Wednesday, April 24, 2013

Żegnam kraj ojczysty - It's easier to leave than to be left behind...

Niestety warunki atmosferyczne w Polsce odbiły się na moim zdrowiu. Kilka dni przed wylotem do USA rozbolało mnie gardło, zaczęłam smarkać i kaszleć, a na dokładkę podejrzewałam, że coś jest nie halo z moim lewym uchem. Popędziłam do apteki po jakieś leki na swoje dolegliwości, bo nie zamierzałam spędzić reszty dni, które pozostały mi w Polsce, pod kołdrą. Nie oszczędzałam się w ogóle i mimo choroby, opatulona na wszystkie możliwe sposoby wychodziłam z domu.

Nadszedł dzień wylotu. Przyjechałam na lotnisko z bolącym uchem. Podeszłam do stanowiska check-in, gdzie nadałam bagaż i odebrałam bilety. Pani zza biurka zapytała mnie czy konsultowałam się z lekarzem na temat mojego ucha (zauważyła opatrunek). Powiedziałam, że nie, bo właściwie to się stało nagle i nie było już czasu na wizyty u lekarzy. Siedziałam przed halą odlotów jak na szpilkach nie wiedząc czy moje ucho nie rozboli jeszcze bardziej pod wpływem zmian ciśnienia w samolocie. Na wszelki wypadek mama dała mi dośc silną tabletkę przeciwbólową, która po kilku minutach wysłała mnie na Hawaje i nie czułam już żadnego bólu. Nadszedł czas pożegnania, gdyż zaczęli wołać pasażerów mojego samolotu do hali odlotów. Jak zwykle ze łzami w oczach przechodziłam przez security. Zanim całkowicie zniknęłam w hali odlotów, pomachałam jeszcze rodzicom na pożegnanie i ruszyłam do wyjścia by następnie wsiąść do autobusu i kolejno do samolotu. Siadam koło okna. Ostatnie widoki na topniejące już polskie śniegi "Żegnaj Polsko, do zobaczenia za rok." Samolot wzbił się w powietrze, na szczęście moje znieczulone tabletką ucho mi nie dokuczało. Obserwując widoki zza okna próbowałam powstrzymać łzy. Będę tęsknić za rodziną, ale jednocześnie mam nadzieję, że kiedyś to oni przylecą do USA i mnie odwiedzą ;)

W samolocie stewardessy zaczęły rozdawać jedzenie i picie. Nie miałam ochoty na żadne kanapeczki, więc tą, którą dostałam spakowałam w torbę. Może jeszcze zgłodnieję.

Wylądowaliśmy w Monachium. Następny samolot mam za ... 17 godzin, ale nie jest to już dla mnie zmartwieniem, bo wcześniej zabukowałam sobie miejsce w hotelu. Bagaż główny zostanie od razu przeniesiony do następnego samolotu, dlatego też wszystkie potrzebne przybory i ciuchy na przebranie dźwigałam ze sobą w bagażu podręcznym. Mogę zatem udać się prosto do hotelu. Jestem w terminalu 2, a Novotel, czyli hotel do którego chcę iść znajduje się gdzieś pomiędzy terminalem 1 i 2. Na lotnisku nie widziałam żadnego znaku, który pokierowałby mnie do hotelu, więc postanowiłam zapytać pracownicę lotniska. 

Ja: Excuse me, how can I get to Novotel?
- Kempinski hotel?
Ja: No, it's Novotel.
- I'm sorry.
Ja: Okay, thank you.

Fail. Jak pracownica lotniska nie wie gdzie ten hotel, to skąd ja mam wiedzieć, ale nie poddaję się i pytam kolejną osobę:

Ja: Hi! Do you know how I can get to Novotel?
- Walk outside, go to the bus stop and get on the next bus to ... (Pan wymienił tutaj takąś niemiecką nazwę, której już nie przytoczę, bo nie pamiętam ;))
Ja: Okay, thanks so much!

Wychodzę na zewnątrz i ruszam w stronę przystanku. Autobus do hotelu Novotel pojawił się w ciągu 15 minut.

Jestem w hotelu. Robi pozytywne wrażenie. Urządzony nowocześnie, według określonej palety barw - beż, szarość i intensywny róż (a może to nawet fuksja?) - to lubię. 
source


Kanapka z samolotu jednak się przydała, bo krótko po zameldowaniu się w hotelu strasznie zgłodniałam. Wzięłam prysznic i zamówiłam też kolację do pokoju. Lubię robić foty jedzeniu :P





Piekło w język, ale bardzo smakowało - sphagetti z ostrym pomidorowym sosem i parmezanem, plus bagietka z masłem, sól i pieprz. 

Po takiej kolacji włączyłam jakiś kanał z newsami w TV, gdzie właściwie w kółko powtarzali to samo - Holocaust, Korea Północna, Holocaust, Korea Południowa, Holocaust, Korea Korea Korea. Zmęczyły mnie oba tematy na tyle, że zasnęłam przy włączonym telewizorze i nawet nie pamiętam kiedy.

Jest 7:00 rano, dzwoni budzik. Biorę prysznic i powoli zaczynam pakować swoje graty do bagażu podręcznego. Samolot z Monachium do Charlotte w Północnej Karolinie odlatuje jakoś po godzinie 11:00, ale wolę być na swoim terminalu wcześniej, żeby chwycić jeszcze jakieś śniadanie i poszwędać się po sklepach w strefie bezcłowej ;)

Wymeldowałam się z hotelu. Idę na autobus. Na przystanku sprawdzam po liniach lotniczych na który terminal pojechać. Szukam Lufthansy - i już wiem, jadę na Terminal 2. Autobus przyjeżdża po 15 minutach, w końcu jest, eh już zaczęło padać.

Przeszłam przez security, nikt nie pytał o opatrunek na głowie ;) Teraz już się nie stresuję, w razie czego mam tabletkę na wszelkie bólowe sprawy.

Czas na śniadanie. Dobrze, że pojawiłam się na lotnisku dość wcześnie, więc z niczym nie muszę się spieszyć. Idę do knajpki, która wyglądem przypomina trochę ogródek ;) przynajmniej takie chcieli sprawić wrażenie. Jest pusto, więc siadam gdzie chcę. Zaglądam w menu i tak sobie myślę - wezmę zestaw śniadaniowy plus jeszcze dodatkowe owoce i jogurt. Przyszła kelnerka, zdążyłam tylko powiedzieć jej, że chcę zestaw śniadaniowy, ta powiedziała "OK" i uciekła. A owoce i jogurt? Nawet nie zdążyłam z siebie wydusić, bo zniknęła. Po chwili przyniosła mój zestaw śniadaniowy. Szczerze mówiąc, gdy go zobaczyłam to zaczęłam się zastanawiać czy prosić ją jeszcze o te owoce i jogurt, ale chwilowo się wstrzymałam i zaczęłam pałaszować to, co miałam na talerzu.


Śniadanie składało się z 3 rodzajów dżemików, 2 małych kosteczek masła, nutelli i różnego rodzaju pieczywa. Do tego zamówiłam Cappuccino (z małym ciastkiem) i zwykłą wodę. Jednak dobrze zrobiłam, że nie zamówiłam tych owoców z jogurtem, bo nie wiem gdzie bym to zmieściła. Mimo, że byłam głodna, to jednak mój żołądek od rana nie za bardzo chce przyjmować duże ilości pokarmu. Z tego śniadania i tak została jedna bułka, jeden dżem i nutella. Oczy chciały więcej, żołądek już nie :P

Kieruję się w stronę swojego Gate, ale widzę, że jeszcze nie wpuszczają, zamiast tego wisi informacja "Passengers flying to Charlotte, please come back at 10:00 am". Nie ma tu gdzie usiąść więc robię w tył zwrot i idę poszukać jakiegoś wolnego siedzenia gdziekolwiek na lotnisku. Znalazłam. Moje oczy są jednak zbyt zmęczone żeby oglądać film na IPhonie czy czytać książkę, a zatem moja głowa ląduje w torbie i po chwili usnęłam. Obudziłam się po 30 minutach. Patrzę na zegar wiszący nad moją głową - za 10 minut 10:00. Zbieram się, po drodze do swojego Gate zahaczyłam jeszcze o kantor i wymieniłam euro na dolary. Jestem przy swoim Gate - robię zdjęcia samolotu :P




Jestem na pokładzie. Właściwie mój pierwszy lot do USA odbywał się właśnie z Lufthansą i tak jak wtedy zrobiła na mnie dobre wrażenie, tak teraz... średnio. Owszem podobało mi się, że mam swój własny monitorek z filmami, muzyczką itp., ale jednak w samolocie United Airlines było lepiej - więcej filmów do wyboru, więcej muzyki i monitor się jakoś tak dziwnie jak w Lufthansie nie zacinał. No, ale nie będę marudzić i tak nie mam siły na oglądanie filmów, miałam nadzieję na to, że uda mi się przespać. 

Okazało się jednak, że ze spania nici. Mam pecha do pasażerów siadających przede mną. Ja zawsze zasypiam z głową na swoich kolanach, ale w momencie kiedy pasażer z przodu rozłoży swoje siedzenie do tyłu, to już nie ma możliwości żebym zmieściła głowę. No i tak się właśnie stało podczas tego lotu - właściwie już 3 razy pod rząd nie spałam w samolocie lecącym przez ocean, bo ktoś siedzący przede mną rozłożył swoje siedzenie. Nie, ja nie jestem osobą, która zwraca uwagę innym - zawsze mi się to kojarzyło ze starymi babami, którym wszystko wszędzie przeszkadza. Ja po prostu daję spokój i klnę w myślach :P Ech, nawet jeśli próbowałabym zasnąć, to i tak byłoby to niemożliwe, gdyż wokół mnie rozsiadła się jakaś grupa amerykańskich smarkaczy przed 14 rokiem życia i cały czas z czegoś się śmiali, marudzili na głos, że w samolocie za gorąco itp. Włączyłam więc film i próbowałam się skupić, ale nic z tego... Byłam zbyt zmęczona by cokolwiek oglądać. Jakoś jednak ten lot przetrwałam. 

Ledwie samolot dotknął płyty lotniska, rozległo się klaskanie i okrzyk "Yeah, USA!" ;) Nie! Tym razem nie jest tak jak myśliscie - to nie Polacy klaskali. Klaskali Amerykanie, a raczej ta wycieczka amerykańskich dzieciaków, która siedziała wokół mnie. A jeśli już o klaskaniu mowa - po tym co wypisują internauci zauważyłam, że niektórzy strasznie się tego klaskania Polaków wstydzą. Mnie to nie przeszkadza, gdyż nie odbieram tego jak jakiegoś negatywnego aspektu podróży. Są ludzie, którzy znacznie gorzej zachowują się w samolotach i za których powinniśmy się wstydzić - hałasują, blokują przejścia, bo sterczą w alejkach i gadają, przychodzą na pokład już śmierdzący alkoholem i to tylko po to, żeby na pokładzie jeszcze się "doprawić" kolejnymi procentami, moi znajomi lecieli na wycieczkę do Egiptu i kiedy samolot wystartował jakaś hołota wydzierała się "Pull up!" (to byli Warszawiacy) i to nie raz a przez cały lot. Szczerze? Wolę klaskanie na koniec lotu niż darcie ryja przez cały lot ;) Uff...

Okay, wracając do wycieczki. Wylądowałam w Charlotte. Przygotowuję swój paszport i zieloną kartę i biegnę do kolejki dla Residents.

Ja: Hello (podaję paszport i GC)
- Hi
- Put your left five fingers on the reader
- Put your thumb on the reader
- Put your right five fingers on the reader
- Put your right thumb on the reader
- How long have you been outside the U.S.?
Ja: Three weeks.
- Did you bring any food?
Ja: No.
- Ok, you're good to go. Welcome back! (Oddaje paszport i GC)
Ja: Thank you. Have a good day.
- You too.

Mam już swój bilet do Fayetteville, więc odbieram bagaż i teraz będę musiała go ponownie nadać. Po nadaniu bagażu kieruję się do swojego Gate. Oczywiście muszę jeszcze ponownie przejśc przez security. Zbliżam się do bramki - ups, widzą opatrunek i krzywo patrzą. Zapobiegawczo mówię że "I can take it off" i zdejmuję opaskę z watą. Babka w rękawiczkach sprawdziła jeszcze czy nie przenoszę jakichś niebezpiecznych narzędzi w kucyku (w sensie we włosach ;) ), sprawdziła też moją watę i opaskę.
Po chwili idzie do mnie babka z moją torbą:
- Is this your bag?
Ja: Yes
- Okay. I'm gonna start taking things out. Please, do not touch anything.
Ja: OK

Moja torba znów przeszła przez skaner i tym razem została mi oddana. Nie wiem co było z nią nie tak, że musieli z niej wyciągać rzeczy ;)

Do następnej przesiadki zostało mi jakieś 3 h, poleciałam więc do Starbucksa bo ukochane Caramel Macchiato i kawałek ciasta bananowego. Poszwendałam się po lotnisku i sklepach, aż w końcu słyszę swój numer lotu i już mam nadzieję, że wołają do Gate, ale nie... samolot opóźniony o jakieś 30 minut - no nic, czekamy. Miałam okazję popatrzeć sobie trochę na ludzi, mój mąż nazywa to "people watching" i zauważyłam, że większość ubrana jest w krótkie spodnie, spódniczki, klapki, sandały, bluzki z krótkim rękawem. Kurczę, ja tutaj siedzę z zimowym płaszczem, bluzą, szalem - właściwie te itemy leżą na siedzeniu obok mnie, ale na nogach mam śniegowce UGG oraz ta opaska z opatrunkiem na głowie - wracam z zimnego kraju ;) Pomyślałam, że na zewnątrz musi być ciepło. Sprawdziłam temperaturę w IPhonie - Charlotte - 27 stopni Celsjusza :D

Jest już mój samolot. Wsiadam do środka - tym razem mam siedzenie przy oknie. Startujemy. Lot ma być krótki - jakieś 25 do 30 minut. Nawet się nie stresuję, nie mam siły. Czuję, że powolutku pozbywam się tego strachu przed lataniem im więcej czasu przebywam w samolotach. Patrząc przez okno zauważyłam niedaleko ciemne chmury - jakby miało padać albo jakby zbliżała się burza. Wylądowaliśmy. Mój mąż czeka już na mnie z kwiatkami (dziękuję sweetheart! :*) przy baggage claim - odbieramy bagaż, wychodzimy z lotniska - jest bardzo ciepło i trochę duszno - wysoka wilgotność powietrza, wsiadamy do samochodu i nagle lunęło z nieba ;) Przyszła burza z taką ulewą, że musieliśmy jechać do domu z prędkością chyba 25 mph, bo wycieraczki na przedniej szybie nie nadążały usuwać wody by umożliwić normalną jazdę. Ech, ciagle jakieś niespodzianki ;) Już nie mogę się doczekać kolejnej podróży do Polski i tego co spotka mnie po drodze ;)

9 comments:

  1. Fajny post ale zabrakło mi jednego elementu podróży: nie wypytywali Cię na lotnisku jeszcze w Europie? Ja miałam taki wywiad ze szczegółami że głowa mała:P

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie. Jeszcze mi się nigdy jakiś przesadzony wywiad nie przytrafił. Na pewno nie w Europie ;)

      Delete
  2. Wspolczuje "przygod" ze zdrwiem :( Mam nadzieje, ze szybko wszystkie dolegliwosci ustapily. Dla mnie najgorzej jest wtedy gdy ktos do mnie przylatuje :( Ta rozlaka i pozniej pustka w domu - nie do zniesienia :(. Pamietam jak pierwszy raz przylecialam do Charlotte, w Polsce bylo -27 stopni, w Charlotte +18, ludzie na lotnisku patrzyli na mnie jak na wariata :P

    ReplyDelete
    Replies
    1. Problemy ze zdrowiem sie szybko skonczyly. Mialam tylko dwa razy plukanie ucha, a za pare dni ide na trzecie ;) To ucho ktore mi zachorowalo bylo troche zapchane woskowina ;) a moje zdrowe ucho o dziwo jest nieskazitelnie czyste z tego co mowila lekarka heh ;) Nie wiem czemu tak sie dzieje bo dbam i czyszcze tak samo oba ;)

      Wlasnie dlatego ja zawsze mowie ze It's easier to leave than to be left behind. Osoba ktora wyjezdza ma lepiej niz ta ktora pozostaje i wraca do pustego domu :( dlatego zal mi rodzicow

      Delete
  3. Tak świetnie stopniowałaś napięcie, że tylko się zastanawiałam, kiedy wydarzy się coś nieoczekiwanego :D.
    Cieszę się, że bezpiecznie wróciłaś. Zdrowiej :).

    ReplyDelete
  4. fajny post :) bardzo lubie Cie czytac, pozdrawiam

    ReplyDelete
  5. Bardzo tu fajnie będę wpadać

    ReplyDelete
  6. fajnie się ciebie czyta :)
    zdrówka

    ReplyDelete
  7. Ty to masz przygody.:) O matko. Długa ta Twoja droga do Polski. Dlaczego się zdecydowałaś na tak dalekie miejsce zamieszkania?

    ReplyDelete