Sunday, April 14, 2013

Podróż do Polski

 Przepraszam za długą nieobecność, ale jak już pisałam w poprzednim poście - byłam w Polsce przez 3 tygodnie i chciałam ten czas wykorzystać maksymalnie na to, by nacieszyć się pobytem w domu i obecnością rodziny. Teraz wróciłam do USA :) Wiem jednak, że jestem Wam winna jakiś opis podróży, a jak zwykle, przy lotach z przesiadkami jest co pisać :)

A zatem, cofnijmy się do niedalekiej przeszłości ;)


Jest 20 marca, godzina 13:00, jadę na lotnisko we Fayetteville, NC. W końcu! W końcu po skreśleniu kilkuset dni w kalendarzu znów zobaczę się z moją rodziną w Polsce, odwiedzę stare miejsca, których nie widziałam już okrągły rok. Z niecierpliwością czekam na pierwszy samolot z Fayetteville do Waszyngtonu.

Samolot lekko spóźniony, ale nie martwię się, bo w końcu jest, wsiadam na pokład i już nawet bez strachu czekam aż rozpędzi się na pasie i poszybuje w stronę amerykańskiej stolicy.

Lecimy, zbliżamy się do Waszyngtonu. Nagle nasz samolot zaczęło rzucać na boki, w górę i w dół. Uczucie przerażające, zwłaszcza wtedy, kiedy rzucało nim w dół. Mogę to porównać do nagłego zjazdu windą brrr. Już nie wiedziałam do kogo się modlić. Wbita paznokciami w siedzenie pasażera przede mną próbuję przetrwać te cholerne turbulencje. Boję się latać. Stara strategia - patrzę na stewardessę -  ta z jedną nogą założoną na drugą spokojnie siedzi zapięta w pasy i przegląda jakiś kobiecy magazyn. Trochę się uspokoiłam. Pasażerka obok mnie z dwójką dzieci ucina drzemkę. Jedno z jej dzieci wydaje się być przerażone, patrzy w moją stronę, a ja silę się na uśmiech mimo, że też nie jest mi wesoło przebywać na tej wysokości przy TAKICH turbulencjach. W końcu lądujemy w stolicy. Jasna cholera, pierwszy lot i takie "atrakcje", więc wmawiam sobie, że musi by już tylko lepiej. Przede mną jeszcze dwa loty - z Waszyngtonu do Monachium i z Monachium do Poznania. Lot do Waszyngtonu oceniam na najbardziej gwałtowny i przerażający ze wszystkich przebytych do tej pory :/

Wysiadam w Waszyngtonie. Z tego, co wiem to bagażu przenosić nie muszę, bo w Fayetteville powiedziano mi, że odbiorę go sobie w Poznaniu. A więc pędzę prosto do swojego Gate C1, skąd odlecę do Monachium z przewoźnikiem United Airlines. 

Lotnisko Washington Dulles ogromne. Spacer do Gate C1 zajął mi ponad 25 minut, a droga kręta i wyboista, bo korytarze wiły się jak labirynty. Co jakiś czas trzeba było wjeżdżać gdzieś na ruchomych schodach albo zjeżdżać, a do tego wszystko doszła jazda kolejką. Ach... sami zobaczcie - KLIK.



Wygląda strasznie? Pocieszę Was faktem, że ja na tym lotnisku byłam pierwszy raz i nie miałam ani radaru ani magicznej szklanej kuli, w której widziałam drogę do swojego Gate ;) po prostu wystarczy umieć czytać i podążać za oznaczeniami ;)

Niosę ciężką torbę, boli mnie głowa i na dodatek robię się głodna. Idę do souvenir stores po obiecane pamiątki. Czas pomyśleć też o sobie - rozglądam się w okół siebie, jest Starbucks!

* Latte Macchiato grande and a cheese sandwich, please!
- What's your name?
* Paulina
- Latte Macchiato for Paulina!

Siedzę z kubkiem kawy i kanapką, już mi lepiej, ból głowy przechodzi. Widzę, że otwierają mój gate. K..wa, nawet kawy nie zdążę dopić. Zbieram swoje graty i z przygotowanym biletem i paszportem w ręce biegnę do Gate C1. Przechodzę korytarzem do samolotu. Welcome aboard!

Samolot ładny, sporo miejsca. Stara flota LOTu nie ma co tu podskakiwać. United Airlines zostaną chyba moimi ulubieńcami. Zaklepałam wcześniej miejsce na tyłach, jakoś tak bezpieczniej się tam czuję. Siadam w środkowym rzędzie. Mam miejsce od strony alejki. Obok mnie nie ma nikogo, dopiero na trzecim siedzeniu widzę starszą pasażerkę.

W samolocie miałam czas, żeby nadrobić zaległości filmowe. Zdążyłam obejrzeć Pretty Woman - wierzcie lub nie, ale jakoś nigdy nie miałam okazji widzieć tego filmu a przecież to stare jak świat i każdy go chyba kojarzy. Następnie poszła Anna Karenina oraz Paranormal Activity 4, ale nie ma efektu z oglądania mniej czy bardziej strasznych filmów w samolocie :P Nie wczułam się, nie bałam się, a film zamiast ciekawić, to mnie usypiał ;)

Przy zamawianiu biletu na ten lot, wybrałam sobie tzw. 'special meal' :P - wzięłam koszerne z czystej ciekawości ;), ale więcej chyba nie zamówię - nie było złe, ale jednak wolę dostawać normalne pieczywo zamiast żydowskich krakersów ;)  O koszerności możecie sobie poczytać tutaj: KLIK

Wylądowaliśmy w Monachium. Kiedy samolot kołował jeszcze po pasie, pilot poinformował nas, że są jakieś problemy na lotnisku i, że wszystkie loty przed godziną 12:00 PM, są odwołane! Pech chciał, że mój lot z Monachium do Poznania był właśnie przed 12:00 PM... Znów jakieś siarczyste przekleństwo niemalże ulotniło mi się z ust, ale jakoś zdusiłam je w sobie, a zamiast tego zachciało mi się płakać. Cholera, jestem już tak blisko rodzinnego domu i akurat dziś wszystko musi się pier..... Wychodzę z samolotu i szukam przyczyny opóźnień. Okazuje się, że bilet, który trzymam w ręku już się nie liczy i muszę iść wydrukować nowy na inny lot. Przeczekałam długą kolejkę do biletomatów, gdzie z rozmów innych oczekujących wynikało, że do 12:00 były strajki. No tak, a pasażer musi na tym ucierpieć najbardziej. Podchodzę do biletomatu, gdzie pracownica lotniska poinformowała mnie iż nie może dać mi miejsca w samolocie, będę na tzw. stand by'u i muszę czekać w niepewności czy mnie zabiorą czy nie, bo zależy to od liczby wolnych miejsc na pokładzie samolotu. No do ... !@$%^&*! Cholera, zapłaciłam za bilet, pracownicy lotniska zastrajkowali a teraz nawet nie wiem czy polecę do domu za 2 godziny, za 5 czy może dziś już wcale! Oczekiwanie w tej niepewności było dla mnie najgorszym koszmarem. Byłam głodna, zła, co chwilę dzwoniłam do rodziny informując ich co się dzieje.

W hali odlotów był automat z kilkoma rodzajami kaw i herbat za darmoche. Podchodziłam więc i wybierałam sobie co jakiś czas inną kawę czy herbatę tylko po to, żeby zabić głód, bo nie miałam zamiaru dawać zarobić lotnisku, które mnie dziś w taki sposób potraktowało. Wzięłam też gazetę USA Today i starałam się jakoś zabić czas. Co kilka minut przychodzili zdezorientowani ludzie, którzy tak jak ja czekali w niepewności na swój lot.

Podszedł jakiś Włoch, a przynajmniej z wyglądu przypominał Włocha, ale leciał do Marsylii, więc może Francuz? Nie wiem...

- Are you going to Marseille? 
ja: No, I'm going to Poznań.
- Oh? From this gate?
ja: Yeah
- What time do you have your flight?
ja: 12:45 PM
- I have two tickets and one says that I'll fly at 11:30 and the other says 3:25.
ja: All flights before noon were cancelled so you're gonna fly at 3:25.
- I guess you're right...

Jakaś babka, Polka, usłyszała mnie rozmawiającą z Włochem po angielsku i później z rodzicami przez telefon po polsku. Zapytała mnie wtedy czy nie pomogłabym jej zdobyć informacji na temat jej bagażu i kolejnego lotu, ponieważ nie znała ani angielskiego ani niemieckiego i nie mogła się dogadać. Kiedy tylko przy moim Gate pojawiła się pracownica lotniska, od razu podbiegłyśmy do stanowiska. Okazało się, że pani również była na 'stand by ticket', czyli czekała licząc, że dostanie miejsce w samolocie oraz musiała ponownie nadać bagaż z Monachium. Wtedy pomyślałam sobie, że bez mojego angielskiego, czułabym się jak bez prawej ręki... albo nawet bez obu rąk ;)

Właśnie zawołali pasażerów do samolotu na który czekałam i ja. Co robić? Czekać? Iść? Wcisnąć się na chama? Podnoszę się z ławki na której siedziałam i idę, przeszłam przes bramkę, dostałam numer siedzenia. Z radością biegnę korytarzem w stronę autobusu, który zabierze mnie do samolotu, dzwonię do rodziców "Tata? Zabieraj mamę i jedźcie na lotnisko, właśnie dostałam miejsce w samolocie i zaraz startujemy!" :)

Hurra! Jestem już w samolocie! :D Z niecierpliwością czekam aż wzbijemy się w powietrze. Nawet mój strach przed lataniem gdzieś uciekł, a jego miejsce zajęły radość i podekscytowanie. W końcu zobaczę się z rodziną, dzieli nas już tylko 1 h lotu!



Wylądowaliśmy w Poznaniu. Idę odebrać swój bagaż, który wypełniłam prezentami dla rodziny. Czekam przed taśmą, większość osób już odebrała swoje walizki, w hali zaczęło robić się pusto... Kurcze, chyba zgubili moje graty. Taśma stanęła, bagażu nie ma. Zostałam ja i jedna pani. Poszłyśmy więc razem zgłosić zaginięcie bagażu. Miałam przynajmniej okazję zobaczyć jak taka procedura wygląda ;)
Babka, swoją drogą przesympatyczna ;), podaje mi kartkę ze zdjęciami różnego rodzaju walizek i pyta, która najbardziej przypomina moją. Wskazuję na zdjęciu najbardziej podobną. Jaki kolor? Jaka firma?  Podałam też numer bagażu, który dostajemy przy nadaniu, wszystkie bilety skąd lecę i gdzie miałam przesiadki. Na koniec imię, nazwisko, adres, numer kontaktowy.

ja: Kiedy powienien się mój bagaż znaleźć?
- Dziś wieczorem albo jutro, zależy gdzie zaginął.
Podziękowałam za pomoc i wyszłam. Przy wyjściu powitali mnie moi rodzice, a raczej uśmiechnięty tata i zapłakana ze szczęścia mama ;)

Pierwsze słowa mojej mamy to: "Nic nie przytyłaś w tej Ameryce"
ja: "Po prostu wiem co jeść" ;)

Pierwszy dzień wiosny, a Polska przywitała mnie ze śniegiem po kolana. ;)

21 comments:

  1. Mojemu tacie zawsze ginęły walizki kiedy wracał z USA z przesiadką. Po jakim czasie udało Ci się odzyskać walizkę ?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Właściwie już na drugi dzień po przylocie kurier dostarczył mi ją wieczorem kolo 18:00 :)

      Delete
  2. Ale miałaś przygody :( Współczuję. Ja latam czasami do Anglii (to tylko ok 2,5 godziny lotu), ale i tak zawsze stresuję się tym całym zamieszaniem na lotnisku, przejściami itp. bardziej niż samym lotem...

    ReplyDelete
  3. wzruszyłam się!
    Ja nigdy nie latałam i chyba bymoszalała z nerwów na twoim miejscu.

    ReplyDelete
  4. No to bedziesz miala co wspominac :)
    Kiedys moja przyjaciolka przyleciala do mnie z Seattle do Paryza na dwa tygodnie. Lot byl z przesiaka. BAgaz nie dolecial...
    A owszem przywiezli jej go potem nawet 500 km dalej w Bretanii... po 10 dniach... Ale ile mamy rzeczy do wspominania :)

    ReplyDelete
  5. Hej, jakie przygody! Mam nadzieję, że czas w Polsce miło Ci upłynął. P.S. pierwszy KLIK nie ma żadnego linku podczepionego;-))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Już działa :) Dzięki za zwrócenie uwagi :)

      Delete
  6. Ja tez mam zawsze jakieś przeboje w podroży :/ Raz miałam samolot 8 godzin opóźniony, straszne turbulencje, bo w burzy leciałam i wtedy myślałam ze nie dolecę, jeszcze światła prawie zgasili w samolocie ehhh strasznie było :( Ostatnio tez miałam nieprzyjemna podroż, turbulencje i na końcu długie krążenie nad lotniskiem w oczekiwaniu aż mgła opadnie, wszystkie samoloty zostały przekierowane z Poznania na inne lotnisko ale nasz pilot postanowił wylądować i to bylo straszne! Wtedy nie wiedziałam czy samolot się juz rozbił czy tak wylądował, byl huk i niesamowite trzęsienie i zarzucanie całym samolotem :( Nie lubię latać!

    ReplyDelete
  7. Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło :-) Ciekawe czy zawsze odnajdują bagaże. Ja od takich turbulencji to chyba zawału bym dostała ;-)

    ReplyDelete
  8. ALe miałaś przygody, dobrze, że walizka się znalazła :)

    ReplyDelete
  9. Witaj spowrotem! :) Słyszałam o tych strajkach w Niemczech i powiedziałam do męża "jakie to szczęście, że do Kanady lecielśmy rok temu", bo to było dokładnie rok temu.
    Paranormal Activity obejrzałam jeszcze w Polsce z kuzynką w Halloween - w kinie siedziałyśmy obydwie z zasłoniętymi oczami ;) Faktem jest natomiast, że lubię prywatne monitorki w samolotach, które zabijają czas i odstresowują mnie. Lotem leciałam w grudniu do USA i więcej tego nie powtórzę.
    My planujemy wyprawdę do Polski w przyszłym maju/czerwcu. Zobaczymy czy się uda... Ja już trochę tęsknię, szczególnie za przyjaciółkami, bo Skype to nie to samo...

    ReplyDelete
  10. PS Oglądam Twój filmik i stwierdzam, że nie będę leciała do Europy z Waszyngtonu (takie krążenie z psem na ramieniu się nie uda ;)).

    ReplyDelete
  11. Jejku, ale przygody! A tak w ogole jesli lot jest opozniony (nie wiem, chyba wiecej niz dwie godziny), to oni sa prawie zobligowani zeby dac Ci cos do jedzenia (pamietam kiedys mialam opoznione loty do dostalam vouchery, zeby sobie isc cos kupic) :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Voucherów nikt nie dostał, ale obok kolejki do biletomatu postawili wózek Lufthansy z wodą i przekąską - śmierdzącym kawałkiem chleba w folii, niby wieloziarnisty... Wzięłam jeden i zjadłam, ale teraz na samo przypomnienie sobie zapachu tego chleba to mi sie zbiera na wymioty. ;)

      Delete
  12. Walizki wysyłaj dwa samoloty wcześniej :)

    ReplyDelete
  13. Widzę, że sporo przygód miałaś ;)
    Ale dałaś radę i będziesz miała co wspominać.
    Pozdrawiam Paweł
    http://twojwybortwojaprzyszlosc.blogspot.com/

    ReplyDelete
  14. Ty to masz jednak pecha z tymi samolotami ;)

    Czekamy na relacje z ziemi ojczystej :)

    ReplyDelete
  15. To jest chyba jakas normalka z tymi bagazami, jak lecialam z DC do monachium a pozniej do wroclawia to tez zaginal mi bagaz i w monachium musialam czekac ponad dwie godziny. Moi znajomi tez mieli takie problemy.

    ReplyDelete
  16. o rany, ale labirynty, chyba bym się pogubiła ;) podziwiam opanowanie :)
    Pretty W. to mój i mamy ulubiony film, widziałam go pewnie z 50 razy jak i Dirty Dancing ;))
    Pozdrawiam

    ReplyDelete
  17. Cóż za lotniskowe przeboje. Ja bym się na bank zgubiła.:P

    ReplyDelete