Wednesday, February 6, 2013

Arizona trip - (January 31, 2013) Dzień pierwszy i noc poprzedzająca

Pamiętacie jak na blogu opublikowałam listę rzeczy do spakowania na wycieczkę do Bostonu? Ta lista wciąż bardzo mi się przydaje i przed każdą wycieczką zaglądam na tamten post i sprawdzam czy mam najpotrzebniejsze rzeczy. 

W nocy z 30 na 31 stycznia nie zmrużyłam oka. Z jednej strony dlatego, że chciałam nacieszyć się kotkiem, którego w czwartek o 7:30 musiałam odnieść do kociego hotelu, z drugiej strony też dlatego, iż miałam w planach przespać loty samolotami - żeby mi szybciej upłynął czas w podróży.

Około północy zaczęłam się pakować...

Kotce spodobała się moja torba, służąca mi za bagaż podręczny już od moich pierwszych dni w USA. 



Kotka zawsze uważnie mi się przygląda, cokolwiek robię. Dlatego też pakowanie nie umknęło jej uwadze. Biedulka nie widziała tylko, że kolejne 4 noce spędzi beze mnie :(

Reszta nocy upłynęła mi na zabawie z kotem, sprzątaniu mieszkania i sprawdzaniu co chwilę, czy wszystkie aparaty i telefony są naładowane i spakowane.

O 7:20 spakowałam kotkę do transportera wyłożonego moim szlafrokiem, w oddzielną torbę włożyłam jej jedzonko, zabawki i przekąski, napisałam instrukcję jak karmić moją podopieczną i zaczęliśmy zanosić torby do samochodu. Po drodze na lotnisko, kotkę zaniosłam do szpitala zwierzęcego w pobliżu mojego domu, który prowadzi także hotel dla psów i kotów. W szpitalu wypełniłam formularz, podpisałam zgodę na leczenie kotki w razie gdyby zachorowała podczas pobytu w szpitalu, pożegnałam kotkę i wyszłam. W drodze na lotnisko trochę mi się oczy zmoczyły, bo żal mi było zostawiać kocię, ale cóż, może tak będzie lepiej dla nas obu, bo przynajmniej następnym razem kiedy ją zostawię w hotelu, będzie wiedziała, że po nią wrócę, a ja będę spokojniejsza na myśl, że w hotleu nic złego jej się nie stało. Te pierwsze razy zawsze są najtrudniejsze...

Wylot był o 9:30, a nam, całe szczęście, udało się dojechać na lotnisko na czas pomimo, że tuż przy lotnisku trochę nas GPS wyprowadził w pole. Lotnisko w Fayetteville, NC jest małe i z tego co zauważyłam, w hali odlotów nie ma żadnych restauracji. Jedyne dostępne "żarcie", to to, co oferowało kilka automatów. 

W końcu zaproszono pasażerów na pokład samolotu. Mamy miejsce na samym końcu, tyle, ogonie, czy jak to tam zwał... Rozejrzałam się wokół, bo ciekawi mnie z jakimi osobami lecę i wśród wszystkich stoicko spokojnych twarzy dostrzegłam jedną, która podobnie jak ja, też się rozgląda. Czarnowłosy chłopak na oko 25-27 lat, siedzący w okolicach lewego skrzydła nerwowo obgryza paznokcie. Zastanawiałam się, czy owe obgryzanie spowodowane jest strachem przed lotem czy może zwyczajnym nałogiem, ale widząc jego oczy przepełnione strachem pomyślałam, że chyba to pierwsze. Ja, o dziwo, siedząc już w samolocie czułam się spokojnie i powtarzałam sobie w myślach cytat z kursu "Fear of Flying": You've already made yourself safer.

Lecimy do Charlotte, NC!


Po przylocie do Charlotte, NC, skąd mieliśmy już bezpośredni samolot do Phoenix, AZ, czekało nas siedzenie na lotnisku przez 4 h. Tak długie oczekiwanie specjalnie mnie nie przeraziło. Lotnisko w Charlotte wydawało się dość spore, więc pomyślałam, że pochodzę sobie po sklepach. I tak też było... przeszłam się tam i spowrotem, obejrzałam, co było do obejrzenia, wróciłam do hali odlotów na swoje miejsce z kanapką, wodą i New York Timesem.


Po 30 minutach czytania artykułów, poczułam, że moje oczy są zmęczone po nieprzespanej nocy i powieki stawały się coraz cięższe... Usnęłam na skórzanych siedzeniach w hali odlotów, przykryta kocem z głową (dosłownie) w bagażu podręcznym, chyba spałam tak przez dobre 3 h, gdy nagle obudziła mnie rozmowa kilku kobiet rozmawiających o najgorszym locie, jaki właśnie przeżyły. Jedna z nich powiedziała nawet, że nigdy w życiu jeszcze się tyle nie modliła, inna dodała, że chyba każdy kto dużo podróżuje samolotami przeżył kiedyś tak niespokojny lot. Ciekawi mnie co takiego się stało...

Po chwili usłyszałam, że wzywają nas na pokład samolotu lecącego do Phoenix, AZ... Podczas tego lotu niestety, ale nie siedziałam z mężem. Ten miejsce miał tuż za moimi plecami, a ja idąc alejką do swojego miejsca, zauważyłam, że moimi współpasażerami będą dwaj mężczyźni. Miejsce miałam pomiędzy nimi, więc podeszłam do ich rzędu, uśmiechnęłam się i powiedziałam "Hello! I'm in the middle", na co faceci zareagowali dość entuzjastycznie, a jeden z nich, siedzący przy oknie nawet przyznał, że cieszy się bardzo, że będę z nimi siedziała, bo już bał się, że będzie musiał męczyć się z jakimś 'za szerokim' kolesiem. Lot upłynął mi na spaniu z głową na kolanach podpartą kocem. (Pomyślałam sobie, cholera niby mniejszy samolot, a przynajmniej mogłam w taki sposób spać... lecąc LOTowskim 767 przez ocean próbowałam tak zasnąć, ale niestety pani przede mną postanowiła rozłożyć sobie fotel do granic możliwości uderzając nim w moją głowę i już było po spaniu na kolanach :P)

Kiedy za oknem zaczęły ukazywać się łyse skały, wiedziałam już, że jesteśmy blisko Phoenix. Widoki przy lądowaniu były naprawdę cudowne, a przy blasku zachodzącego słońca wręcz magiczne. Pustynia, kępki trawy, skały, górki i pagórki mniejsze i większe. 

Podczas lotu brakowało mi jednego - jedzenia. Mój żołądek zaczął już przyrastać do krzyża i nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu dostaniemy się do hotelu, odświeżymy się pod prysznicem i pójdziemy na kolację. Ale najpierw musieliśmy dostać się do wypożyczalni aut. 

Wyszliśmy z lotniska. Żeby dotrzeć do car rental musieliśmy przejechać się autobusem. Trwało to jakieś 10 minut. Po drodze mogłam zobaczyć bardzo ciekawe widoki. W większości piach, kamienie, palmy i kaktusy, a poza miastem góry. Pomyślałam sobie wtedy, że oby udało nam się zwiedzić jak najwięcej, bo takie widoki to marzenie dla mojego aparatu.

W końcu mamy samochód. Widać, że nawet mojemu mężowi bardzo się spodobał nowiutki, niebieski Chevy Cruze, a przecież znam go i wiem, że samochody nigdy go tak bardzo nie pociagały jak przeciętnego faceta. 

Jesteśmy w hotelu. Pan w recepcji, który jak się później okazało, miał z nami trochę wspólnego, gdyż także służył kiedyś w armii, poczęstował nas ciepłym ciastkiem owsianym z kawałkami czekolady. Po drodze do naszego pokoju mój mąż powiedział do mnie "I wonder if that guy gave us the cookies cause he liked us or it is expected of him to give cookies to every guest"... Zagadkę rozwiązałam, kiedy przeglądałam ankietę dotyczącą naszego pobytu w hotelu, gdyż pierwsze pytanie brzmiało "Did you receive a warm cookie at your arrival to the hotel? YES/NO" ... mniej więcej tak brzmiało pytanie ;)

Po krótkim prysznicu, zeszliśmy do hotelowej restauracji. W końcu porządne jedzenie - stek (zawsze biorę well done), ziemniaczki w mundurkach i jarzynka :)

Po takiej kolacji miałam już tylko siłę na to, żeby doczłapać się do pokoju hotelowego i spać ;)

T.B.C.





15 comments:

  1. Nie mogę się doczekać tych widoków!;-)) Dobrze budujesz napięcie, cały czas liczyłam na choćby foteczkę a tak muszę czekać do następnego postu!;-)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. nowy post bedzie za chwilke :D chyba jeszcze dzis

      Delete
  2. This comment has been removed by the author.

    ReplyDelete
  3. Zachwycam się Twoim blogiem! :) Od wczoraj przeczytałam cały i z niecierpliwością czekam na kolejne posty. Strasznie Ci zazdroszczę mieszkania w Stanach, moim największym marzeniem jest znaleźć się właśnie tam :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziekuje! Ciesze sie, ze moj blog sie podoba! :D

      Delete
  4. :)Kotek mówi weźmiesz mnie, o do tej torby pasuję.

    ReplyDelete
    Replies
    1. teraz jak gdzies pojedziemy autem, to ją zabiore, bo zauwazylam ze autem nie boi sie jezdzic i nie panikuje.

      Planujemy wyprawe samochodowa w strone Appalachów

      Delete
  5. Mam nadzieję, że kotka ma się dobrze :).
    Ten stek wygląda tak smakowicie... Niestety od paru miesięcy nie jem mięsa i tylko wodzi mnie na pokuszenie :).
    Czekam na więcej arizońskich postów :).

    ReplyDelete
    Replies
    1. ja probowalam nie jesc miesa, to potem mialam problemy zdrowotne, bo brakowalo miesa w mojej diecie. Niestety dieta bezmiesna chyba nie pasuje do mnie :( a szkoda, bo ja za miesem nie przepadam az tak. W USA steki to jedyne co toleruje, ewentualnie kurczak lub indyk, ale musi byc tak mocno doprawiony, zebym nie czula smaku miesa.

      Delete
  6. Zdjęcia, zdjęcia, prosimy o zdjęcia :D

    ReplyDelete
  7. czekam na fotki :) bardzo lubię je oglądać
    fajnego masz kotka :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję :D

      Kolejny post właśnie się pisze.:D

      Delete
  8. ten stek ma iście amerykański rozmiar :-) angielskie są zwykle o polowe mniejsze...

    ReplyDelete
    Replies
    1. mnie to cieszy, bo przynajmniej się najem :D

      Delete