perfect"?(nie lubię tego słowa, ale ludzie często tak mówią -  kiedy ktoś dużo rozumie i dużo mówi). Albo przynajmniej na takim poziomie, aby mogła tego języka później uczyć lub zdawać certyfikat FCE czy IELTS? Moja odpowiedź brzmi NIE. Dlaczego?

Jeżeli nastawiamy się tylko i wyłącznie na mowę i rozumienie języka mówionego, to na pewno zauważymy u siebie zanik pewnych słów używanych częściej w piśmie (nie mam tu na myśli smsów i nieformalnych e-maili, ale ksiązki, artykuły w np. New York Times), w języku formalnym. Zauważaymy też, że na codzień w USA używa się najczęściej czasów Present Simple, Present Continuous i Past Simple, a co z pozostałymi czasami? Nie wspominając już o tym, jak wielu, niepoprawnych z punku widzenia nauczyciela języka angielskiego, form pochłonie Wasz mózg np. "I can't do nothing" - podwójna negacja która z preskryptywnego punktu widzenia jest niepoprawna.

Preskryptywizm – określanie elementów języka naturalnego jako "poprawnych" bądź "błędnych", w przeciwieństwie do podejścia deskryptywnego, czyli neutralnego opisywania realnie używanego języka. Preskryptywizm jest odrzucany przez współczesną akademicką lingwistykę, ma jednak wielu zwolenników wśród dziennikarzy i nauczycieli języków.


Wspominałam już w poprzednim poście, że ludzie dziwią się dlaczego zabieram do USA książki do nauki angielskiego, pytają "Po co ci to?, przecież umiesz mówić po angielsku" Trudno takiej osobie po prostu w jednym zdaniu wytłumaczyć co i jak, dlatego ten post jest odpowiedzią na powyższe pytanie.

Jeżeli ktoś chce wzbogacać swoje słownictwo (i znać je naprawdę na wysokim poziomie) i gramatykę, to roczny wyjazd do USA nie będzie w tym aż taki pomocny. Oczywiście, wyjazd do USA czy innego kraju anglojęzycznego wiąże się z szeregiem językowych benefitów, które wymieniłam w 6 punktach powyżej, ale to nie wystarczy, by po powrocie do kraju zdawać certyfikaty FCE czy TOEFL. Nad gramatyką i słówkami, szczególnie tymi formalnymi, musimy pracować sami, gdyż w mowie codziennej, na ulicy czy w sklepie w USA nie usłyszymy większości czasów, nie usłyszmy też takich słów jak:

(v) elucidate - objaśniać (zamiast tego w mowie usłyszycie explain)
(adj) irrespective of - niezależnie od
(n) punchline - puenta
(v) alleviate - złagodzić
(n) turmoil - chaos, zamieszanie
(adj) be endemic - szerzyć się

Tych słów uczyłam się na studiach w Polsce. Myślicie, że gdybym teraz co jakiś czas nie zaglądała do nich, nie zapisała sobie jakiegoś zdania z ich użyciem, to nadal pamiętałabym ich znaczenie? Figa ;) Dlatego właśnie wciąż potrzebuję tych książek, a jest to może trochę więcej niż 1/3 z mojej kolekcji, bo resztę mam w Polsce i zamierzam sobie dowozić do USA przy okazji kolejnych wizyt w kraju: (od razu mówię, że nie zdawałam egzaminu SAT, ale korzystałam z niego przy okazji ćwiczenia czytania ze zrozumieniem i słownictwa ;) )


Mogłabym dalej mnożyć przykłady, ale po co ;) Mam nadzieję, że mimo, iż trochę są te moje myśli niepoukładane, wiecie o co mi chodzi :)

P.S. Powyższy przykład zakłada, że osoba wyjechała do USA tylko na rok oraz nie pracowała poza domem ani nie studiowała. Angielski osoby przebywającej na terenie USA kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat, pracującej (choć to też zależy gdzie) lub studiującej najprawdopodobniej będzie/powinien być na o wiele wyższym poziomie :) To, w jaki sposób będziemy mówić/pisać po powrocie z danego kraju, w którym byliśmy rok zależy oczywiście od środowiska w jakim się znajdujemy, na ile jesteśmy w zanurzeni w język, jak bardzo przykłądamy się do danego języka, jaka jest mowa najbliższego otoczenia itp. tak naprawdę to na jakim poziomie będzie nasz język zależy od setek okoliczności, których wymienienie zajęłoby tyle stron ile ma praca licencjacka, jeśli nie więcej ;)

Monday, April 29, 2013

Przywiezione z Polski - Part 2.

Wracam do Was z drugą częścią zakupów z Polski :) Zacznijmy od ciuszków i od wyjaśnienia sobie pewnych faktów. Otóż, uważam, że nie można generalizować w sensie w Polsce jest drogo a w USA tanio jeśli chodzi o ciuchy i na odwrót. Bywa różnie. Tak naprawdę uważam, że USA może być rajem dla zakupoholiczek jak i Polska w zależności od tego jak mamy zaplanowane nasze wydatki. Ja nie robię zakupów często, zwykle odkładam sobie pieniądze przez kilka miesięcy, a na polowanie wybieram porę wyprzedaży. Tak np. w USA na jeden ciuszek nigdy nie wydaję więcej niż $20, chyba, że jakaś bluzka, sukienka czy spodnie naprawde powalą mnie na ziemię. Na buty wydaję więcej - do ok. $200 jeśli szukam czegoś co posłuży mi na dłużej - czyli nie mam tutaj na myśli balerinek czy klapeczków, ale np. buty zimowe, kozaki czy śniegowce. W Polsce ustaliłam, że moim limitem na ciuchy będzie 50 zł (w sensie, nie kupię niczego z ceną wyższą niż 50 zł). Jeśli coś mi się podobało, kosztowało 70 zł, ale nie powalało, to odkładałam na półkę/wieszak i szukałam dalej. Zwykle staram się zastanowić kilka razy czy ja na pewno tej bluzki czy tych spodni potrzebuję, kiedy będę je nosić, czy pasuje do reszty mojej garderoby, czy mam je z czym zestawić itp. Trzymając się zastem mojego limitu, poczyniłam poniższe zakupy - większość z tego asortymentu pochodzi z wyprzedaży (jak widać dominuje kobalt) :)

Na sam początek - bluzka z Cropp Town - 29,99 zł


Bluzka New Yorker - 39,95 zł


Szlik / chusta - Flaga Amerykańska - Sinsay - 24,99 zł





Szorty - HOUSE - 49 zł




New Yorker - bluzka z krótkim rękawem MEOW - 19,95 zł


Tunika - H&M - 39,90 zł


 Od lewej - Legginsy ze sklepu New Yorker - 39,95, środkowe - H&M - 39,90, i po prawej - New Yorker 39,95 zł


Balerinki - Czarne z New Yorker - 39,95 zł, jasnoróżowe z Sinsay - 39,99 zł





Biżuteria - koralikowy naszyjnik - H&M - 5 zł. Ćwiekowa bransoletka - Cropp Town - 19,99 zł.




To by było na tyle z ciuszków i bucików. Nie ma tego dużo, ale też więcej mi nie potrzeba ;)

A tutaj kilka drobiazgów do domu kupionych w sklepie, w którym nie spodziewałabym się znaleźc takich fajnych skarbów :D Mowa tutaj o Pepco. Kiedy poraz pierwszy zajrzałam do Pepco, pamiętam, że wyszłam po może 2 minutach spędzonych w tym sklepie. Odstraszał mnie nie tylko zapach - sztucznych materiałów, ale także jakość i wygląd produktów - tandeta. Będąc w Polsce szukałam jakiejś taniej doniczki i tak jakoś wyszło, że zajrzałam do Pepco. Kiedy zobaczyłam kolorystycznie pukładane produkty do dekorowania domu, od razu się zainteresowałam - drewniane ramki, szklane kolorowe buteleczki, świeczki, świeczniki, filcowe podstawki pod kubki nie robiły już takiego tandetnego wrażenia :) a oto kilka rzeczy, które wybrałam do swojej sypialni :)


Serce w ramce - 14,99 zł
Ramka do zdjęcia - 14,99 zł
Butelka większa - 3,99 zł
Butelka mniejsza - 2,99 zł
Świeczka w słoiczku - 6,99 zł


Tutaj podobne produkty, a ceny - jak wyżej.

Brakowało mi też czegoś do powieszenia sztucznej biżuterii. Nie mam jej dużo, zaledwie kilka naszyjników, jakieś pierścionki, bransoletki, które plątały się o siebie w szufladzie. Kiedy zobaczyłam ten serduszkowy wieszaczek, pomyślałam, że czas zrobić z nimi porządek i gdzieś je powiesić. Wieszak zawisł więc w mojej garderobie :D


Wieszak kosztował chyba ok. 25 zł



No i ostatnia rzecz przywieziona z Polski - książka do angielskiego.
Nie wiem dlaczego ludzie zawsze się dziwią, że zabieram do USA książki do nauki angielskiego. Zwykle patrzą na mnie zdumieni i pytają "Ale przecież umiesz mówić po angielsku, więc po co ci to?" Nawet nie wyobrażacie sobie jak takie pytanie potrafi mnie wkur... tego, wyprowadzić z równowagi ;) To tak jakby zapytać jakiegoś Polaka "Po co ci słownik ortograficzny, przecież umiesz mówić po polsku". Czasem nawet jak niektórym wytłumaczę dlaczego potrzebny mi słownik czy książka do gramatyki, to i tak nie zrozumieją. Ale dalsze rozkminiane nadaje się na inny post w tej sprawie, więc teraz nie będę się tutaj pocić ;)



Zdania angielskie w parafrazie to książka, która pozwoli Wam ćwiczyć zdania po angielsku, które można powiedzieć w różny sposób, używając różnych słów, ale zachowując znaczenie. Zwykle aby dane słowo pasowało, trzeba zmienić konstrukcję gramatyczną zdania. Na studiach bardzo lubiłam robić te transformacje zdań. Sporo osób z mojej grupy jęczało na sam widok, a ja zapalona jak nigdy rozwiązywałam zadania jak językowe łamigłówki ;) Najbardziej lubię zadania typu III ze strony 53 - tam to akurat łatwizna, ale chodzi mi o gotowe zdania, w nawiasie słowo, które musimy wpleść i stworzyć nowe zdanie zachowując znaczenie poprzedniego gotowego zdania. 

Po co ja to robię? O tym będzie post ;)






Saturday, April 27, 2013

Przywiezione z Polski - Part 1.

Najchętniej przywiozłabym sobie jakieś żarcie typu krokiety mojej babci, polski chleb, pierogi, jakiegoś sękacza czy pyzy z pieczenią mojej mamy i inne smakołyki, ale niestety nie wszystko można do USA przywozić. Zgarnęłam za to trochę ciuchów - prawie wszystkie były przecenione i nie droższe niż 50 PLN ;) Zdobyłam też jakieś kosmetyki do pielęgnacji, troszeczkę kolorówki oraz wyroby do dekorowania domu ze sklepu, który niegdyś kojarzył mi się z tandetą, a teraz ma całkiem ciekawy wybór dekoracji wnętrza.


Balsam Vanilla Shake Lotion z Avonu. Ma konsystencję mleczka bardziej niż balsamu, ale bardzo podoba mi się jego zapach i napewno zrobiłabym większy zapas tych balsamów gdybym tylko miała więcej miejsca w bagażu :)

Perfecta - Masło kakaowe - moje ukochane masło do ciała, które kojarzy mi się z latem, bo zawsze smarowałam się tym balsamem po "opalaniu" ;) Nie, nie opalam się celowo leżąc na plaży czy na leżaku - po prostu moja skóra szybko reaguje na słońce ;)

Olejek z korzenia łopianu do włosów - zamówiłam go by wspomóc i odzywić moje biedne kosmyki.

Do tego zamówiłam (z ukrainashop.com) jeszcze szampon oraz mgiełkę z wyciągiem z gruczołów pijawki lekarskiej. 

Szampon - "Enzymy pijawki lekarskiej i kofeina normalizują procesy metaboliczne w mieszkach włosowych oraz aktywują korzenie włosów; Pirytionian cynku poprawia kondycję włosów, zapobiega powstawaniu łupieżu." 

Mgiełka - "Wzmacnia korzenie włosów i zapobiega wypadaniu włosów. Stymuluje wzrost zdrowych włosó"


Rozgrzewający balsam do stóp - kupiłam go dlatego, że mam problem z marznącymi stopami. Nawet latem mogą być zimne - szczególnie przeszkadza mi to w nocy, kiedy czując zimno stóp nie mogę zasnąć :(

Krem przeciwgrzybiczy do stóp -  możecie się śmiać, ale kupiłam ten produkt tylko ze względu na to, że był do niego dołączony szklany pilniczek :D Krem plus szklany pilniczek gratis kosztował ok. 6 zł. Natomiast sam szklany pilniczek w Rossmanie to koszt ok. 12 zł. Opłacało się? Opłacało :D A kremu zawsze mogę używać zapobiegawczo :)

Eveline Slim Extreme 3D - uwielbiam to serum modelujące zwłaszcza zimą, ponieważ świetnie rozgrzewa, a ja jestem zmarzluchem :P ;) Jeśli użyjecie tego kosmetyku zaraz po kąpieli, to będzie trochę bardziej piekło ;)

Isana - Krem do rąk z masłem shea i kakaowym - po prostu potrzebowałam jakiegoś kremu do rąk. Miewam suche ręce, zwłaszcza, że często je myję.

Kasztanowy żel do nóg.



Pilinczek z fioletową końcówką to właśnie ten, który został dołączony do kremu przeciwgrzybiczego i niczym nie różni się od tego zakupionego oddzielnie z For your Beauty.


Serum do włosów i mgiełka - do włosów zniszczonych i wypadających - czyli do takich jak moje :P


Skusiłam się na oliwkę HIPP, której używałam kilka lat temu, później o niej zapomniałam i przypomniała mi się podczas oglądania filmików urodowych na YouTube :) - ma dobry skład i ładnie pachnie.

 Olejki z Alterry - dobry skład, przyjemny zapach sprawiły, że musiały trafić do mojego koszyka. Jeszcze ich nie używałam, więc nie mogę nic więcej powiedzieć.


Wzięłam też krem do rąk i ponieważ już go trochę używałam mogę powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych kremów jakie miałam, ponieważ nie pozostawia tłustej powłoki na skórze, nie lepi się, nie muszę w nic wycierać rąk po jego nałożeniu. Bardzo szybko się wchłania i ma bardzo przyjemny zapach :)


Maska do włosów z Alterry - tak jak mówiłam, będę kombinować z domowymi zabiegami na odżywienie włosów zanim skuszę się na zabieg spa dla włosów u mojego dermatologa ;)



Przyrząd do usuwania skórek. Kupiłam najpierw tylko jeden tak na próbę, żeby zobaczyć czy ułatwi mi to wycinanie skórek wokół paznokci i byłam zachwycona. Kupiłam więc drugi na zapas, ponieważ jestem roztrzepana i na pewno któryś z nich gdzieś posieję :P


Stenders to ulubione mydełka mojego męża. Po prysznicu/kąpieli ich zapach utrzymuje się bardzo długo na skórze :) Do kupienia w poznańskim Starym Browarze (i chyba nie tylko) :)





Mydło truskawkowe


Mydło rumiankowe




Nie byłabym sobą, gdybym nie zahaczyła o Inglota ;) Tylko teraz pluję sobie w brodę, że nie kupiłam 5 cieni z paletką, tylko 4 cienie. No, ale 5 cień oraz paletka już do mnie idzie zamówiona na Allegro.



Tak to wygląda na mojej biurko-toaletce :P



Kurs Blondynka na językach - Hiszpański Latynoski. Kiedyś wspominałam, że chciałabym sobie przypomnieć język hiszpański. Zapisałam się więc na kurs internetowy, ale niestety jego forma nie odpowiadała mojemu stylowi uczenia się. Po jednej lekcji trzeba było wykuć 30 słówek na pamięć, w dodatku sama lekcja skonstruowana była tak, że właściwie mało co byłam w stanie z niej zapamiętać. Nie chcę już nawet wspominać o Quizie, który był na końcu lekcji i w którym pojawiały się słowa, które podczas lekcji w ogóle nie padły! W końcu przestałam się logować do kursu i... będąc w Polsce trafiłam na kurs idealny :) Myślałam o nim już wcześniej w USA, ale zdecydowałam, że zakupie go po przyjeździe do Polski. A teraz żałuję, że jednak nie zamówiłam tej książki wcześniej :) Jeśli ktoś uczył się juz hiszpańskiego wcześniej (ja uczyłam się przez dwa lata), to z tym kursem przypomni sobie bardzo dużo i zapamiętywanie pójdzie jak burza ;) Ja jestem na 6 tracku, a uczę się dopiero 3 dzień :) Do następnego etapu przechodzę dopiero, kiedy potrafię powiedzieć wszystkie zdania bezbłędnie. Kurs przygotowany przez Beatę Pawlikowską wygląda tak, że ona mówi zdanie lub słowo po polsku, następnie zostawia ciszę dla Ciebie, byś mógł powiedzieć to po hiszpańsku, a następnie usłyszysz głos jakiegoś latynosa, który mówi to zdanie po hiszpańsku tak jak powinno brzmieć :) Uczenie się z tym kursem to prawdziwa przyjemność zwłaszcza, że nie trzeba siedzieć przed komputerem żeby się uczyć. Można słuchając i powtarzając sprzątać mieszkanie, gotować obiad, zwijać pranie czy ćwiczyć :) A efekty widać już następnego dnia :) Sama byłam zaskoczona jak wiele sobie przypomniałam i jak wiele się nauczyłam w zaledwie 3 dni! Dodatkowo macie pomoc w postaci książki ze skryptami z nagrań plus wyjaśnienia gramatyki dla tych bardziej ambitnych ;) ja się na razie tym nie przejmuję i uczę się bez zaglądania do gramatyki :D Pani Beata ma także podobne kursy z angielskiego brytyjskiego oraz angielskiego amerykańskiego, poza tym jest jeszcze niemiecki, rosyjski, portugalski, włoski, hiszpański europejski, francuski no i mój hiszpański latynoski. Dlaczego wybrałam odmianę latynoską? Dlatego, że bliżej mi do Meksyku niż do Hiszpanii ;) Serdecznie mogę ten kurs polecić każdemu z Was!









Nowojorskie ABC Grzegorza Jaszuńskiego poraz pierwszy trafiło w moje ręce, kiedy jeszcze byłam w gimnazjum. Pamiętam, że wyporzyczyłam tę książkę, ale jej nie przeczytałam całej, gdyż był to koniec roku szkolnego i dostałam ją tylko na 1 dzień, przekonując panią bibliotekarkę, że na pewno ją zwrócę na czas. Później przez jakiś czas nie mogłam jej nigdzie znaleźć, a szukałam po księgarniach i bibliotekach i jakoś tak z czasem o niej zapomniałam. Przypomniało mi się o niej niedawno, kiedy poszukiwałam książek o tematyce USA, postanowiłam zajrzeć na Allegro - jest!, a raczej była, bo już jest w moich zbiorach :) Nie chodziło mi książki przedstawiające Amerykę tu i teraz, ale też o te starsze wydania, które mówią o USA kiedyś, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat temu. Książka bardzo ciekawie się zaczyna:




Jeśli macie ochotę uzupełnić swoje zbiory o tę pozycję, to poszukajcie jej na Allegro - tam dostaniecie ją za grosze: 4 - 5 zł w niezłym stanie.

Jeszcze tej książki nie skończyłam ;), ale już mi niewiele brakuje. Kiedy dotrę do ostatniej kartki, możecie się spodziewać, że wspomnę o niej w dłuższym poście na blogu :)

W moich planach jest jeszcze zakupienie książki "Wrony w Ameryce" Marcina Wrony

Do tej pory przeczytałam już "Wałkowanie Ameryki" Marka Wałkuskiego (bardzo dobra książka i już tworzy się o niej post!) oraz "Manhattan pod wodą" Zuzanny Głowackiej - choć tutaj może jest mniej treści o samej Ameryce, ale również porusza sprawy, które imigrantów mogłyby interesować :)

O każdej książce zamierzam coś napisać, a jeśli Wy chcielibyście podrzucić mi jakiś dobry tytuł, to wiecie od czego są komentarze ;)

W następnym poście będzie o ciuszkach, kolejnej książce i kilku dekoracjach do domu :)

Wednesday, April 24, 2013

Żegnam kraj ojczysty - It's easier to leave than to be left behind...

Niestety warunki atmosferyczne w Polsce odbiły się na moim zdrowiu. Kilka dni przed wylotem do USA rozbolało mnie gardło, zaczęłam smarkać i kaszleć, a na dokładkę podejrzewałam, że coś jest nie halo z moim lewym uchem. Popędziłam do apteki po jakieś leki na swoje dolegliwości, bo nie zamierzałam spędzić reszty dni, które pozostały mi w Polsce, pod kołdrą. Nie oszczędzałam się w ogóle i mimo choroby, opatulona na wszystkie możliwe sposoby wychodziłam z domu.

Nadszedł dzień wylotu. Przyjechałam na lotnisko z bolącym uchem. Podeszłam do stanowiska check-in, gdzie nadałam bagaż i odebrałam bilety. Pani zza biurka zapytała mnie czy konsultowałam się z lekarzem na temat mojego ucha (zauważyła opatrunek). Powiedziałam, że nie, bo właściwie to się stało nagle i nie było już czasu na wizyty u lekarzy. Siedziałam przed halą odlotów jak na szpilkach nie wiedząc czy moje ucho nie rozboli jeszcze bardziej pod wpływem zmian ciśnienia w samolocie. Na wszelki wypadek mama dała mi dośc silną tabletkę przeciwbólową, która po kilku minutach wysłała mnie na Hawaje i nie czułam już żadnego bólu. Nadszedł czas pożegnania, gdyż zaczęli wołać pasażerów mojego samolotu do hali odlotów. Jak zwykle ze łzami w oczach przechodziłam przez security. Zanim całkowicie zniknęłam w hali odlotów, pomachałam jeszcze rodzicom na pożegnanie i ruszyłam do wyjścia by następnie wsiąść do autobusu i kolejno do samolotu. Siadam koło okna. Ostatnie widoki na topniejące już polskie śniegi "Żegnaj Polsko, do zobaczenia za rok." Samolot wzbił się w powietrze, na szczęście moje znieczulone tabletką ucho mi nie dokuczało. Obserwując widoki zza okna próbowałam powstrzymać łzy. Będę tęsknić za rodziną, ale jednocześnie mam nadzieję, że kiedyś to oni przylecą do USA i mnie odwiedzą ;)

W samolocie stewardessy zaczęły rozdawać jedzenie i picie. Nie miałam ochoty na żadne kanapeczki, więc tą, którą dostałam spakowałam w torbę. Może jeszcze zgłodnieję.

Wylądowaliśmy w Monachium. Następny samolot mam za ... 17 godzin, ale nie jest to już dla mnie zmartwieniem, bo wcześniej zabukowałam sobie miejsce w hotelu. Bagaż główny zostanie od razu przeniesiony do następnego samolotu, dlatego też wszystkie potrzebne przybory i ciuchy na przebranie dźwigałam ze sobą w bagażu podręcznym. Mogę zatem udać się prosto do hotelu. Jestem w terminalu 2, a Novotel, czyli hotel do którego chcę iść znajduje się gdzieś pomiędzy terminalem 1 i 2. Na lotnisku nie widziałam żadnego znaku, który pokierowałby mnie do hotelu, więc postanowiłam zapytać pracownicę lotniska. 

Ja: Excuse me, how can I get to Novotel?
- Kempinski hotel?
Ja: No, it's Novotel.
- I'm sorry.
Ja: Okay, thank you.

Fail. Jak pracownica lotniska nie wie gdzie ten hotel, to skąd ja mam wiedzieć, ale nie poddaję się i pytam kolejną osobę:

Ja: Hi! Do you know how I can get to Novotel?
- Walk outside, go to the bus stop and get on the next bus to ... (Pan wymienił tutaj takąś niemiecką nazwę, której już nie przytoczę, bo nie pamiętam ;))
Ja: Okay, thanks so much!

Wychodzę na zewnątrz i ruszam w stronę przystanku. Autobus do hotelu Novotel pojawił się w ciągu 15 minut.

Jestem w hotelu. Robi pozytywne wrażenie. Urządzony nowocześnie, według określonej palety barw - beż, szarość i intensywny róż (a może to nawet fuksja?) - to lubię. 
source


Kanapka z samolotu jednak się przydała, bo krótko po zameldowaniu się w hotelu strasznie zgłodniałam. Wzięłam prysznic i zamówiłam też kolację do pokoju. Lubię robić foty jedzeniu :P





Piekło w język, ale bardzo smakowało - sphagetti z ostrym pomidorowym sosem i parmezanem, plus bagietka z masłem, sól i pieprz. 

Po takiej kolacji włączyłam jakiś kanał z newsami w TV, gdzie właściwie w kółko powtarzali to samo - Holocaust, Korea Północna, Holocaust, Korea Południowa, Holocaust, Korea Korea Korea. Zmęczyły mnie oba tematy na tyle, że zasnęłam przy włączonym telewizorze i nawet nie pamiętam kiedy.

Jest 7:00 rano, dzwoni budzik. Biorę prysznic i powoli zaczynam pakować swoje graty do bagażu podręcznego. Samolot z Monachium do Charlotte w Północnej Karolinie odlatuje jakoś po godzinie 11:00, ale wolę być na swoim terminalu wcześniej, żeby chwycić jeszcze jakieś śniadanie i poszwędać się po sklepach w strefie bezcłowej ;)

Wymeldowałam się z hotelu. Idę na autobus. Na przystanku sprawdzam po liniach lotniczych na który terminal pojechać. Szukam Lufthansy - i już wiem, jadę na Terminal 2. Autobus przyjeżdża po 15 minutach, w końcu jest, eh już zaczęło padać.

Przeszłam przez security, nikt nie pytał o opatrunek na głowie ;) Teraz już się nie stresuję, w razie czego mam tabletkę na wszelkie bólowe sprawy.

Czas na śniadanie. Dobrze, że pojawiłam się na lotnisku dość wcześnie, więc z niczym nie muszę się spieszyć. Idę do knajpki, która wyglądem przypomina trochę ogródek ;) przynajmniej takie chcieli sprawić wrażenie. Jest pusto, więc siadam gdzie chcę. Zaglądam w menu i tak sobie myślę - wezmę zestaw śniadaniowy plus jeszcze dodatkowe owoce i jogurt. Przyszła kelnerka, zdążyłam tylko powiedzieć jej, że chcę zestaw śniadaniowy, ta powiedziała "OK" i uciekła. A owoce i jogurt? Nawet nie zdążyłam z siebie wydusić, bo zniknęła. Po chwili przyniosła mój zestaw śniadaniowy. Szczerze mówiąc, gdy go zobaczyłam to zaczęłam się zastanawiać czy prosić ją jeszcze o te owoce i jogurt, ale chwilowo się wstrzymałam i zaczęłam pałaszować to, co miałam na talerzu.


Śniadanie składało się z 3 rodzajów dżemików, 2 małych kosteczek masła, nutelli i różnego rodzaju pieczywa. Do tego zamówiłam Cappuccino (z małym ciastkiem) i zwykłą wodę. Jednak dobrze zrobiłam, że nie zamówiłam tych owoców z jogurtem, bo nie wiem gdzie bym to zmieściła. Mimo, że byłam głodna, to jednak mój żołądek od rana nie za bardzo chce przyjmować duże ilości pokarmu. Z tego śniadania i tak została jedna bułka, jeden dżem i nutella. Oczy chciały więcej, żołądek już nie :P

Kieruję się w stronę swojego Gate, ale widzę, że jeszcze nie wpuszczają, zamiast tego wisi informacja "Passengers flying to Charlotte, please come back at 10:00 am". Nie ma tu gdzie usiąść więc robię w tył zwrot i idę poszukać jakiegoś wolnego siedzenia gdziekolwiek na lotnisku. Znalazłam. Moje oczy są jednak zbyt zmęczone żeby oglądać film na IPhonie czy czytać książkę, a zatem moja głowa ląduje w torbie i po chwili usnęłam. Obudziłam się po 30 minutach. Patrzę na zegar wiszący nad moją głową - za 10 minut 10:00. Zbieram się, po drodze do swojego Gate zahaczyłam jeszcze o kantor i wymieniłam euro na dolary. Jestem przy swoim Gate - robię zdjęcia samolotu :P




Jestem na pokładzie. Właściwie mój pierwszy lot do USA odbywał się właśnie z Lufthansą i tak jak wtedy zrobiła na mnie dobre wrażenie, tak teraz... średnio. Owszem podobało mi się, że mam swój własny monitorek z filmami, muzyczką itp., ale jednak w samolocie United Airlines było lepiej - więcej filmów do wyboru, więcej muzyki i monitor się jakoś tak dziwnie jak w Lufthansie nie zacinał. No, ale nie będę marudzić i tak nie mam siły na oglądanie filmów, miałam nadzieję na to, że uda mi się przespać. 

Okazało się jednak, że ze spania nici. Mam pecha do pasażerów siadających przede mną. Ja zawsze zasypiam z głową na swoich kolanach, ale w momencie kiedy pasażer z przodu rozłoży swoje siedzenie do tyłu, to już nie ma możliwości żebym zmieściła głowę. No i tak się właśnie stało podczas tego lotu - właściwie już 3 razy pod rząd nie spałam w samolocie lecącym przez ocean, bo ktoś siedzący przede mną rozłożył swoje siedzenie. Nie, ja nie jestem osobą, która zwraca uwagę innym - zawsze mi się to kojarzyło ze starymi babami, którym wszystko wszędzie przeszkadza. Ja po prostu daję spokój i klnę w myślach :P Ech, nawet jeśli próbowałabym zasnąć, to i tak byłoby to niemożliwe, gdyż wokół mnie rozsiadła się jakaś grupa amerykańskich smarkaczy przed 14 rokiem życia i cały czas z czegoś się śmiali, marudzili na głos, że w samolocie za gorąco itp. Włączyłam więc film i próbowałam się skupić, ale nic z tego... Byłam zbyt zmęczona by cokolwiek oglądać. Jakoś jednak ten lot przetrwałam. 

Ledwie samolot dotknął płyty lotniska, rozległo się klaskanie i okrzyk "Yeah, USA!" ;) Nie! Tym razem nie jest tak jak myśliscie - to nie Polacy klaskali. Klaskali Amerykanie, a raczej ta wycieczka amerykańskich dzieciaków, która siedziała wokół mnie. A jeśli już o klaskaniu mowa - po tym co wypisują internauci zauważyłam, że niektórzy strasznie się tego klaskania Polaków wstydzą. Mnie to nie przeszkadza, gdyż nie odbieram tego jak jakiegoś negatywnego aspektu podróży. Są ludzie, którzy znacznie gorzej zachowują się w samolotach i za których powinniśmy się wstydzić - hałasują, blokują przejścia, bo sterczą w alejkach i gadają, przychodzą na pokład już śmierdzący alkoholem i to tylko po to, żeby na pokładzie jeszcze się "doprawić" kolejnymi procentami, moi znajomi lecieli na wycieczkę do Egiptu i kiedy samolot wystartował jakaś hołota wydzierała się "Pull up!" (to byli Warszawiacy) i to nie raz a przez cały lot. Szczerze? Wolę klaskanie na koniec lotu niż darcie ryja przez cały lot ;) Uff...

Okay, wracając do wycieczki. Wylądowałam w Charlotte. Przygotowuję swój paszport i zieloną kartę i biegnę do kolejki dla Residents.

Ja: Hello (podaję paszport i GC)
- Hi
- Put your left five fingers on the reader
- Put your thumb on the reader
- Put your right five fingers on the reader
- Put your right thumb on the reader
- How long have you been outside the U.S.?
Ja: Three weeks.
- Did you bring any food?
Ja: No.
- Ok, you're good to go. Welcome back! (Oddaje paszport i GC)
Ja: Thank you. Have a good day.
- You too.

Mam już swój bilet do Fayetteville, więc odbieram bagaż i teraz będę musiała go ponownie nadać. Po nadaniu bagażu kieruję się do swojego Gate. Oczywiście muszę jeszcze ponownie przejśc przez security. Zbliżam się do bramki - ups, widzą opatrunek i krzywo patrzą. Zapobiegawczo mówię że "I can take it off" i zdejmuję opaskę z watą. Babka w rękawiczkach sprawdziła jeszcze czy nie przenoszę jakichś niebezpiecznych narzędzi w kucyku (w sensie we włosach ;) ), sprawdziła też moją watę i opaskę.
Po chwili idzie do mnie babka z moją torbą:
- Is this your bag?
Ja: Yes
- Okay. I'm gonna start taking things out. Please, do not touch anything.
Ja: OK

Moja torba znów przeszła przez skaner i tym razem została mi oddana. Nie wiem co było z nią nie tak, że musieli z niej wyciągać rzeczy ;)

Do następnej przesiadki zostało mi jakieś 3 h, poleciałam więc do Starbucksa bo ukochane Caramel Macchiato i kawałek ciasta bananowego. Poszwendałam się po lotnisku i sklepach, aż w końcu słyszę swój numer lotu i już mam nadzieję, że wołają do Gate, ale nie... samolot opóźniony o jakieś 30 minut - no nic, czekamy. Miałam okazję popatrzeć sobie trochę na ludzi, mój mąż nazywa to "people watching" i zauważyłam, że większość ubrana jest w krótkie spodnie, spódniczki, klapki, sandały, bluzki z krótkim rękawem. Kurczę, ja tutaj siedzę z zimowym płaszczem, bluzą, szalem - właściwie te itemy leżą na siedzeniu obok mnie, ale na nogach mam śniegowce UGG oraz ta opaska z opatrunkiem na głowie - wracam z zimnego kraju ;) Pomyślałam, że na zewnątrz musi być ciepło. Sprawdziłam temperaturę w IPhonie - Charlotte - 27 stopni Celsjusza :D

Jest już mój samolot. Wsiadam do środka - tym razem mam siedzenie przy oknie. Startujemy. Lot ma być krótki - jakieś 25 do 30 minut. Nawet się nie stresuję, nie mam siły. Czuję, że powolutku pozbywam się tego strachu przed lataniem im więcej czasu przebywam w samolotach. Patrząc przez okno zauważyłam niedaleko ciemne chmury - jakby miało padać albo jakby zbliżała się burza. Wylądowaliśmy. Mój mąż czeka już na mnie z kwiatkami (dziękuję sweetheart! :*) przy baggage claim - odbieramy bagaż, wychodzimy z lotniska - jest bardzo ciepło i trochę duszno - wysoka wilgotność powietrza, wsiadamy do samochodu i nagle lunęło z nieba ;) Przyszła burza z taką ulewą, że musieliśmy jechać do domu z prędkością chyba 25 mph, bo wycieraczki na przedniej szybie nie nadążały usuwać wody by umożliwić normalną jazdę. Ech, ciagle jakieś niespodzianki ;) Już nie mogę się doczekać kolejnej podróży do Polski i tego co spotka mnie po drodze ;)

Sunday, April 21, 2013

Wizyta w Polsce - Dermatolog. Part 2

Wiecie już pewnie, że leczenie się w Stanach sporo kosztuje. Sporo? Co ja gadam?! To są czasem i kosmiczne sumy! Mam jednak to szczęście, że z większością chorobowych przypadłości mogę się zgłosić do lekarza w armii i mogę leczyć się za darmo (oprócz dentysty :P) - leki też dostaję bez opłaty (przynajmniej do tej pory za nic nie musiałam płacić - nie wiem czy tak jest ze wszystkimi lekami). Aczkolwiek... armia niestety nie traktuje poważnie mojego "kosmetycznego" jak oni to nazywają problemu. Pisałam już na blogu o moich problemach z włosami, że są cienkie, że wypadają i na domiar złego mam łojotokowe zapalenie skóry głowy. Ponieważ dermatologa musiałabym w takim układzie szukać poza armią, zdecydowałam się odwiedzić mojego sprawdzonego lekarza w Polsce, który zajmuje się moimi włosami już od ponad 6 lat. Pamiętam swoją pierwszą wizytę u niego w wieku 17 lat ;) - wyszłam z płaczem, ale jednak pomógł mi z moim problemem, a wymagało to czasu i systematycznego przyjmowania leków i robienia wcierek.

Zdecydowałam się odwiedzić mojego dermatologa, gdyż od mojej mezoterapii minęło już 5 lat i bardzo zależało mi, żeby sprawdzić czy nie ma nawrotów choroby. Lekarz zadał swoje standardowe pytania:

D: Ile włosów wypada?
Ja: W sumie różnie. Raz 20, 40, czasem 70 dziennie, ale najczęściej pomiędzy 20 a 40.
D: Jakich szamponów Pani używa?
Ja: Selsun Blue.
D: Dobrze. Czy skóra głowy sędzi?
Ja: Tylko wtedy, kiedy włosy są przetłuszczone, czyli na drugi dzień. Kiedy umyję głowę, swędzenie znika.
D: Ok. Myje pani głowę codziennie?
Ja: Tak.
D: Bardzo dobrze. A jak z paznokciami, twarde czy miękkie i łamliwe?
Ja: Raczej miękkie i łamliwe.

Następnie zajął się dokładnym oglądaniem mojej skóry głowy oraz włosów po czym stwierdził, że z łojotokowym zapaleniem skóry mam spokój i ten problem na dzień dzisiejszy mnie nie dotyczy. Mam jednak cały czas myć głowę w odpowiednich szamponach leczniczych i zapobiegających nawrotom ŁZS. Pojawił się z kolei inny problem - moje łuski włosowe są otwarte, przez co wszystkie składniki odżywcze włosa, które dostają się przez cebulkę zwyczajnie się ulatniają/wypłukują. Dermatolog zaproponował mi zabiegi spa na skórę głowy, ale chyba skorzystam z nich w roku przyszłym, a tymczasem spróbuję sama coś zdziałać na włosy, ponieważ ja w Polsce byłam tylko 3 tygodnie, a zabiegów potrzebowałam 4 co dwa tygodnie, więc nie było opcji.

Standardowo dostałam wcierki od włosów - Elocom i drugą robioną na spirytusie plus żelazo z którego niedoborem wciąż się borykam :(