Thursday, May 17, 2012

Eh życie... | Such is life...

Życie... a naszemu życiu towarzyszy toaleta...

Mój mąż często pyta mnie, czy na jedno "posiedzenie" zużywam całą rolkę papieru toaletowego. A do tego bardzo szybko znikają też z łazienki ręczniki papierowe. Przyznam, że jestem osobą, która brzydzi się dotykać wszystkiego, co znajduje się w okolicach sedesu. Mycie go zostawiam mężowi :P Niestety los postanowił mnie za to ukarać we wtorkowy wieczór. Wrzuciłam do sedesu chyba trochę za dużo ręczników papierowych. Nauczyłam się od Perfekcyjnej Pani Domu - Małgorzaty Rozenek (lubię sobie obejrzeć jej program, choć samą Panią Małgorzatę ledwo toleruję), że lepiej używać do czyszczenia ręczników papierowych zamiast szmatek na których gromadzą się bakterie. A ponieważ ze względu na częste przeprowadzki, nie chcę zawracać sobie głowy kupowaniem i wyrzucaniem szmatek, to używam ręczników papierowych. Ale wracając do tematu. Postanowiłam wyczyścić wszystkie półki znajdujące się w łazience z kurzu. No to jadę po nich swoimi papierowymi ręcznikami i odpowiednim detergentem, po czym umyłam ręce i twarz i znów sięgnęłam po ręcznik papierowy, żeby się osuszyć. Brudne ręczniki trafiły do sedesu. Nacisnęłam spłuczkę i ku mojemu zaskoczeniu woda zaczęła się podnosić. Nacisnęłam więc spłuczkę jeszcze raz i ponownie, po tym jak trochę wody i ręczników wlazło do środka. Niestety, mimo iż ręczniki nie były już widoczne na zewnątrz, bo wlazły już dalej, woda nadal stała i nie chciała zejść. Co tu robić? Pierwsza myśl - zobaczmy co radzi wujek Google.

Pierwsza rada wujka Google: Wlej trochę płynu do mycia naczyń z litrem wrzątku. No to leję tego płynu do mycia naczyń na potęgę i zalewam gorącą wodą. Rezultat? Nic... woda jak stała tak stoi... Cóż... za późno, żeby iść do sklepu. Sama się o ciemku nigdzie nie zapuszczam, chyba, że autem, ale akurat nie mam swojego do dyspozycji, bo z naszego wspólnego korzysta mąż, którego nie ma w domu od poniedziałku do piątku, bo pracuje w innym miejscu i tam też uczy się, by zostać dziennikarzem. Ale wracając do mojej zapchanej toalety... Pół nocy nie mogłam spać i myślałam jak tu ją odblokować... 

Następnego dnia (środa), kiedy tylko zwlokłam się z łóżka i stanęłam na nogach, pobiegłam do łazienki sprawdzić, czy coś się zmieniło... Niestety... woda jak stała tak stoi... 

Kolejna rada wujka Google: 1 szklanka sody i 1 szklanka octu powinny załatwić problem. Nie mam w domu ani sody ani octu, więc poleciałam w największy upał (30 minut drogi pieszo w jedną stronę) do supermarketu Target po te produkty. Wróciłam upocona z jakimś ekologicznym detergentem, który miał mi niby pomóc w odblokowaniu toalety i sodą... O occie oczywiście zapomniałam, bo nie byłabym sobą gdybym wróciła ze wszystkim, co planowałam kupić. Na dodatek cały wielki supermarket obeszłam w poszukiwaniu tej... hmm... pompki do sedesów... wiecie o co chodzi. No nic... Wypróbowałam więc moje ekologiczne znalezisko za całe $12 i... I NIC!!! Po chwili wlałam go trochę więcej i poszłam czytać książkę, pomyślałam, że może po prostu potrzebuje trochę więcej czasu, żeby działać... Po godzinie wracam do łazienki, patrzę, co się dzieje i... I NIC!!! Naciskam na spłuczkę i woda znów się podnosi, niemal wylewa poza sedes... grrr... No cóż... poczekałam więc, aż po 3 godzinach, woda trochę zeszła (ale bardzo powoli)... wyjęłam długie po łokcie gumowe rękawiczki i postanowiłam stawić czoła temu, co utkwiło w sedesie (przy okazji walcząc ze swoim obrzydzeniem). Niestety w sedesie nie było już nic... cholerny zator zrobił się gdzieś dalej. Znów zrobiło się ciemno, więc już do sklepu nie wyszłam. Kolejną noc myślałam, co ja pocznę... A mąż może mnie nie zabije, bo to człowiek spokojny jak Zeus na Olimpie, choć mógłby na mnie krzywo spojrzeć :D Mimo wszystko nie chciałam naciągać domowego budżetu na hydraulika.

Kolejny dzień (czwartek) mojej gehenny z zatkanym sedesem nie wróżył poprawy. Już myślałam, że hydraulik jednak będzie potrzebny, bo ekologiczny środek nie zadziałał nawet pozostawiony w sedesie na całą noc. Za oknem skwar, a ja już planowałam kolejną pieszą wycieczkę do Targetu po ocet. Naiwnie wierzyłam, że ten wyciągnie mnie z opresji. Ubieram się i idę... po drodze zaczepił mnie jakiś Meksykaniec i spytał czy gdzieś podwieźć... Ooooo nie! Wykręciłam się wymówką, że w taki piękny dzień to ja wolę sobie chodzić i podziękowałam za propozycję. Chyba jeszcze nie korzystałam z propozycji podwiezienia przez nieznajomego, za bardzo się boję, że mnie gdzieś wywiozą i sprzedadzą :D (chociaż chyba raz skorzystałam w trzaskający mróz... ale to było na terenie bazy wojskowej, a pan proponujący podwiezienie miał na sobie mundur, więc nie miałam obaw - jakoś w bazie czuję się bezpieczniej niż poza nią). Mniejsza o to... Meksykaniec sobie pojechał. Zapomniałam dodać, że rzadko spotyka się tutaj ludzi idących chodnikiem. Zwykle są to albo bezdomni, albo tzw. lower class, co można stwierdzić po bardzo niechlujnym wyglądzie. Trasa od mojego domu do Targetu wiedzie przez bardzo ruchliwą ulicę, a ja chyba budziłam sensację wśród kierowców, bo co chwilę, ktoś za moimi plecami trąbił i tym samym próbował przyprawić mnie o zawał serca. Niektórzy (mowa o facetach) opuszczali szyby i wołali "Hello, girl!" :P Cóż począć, taki kraj. Dotarłam w końcu do Targetu, a tam o dziwo, oprócz wielkiej butli octu znalazłam też pompkę do sedesu. Wzięłam więc obie rzeczy i ruszyłam do domu. Od tej wielkiej butli z octem do teraz trzęsie mi się ręka, kiedy piszę tę notkę. W końcu dotarłam do domu po kolejnych odmowach propozycji podwiezienia i po spostrzeżeniu przynajmniej trzech samochodów zatrzymanych przez policję (procedury zatrzymania w ten sposób nauczyłam się na pamięć haha). Zauważyłam też, że policyjnych radiowozów był dziś niezły wysyp. W domu czekał na mnie ten cholerny sedes, z którym nie mogłam sobie poradzić już trzeci dzień... Niezbyt optymistycznie zapowiadała się też próba zwalczenia zatoru sodą z octem, ale spróbowałam i to kilka razy. Oprócz wielkiej piany, nie zauważyłam żadnych zmian. Czas założyć rękawiczki i sięgnąć po pompkę do sedesu. Pompowałam tak długo, aż w końcu usłyszałam jakiś hałas dalej w rurach i woda zeszła!!! Nacisnęłam na spłuczkę i zobaczyłam, że oto znów mam sprawny sedes w domu :P Nie muszę wzywać hydraulika! Co za ulga! 

Teraz mogę spokojnie czekać, jak gdyby nigdy nic, na jutrzejszy powrót męża ;)

P.S. Pojawiło się pytanie gdzie się załatwiałam przez te 3 dni, kiedy miałam zapchany sedes :P -  spieszę z odpowiedzią - dom w którym mieszkam jest podzielony na dwa mieszkania - jedno jest wynajmowane przeze mnie i męża, a w drugim mieszka właściciel domu... Z naszego mieszkania można jednak wejść do mieszkania właściciela domu, a tam jest toaleta ;) There you go!

3 comments:

  1. haha co za historia :D
    Dobrze, że udało się przed powrotem męża ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tez sie ciesze, ze sie udalo. Powiedzialam jednak mezowi co sie stalo, a on sie ze mnie smial, ze tak sie brzydze sedesow itp. a teraz musialam sie w tym wszystkim grzebac haha :D

      Delete
  2. Moj mezczyzna zawsze mowi: do toalety wrzucaj tylko papier toaletowy, zadnych recznikow papierowych ani chusteczek bo one sie po prostu nie rozpuszczaja i zatkana toaleta gotowa :-)

    ReplyDelete