Saturday, August 24, 2013

Jak odbieram naciąganie.

Nie zawsze w sklepach w USA, szczególnie sieciówkowych, zdarza mi się tak, że na siłę próbują mnie na coś naciagnąć. W Victoria's Secret owszem ekspedientki do Was podchodzą ze swoją standardową regułką "Hi! How are you today? Are you looking for anything specific?," ale kiedy powiesz im, że "I'm just looking around," to zwykle odpowiedzą "Let me know if you need something" i odchodzą ;) Podobnie jest w np. Forever 21 czy Pac Sun i nie mam nic przeciwko zwyczajnemu zapytaniu się czy czegoś szukamy. W H&M w ogóle nie spotkałam się z tym, żeby ekspedientka do mnie podchodziła, więc H&M zawsze był przeze mnie najchętniej odwiedzany. Ale wracając do naciągactwa...

W centrach handlowych bywa, że znajdziemy jakby takie wysepki w przejściach z jednego sklepu do drugiego. To mniej więcej taka forma stoiska jaką często spotykamy w Polsce w przypadku np. Inglota, jeśli nie ma on własnego sklepu, to zwykle widzimy takie wolnostojące stoisko. Takie stoisko mają w USA też firmy Deja Vu czy Onsen i przyznam, że obok tych stoisk przebiegam. Tak, nie przechodzę, ale przebiegam. Dlaczego? Otóż dlatego...

Kilka dni temu przechodziłam sobie spokojnie z Victoria's Secret do Forever 21, gdy nagle podchodzi do mnie facet i kładzie na moją rękę mokrą sól (chyba z jakimś olejkiem). Zanim zdążyłam się pokapować o co chodzi, było już za późno. Oczywiście facet mimo, że pochodził z Europy i mówił z mocnym akcentem, to wyćwiczony w gadce tak, że przez pierwsze 5 minut dostałam tyle informacji, że mnie zatkało. Standardowe pytanie - Skąd jesteś? Jak długo tu mieszkasz? Słyszałaś coś o soli morskiej? Co słyszałaś o soli morskiej? Że ma lecznicze właściwości? Bardzo dobrze! 

Facet zaprowadził mnie do stoiska, gdzie włożyłam ręce nad miskę i zaczęłam je tą solą myć, po czym koleś spryskał je wodą i osuszył ręcznikiem. Oczywiście chwalił, że mam taką ładną skórę (ta jasne, każdemu to mówi). Jak osuszyłam ręce, on położył na nie balsam i zapytał "How does it feel?" ... "Very soft." Następnie znów posmarował mi czymś przedramiona, jakimś specyfikiem, który ma złuszczać naskórek i wytarł go wacikiem i znów pytanie "How does it feel?" Ja, mimo, że odczuwałam ogromny dyskomfort związany z faktem, że ktoś mnie na coś próbuje naciągnąć, a przy tym jest też bardzo miły i próbuje sprawić, abym poczuła się źle zostawiając go z niczym, starałam się nawiązać rozmowę i sprawiać wrażenie takiej, która jest ogromnie zainteresowana produktem. Spytałam więc o cenę... kiedy facet wypalił $68 za 200ml pojemniczek z solą nasączoną jakimiś olejkami, to myślałam, że się przewrócę na plecy. Swoje kosmetyki do pielęgnacji ciała nie kupuję za więcej niż $10! Zapytałam więc czy mają sklep internetowy i większy wybór, bo jestem zainteresowana tą solą (oczywiście), ale nie wzięłam ze sobą tyle gotówki. No i zaczęło się... "Jak kupisz tą sól, to ja ci dam to i to i tamto w prezencie i dorzucę jeszcze balsam i kilka próbek i to i to."  No, okazja jak w mordę strzelił, ale nie potrzebowałam tej soli, bo moja kuchenna wymięszana z olejkiem kokosowym działa tak samo i jest o wiele tańsza. ;) Odpowiedziałam więc, że bardzo żałuję, że nie mogę skorzystać z tak atrakcyjnej (jasne) okazji, ponieważ nie wzięłam ze sobą tyle gotówki. Facet poszperał więc w kieszeni, dał mi swoją wizytówkę i poinformował, że następnym razem kiedy będę w centrum handlowym, to mam go szukać ;) (już biegnę) ;)

Powiedzcie mi czy takie zabiegi marketingowe w ogóle mają sens? Co z tego, że koleś raz naciągnąłby mnie na sól morską za $68, skoro następnym razem omijałabym jego stoisko szerokim łukiem, bo dzięki swoim wyuczonym "agresywnym" strategiom wywołał we mnie tylko awersję?

Nie wiem jak w Waszym przypadku, ale jeśli jakiś sklep chce, żebym do niego wróciła, to lepiej, żeby zostawił mnie w spokoju, kiedy w nim jestem ;)

Na mojej czarnej liście w USA jest już od jakiegoś czasu Ashlee Furniture Store (mimo, że meble i akcesoria ładne, to obsługa namolna) i stoiska z wyżej wymienionymi markami.

33 comments:

  1. Zadnego sensu moim zdaniem. Ja tez omijam takie stoiska, bo nienawidze jak mi ktos cos wmusza...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja tez, aż cała sztywnieję ze zlosci ;)

      Delete
  2. Faktycznie nieciekawa sytuacja. Ja także preferuję spokój w sklepach. Bardzo nie lubię być 'molestowana' w Douglasie np., gdzie zdarza się, że podchodzi do mnie ekspedientka po ekspedientce. A człowiek chce tylko w chwili spokoju i nie pod ostrzałem przejrzeć kosmetyki. Nie miałabym nic przeciwko gdyby nie okazywano zainteresowania klientem, bo każdy w razie potrzeby może poprosić o pomoc czy radę:)

    ReplyDelete
  3. hAmerykanie inaczej podchodzą do marketingu "bezpośredniego", przenosi się to do nas ;) Znajoma starała się o posadę w dziale marketingu firmy telekomunikacyjnej, jakież było jej zaskoczenie kiedy w ostatnim etapie rekrutacji kandydaci musieli chodzić od mieszkania do mieszkania z formułkami "Dzień dobry, mogę wejść na herbatę?" "Dzień dobry, jestem w porę na obiad?" i dosłownie wbijać się do domostw ;P Opiekun całego tego cyrku był bardzo zdziwiony dlaczego Polacy zamykają im drzwi przed nosem :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. W USA mi sie nie zdarzylo zeby ktos mi sprzedawal cos przychodzac do mnie do domu, albo dzwoniac na moj numer, za to kiedy bylam w PL dzwonienie bylo srednio raz na tydzien. Raz dzwoni baba z gaciami i nawet nie pytala sie czy je chce tylko zapytala "to na jaki adres to pani wyslac?", ja mowie, ze nie chce tych gaci, a ona "a dlaczego pani nie chce?" no to odpowiedzialam, "a czy ja sie musze tlumaczyc?" i odlozylam sluchawke. Czasami juz na wstepie jak sie przedstawiaja to ja wykorzystuje ten czas zeby kliknac czerwona sluchawke ;)
      Tak czy inaczej dobrze wiedziec, ze takie cos w USA istnieje. Kiedy ktos mi sie spyta czy moze na herbatke to mu zatrzasne drzwi przed nosem ;)

      Delete
  4. To jest akcja nastawiona na złapanie klienta "jednorazowo". Tak jak słusznie zauważyłaś, produkt jest co najmniej nieadekwatny do ceny, czyli "jak kupić kilo cukru za stówę". Jeśli on raz złapie klienta, oskubie go bardzo elegancko z gotówki za produkt, który nie jest wart nawet ułamka ceny. I teraz tak: są osoby, które nie wrócą, bo w domu otrząsną się z tego, popukają w głowę nad brakiem asertywności i na pewno więcej nie kupią. Ale jest też spora grupa ludzi, którzy nawet gdy wyda im się, że zostali naciągnięci, to się w życiu do tego nie przyznają, nawet przed sobą i będą wychwalać pod niebiosa jaki to dobry produkt mają.
    Swego czasu w Polsce była kosmiczna wręcz "szajba" na handel obwoźny. Czego by sprzedający nie mieli, to zawsze kosztowało kilka tysięcy. Hitem był odkurzacz Rainbow za okrągłe 5 klocków. I byli ludzie, którzy to kupowali. Jakieś pół roku temu zostałam "zwabiona" podstępem na domową prezentację czego?...A jakże! Odkurzacza Rainbow! Zła byłam okrutnie na osobę, która mnie w to wrobiła, bo wiedziała dobrze, że ja nie trawię takich prezentacji. Pan próbował wcisnąć jedyny taki, supernowoczesny, samosprzątający odkurzacz, który nawet...leczy ból głowy. Z potokiem słów oczywiście. Skończyło się tym, że wyszedł z płaczem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tylko co sprawia, ze ten handel sie utrzymuje? Badz tez moze szybko upada i pozniej sprzedaja cos innego, nie wiem jak o jest, ale stoiska tych firm widzialam w roznych centrach handlowych i jakos zyja, mimo, ze nikt sie tam obok tego nie kreci, bo chyba tez unikaja namolnych sprzedawcow.
      Mi probowano wcisnac w PL gacie przez telefon ;) skonczylo sie na tym, ze odlozylam sluchawke, bo juz nie mialam sily romzawiac z namolna baba, ktora chcialaby abym sie tlumaczyla dlaczego gaci przez telefon nie chce po tak atrakcyjnej cenie! ;D

      P.S. Masz plusa za nick z kultowej sagi :D

      Delete
    2. Mi się wydaje, że to żyje z powodu cen. Owszem, są strasznie wysokie w porównaniu do realnej ceny towaru. Jednak z drugiej strony cały handel bazuje na prezentacjach w domu, ew. w centrach handlowych - wysepki. Wyspy są najtańsze, ale poza tym, że stoi jeden namolny sprzedawca, który często dostaje jakieś tam grosze (chyba, ze sprzeda coś, to prowizję będzie miał ho ho! - więc się spina;)), to właściciel nie ma żadnych kosztów. Zwłaszcza dotyczy to handlu obwoźnego lub telemarketingu. Nie potrzeba lokalu, wystarczy auto, a nawet tramwajem się pojedzie. A przykładowo, jeśli coś kosztuje u nich 1000zł, a tak naprawdę wartość nie przekracza 100zł, to nawet jeśli się sprzeda jedną sztukę na tydzień, to i tak warto - marża zabójcza:)

      Dzięki:) Też jestem Martinomaniakiem:P A Arya to moja ulubiona postać;)

      Delete
  5. Nie ma sensu taka strategia. Mnie to osobiście dość wkurza, jak ktoś próbuje wymusić na mnie czegoś zakup, a jak próbuje uciec od stoiska to dosłownie chwyta mnie za ręce bym tylko sobie nie poszła.
    Na twoim miejscu pewno wyzwałabym tego gościa, że na mnie takie wyuczone gadki nie działają, i niech nie zawraca mi tyłka bo mam ważniejsze zajęcia niż smarowanie się jego solą po 68$.

    Lubię kosmetyki ale tak jak ty nie lubię przepłacać, i nie lubię naciągactwa.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mnie tez takie cos wkurza, bo to strata czasu. W dodatku ten koles zlapal mnie wtedy, kiedy sie spieszylam, wiec tym bardziej bylam zla, ale zalatwilam wszystko kulturalnie mimo gotującej się we mnie wody. ;)

      Delete
  6. A ja zawsze w takich sytuacjach, gdy ktos mnie tak lapie do naciagania mowie: "I don't speak English" i odrazu daja mi spokoj :). Dla mnie to jest najleszy sposb na takich naciagaczy. Swoja droga nienawidze sklepow z taka namolna obsluga. W Ashley Furniture bylam raz i juz nigdy tam nie wroce. Mialam dosc ich obslugi zaraz po wejsciu do tego sklepu.

    Pozdrawiam

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dobry patent z tym I don't speak English :D haha, wykorzystam :D
      W Ashlee Furniture obsluga mnie na maxa wykonczyla. Zamiast spokojnie sie rozejrzec, to cokolwiek dotknelam zaraz pojawiala sie obsluga jakby spod ziemi i mowila "Oh, you have such a great taste" "This is beautiful, isn't it?" ;) (I AM DONE WITH YOU! ;)) heh ;)

      Delete
  7. Też najchętniej chodzę do sklepów, gdzie nikt nade mną nie gada ;p

    ReplyDelete
    Replies
    1. mam to samo :D Im mniej uwagi ze strony obslugi tym lepiej dla mnie. Wole zeby byli tylko wtedy kiedy czegos potrzebuje :D

      Delete
  8. Nie wszyscy lubią chodzić na zakupy, ale również nie wszyscy są do tego stworzeni ;) Wydaje mi się, że namolność sprzedawców jest uzasadniona z punktu widzenia zarobku/utrzymania rodziny itd. ale klientów można pozyskiwać w różny sposób i nie musi być on taki jak w poście. Są przecież inne metody takie jak kultura, zachęta poprzez wolny wybór i tak dalej i dalej. Osobiście lubię gdy obsługa zwróci uwagę na klienta przy wchodzeniu, ale nie powinna w żaden sposób się narzucać. Jeśli ktoś powie, że się tylko rozgląda to właśnie TYLKO się rozgląda i nie ma zamiaru tracić czasu na historię typu "jak dobrze pani/panu w tym kolorze" ;-)
    Pozdrawiam serdecznie Paweł Zieliński

    http://twojwybortwojaprzyszlosc.blogspot.com/

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mnie też nie inetersuje co SPRZEDAWCA mysli o tym kolorze bluzki. Cocbym wyglądała jak kupa w trawie to i tak powiedzą, że pięknie. Pochwalą Twoją skórę, włosy, wymyslą nowe potrzeby bylebys cos kupil. Takim sprzedawcom mowie NIE i juz do nich nigdy nie wracam :)

      Pozdrawiam serdecznie :D

      Delete
  9. W podobnych sytuacjach staram się nie denerwować na "naciągacza". Przypominam sobie, że to jego praca i pewnie nie robi tak z własnej inicjatywy a raczej dlatego, że tak został poinstuowany przez właściciela firmy. Nie mogę mieć żalu do osoby, że próbuje uczciwie zarobić na życie. Jeżeli to, co robi sprzedawca nie jest wątpliwe moralnie (jak tzw. prezentacje dla staruszków), myślę o tym, że może ta osoba nie miała szansy czy możliwości, by mieć lepszą pracę.

    Strategia naciągania też na mnie nie działa, więc ograniczam się do stanoczego "I'm not interested, thank you" i miny mówiącej "możesz próbować, ale zmarnujesz tylko czas". Działa :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wiesz, ja też staram się załatwić sprawę kulturalnie pomimo, że jestem cała wku... na maxa ;) Jestem nawet gotowa pokazać sprzedawcy swoje pustki w portfelu - tak, w portfelu, bo karty platnicze/kredytowe mam schowane gdzie indziej :D i zwykle mowie, ze "zapomnialam karty, a nie mam juz gotowki" ;)
      Niby probuja uczciwie zarobic poprzez narzucone im z gory reguly, ale tez uwazam ze metody, ktorymi posluguje sie firma jest nie fair wobec klienta. Ja bym nie mogla tak pracowac...

      Delete
  10. Mnie też ostatnio w galerii zaatakowała pani z solą morską za 200zł hahahaha I oczywiście straciłam 20 minut, bo głupio było tak po prostu odejść :/ Trochę bez sensu, bo zamiast dobrze kojarzyć markę, to na samą jej nazwę przypomina się natarczywa hostessa..

    ReplyDelete
    Replies
    1. No wlasnie, glupio tak po prostu odejsc, dlatego ja zwykle reaguje na usmieszki i zachęty i tam samo z usmiechem sie wykrecam z interesu ;)

      Delete
  11. O rany, niestety to dość częste przypadki i unikam ich jak ognia, a ja już mnie złapią, mówię nie dziękuję i wieje ;) Czasem mnie złapią np przez telefon, jak mam humor to pozwalam im się wygadać ;) a jak nie ciach czerwona słuchawka ;)
    mam alergię na takich sprzedawców

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja czasem prowadze z nimi konwersacje przez telefon ;) ale nigdy nic nie kupuje ;)

      Delete
  12. Popieram w 100 proc. to co napisałaś. Sama czegoś takiego nie lubię ;/
    obserwujemy?

    ReplyDelete
  13. Jestem uczulona na namolnych pomagaczy...

    ReplyDelete
  14. This comment has been removed by a blog administrator.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Skasowalamtwojkomentarziniewiemjakgoprzywrocic

      Delete
    2. Ok. pisze z innego komputera teraz, bo moj zdechl...:( RIP... przepraszam za skasowanie tego komentarza, zrobilam to przez pomylke ale na szczescie zdazylam przeczytac :) Dziekuje za aktywnosc wkomentarzach na moim blogu i pozdrawiam serdecznie. obecnie oczekuje na nowego laptopa wiec kolejna notka pojawi sie na koniec tygodnia najwczesniej ...

      Delete
    3. Nic się nie stało, mnie czasem też się zdarzyło coś skasować ;)

      Delete
  15. Jeszczemispacjazdechlanqkompie:(

    ReplyDelete
  16. Pamietam jak bylam na Hawajach i przechodzilam kolo stoisk. Kobieta podeszla do mnie i pyta sie jaka ladna mam torebke i gdzie ja kupilam. Zorientowalam sie dosyc szybko, ze ona chce mi sprzedac swoje produkty, bo miala stoisko pare metrow obok. Bardzo mnie to zdenerwowalo i od razu poszlam w swoja strone.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jeszcze z takim sposobem zwabienia klienta sie nie spotkalam, ale zapamietam ze taki istnieje ;) dzieki!

      Delete