Sunday, April 8, 2012

29. marca 2012 - Maryland

Do czegoś się Wam nie przyznałam! Do tego, że od 29. marca znów jestem w USA. Tym razem "na stałe" - wstawiłam w cudzysłów, dlatego, że w związku z profesją mojego męża co 3 albo 4 lata zmieniamy lokalizację. 

Jak minęła mi podróż? Otóż podróż minęła trzema samolotami następujących linii lotniczych:

Poznań - Warszawa - LOT
Warszawa - Nowy Jork - LOT
Nowy Jork - Baltimore - American Eagle

Porównując mój poprzedni lot do USA (Boston) samolotem linii lotniczych Lufthansa, muszę powiedzieć, że towarzystwo na pokładzie Boeinga 767 - LOT było bardziej rozrywkowe niż w Lufthansie - pasażerowie spacerowali po pokładzie i ucinali sobie pogawędki z innymi pasażerami, niekiedy stojąc w alejkach, czy w kolejce do toalety.
Podobała mi się też załoga - bardzo pozytywnie nastawiona do pasażera, uśmiechnięta, dowcipna (szczególnie panowie) :)
Jeśli chodzi o jedzenie w samolocie - całkiem niezłe, ale wiecie co? Nigdy w domu nie jadam pasztetu. Wręcz go nie znoszę. A w samolocie, kiedy już żołądek zaczął mi przyrastać do krzyża zjadłam dwie kromki chleba tostowego grubo wysmarowanego pasztetem i dżemem. Jednak jak człowiek jest głodny to nawet pasztet smakuje :)

Co do przesiadek... Znaleźć odpowiedni terminal w Warszawie to była bułka z masłem... 

A w Nowym Jorku? OMG WHERE AM I? Ale zacznijmy od lądowania, które zaczęło się dość zabawnie :) Kiedy samolot kołował już po pasie, stewardessa poinformowała wszystkich, że oto właśnie wylądowaliśmy na lotnisku Fryderyka Chopina w Warszawie - zebrała za to gromkie brawa, po czym szybko się poprawiła, że to nie Warszawa, lecz lotnisko J.K. Kennedy'ego w Nowym Jorku. Chwilę później stewardessa informuje, że wyczytane nazwiska (osoby, które w tym samym dniu lecą gdzieś dalej) mają zgłosić się do załogi na początku samolotu - pierwszy raz wyczytali nazwiska po polsku, byłam zdziwiona, że moje się tam nie pojawiło, bo przecież za dwie godziny mam samolot do Baltimore... drugie odczytywanie nazwisk odbyło się już w języku angielskim i moje, jak  słychać, obcobrzmiące nazwisko usłyszałam dopiero wtedy. Dostałam tam czerwoną karteczkę dzięki której moja odprawa paszportowa odbyła się bez czekania w dłuuuuugiej kolejce. Przy odprawie zapytałam się urzędniczki, gdzie mam iść pokazując jej przy tym swój plan podróży... Powiedziała, że jestem na terminalu 4, tu muszę odebrać swój bagaż główny i iść do terminalu 8... No to odbieram swoją wielką, ważącą 24 kilogramy walizkę (około 5 kg miałam już w ręku w bagażu podręcznym)  i szukam terminalu 8 cały czas podążając za znakami "Connecting flights"... doszłam w końcu do miejsca, z którego trzeba było jechać dalej kolejką/tramwajem (nazywajcie to jak chcecie), ale gdzie tu jechać? W tłumie ludzi dostrzegam czarnoskórego pana, który odpowiadał na pytania lotniskowych zagubionych, idę więc w jego stronę i pytam jak się dostać do terminalu 8, w odpowiedzi słyszę "Either train, three stops," no więc wsiadam w pierwszą kolejkę, jadę trzy stacje, wysiadam i jestem na terminalu 8. No to teraz trzeba nadać bagaż i tutaj znowu schody... Jak zwykle idę do informacji zapytać. Jestem już skrajnie wykończona ciągnięciem ciężkiej walizki i noszeniem bagażu podręcznego, ledwo dochodzę do samoobsługowego biletomatu. Tam otrzymałam kolejną pomoc od miłego Pana, który wykonał całą operację za mnie, co bardzo mnie cieszy, bo przez brak snu w samolocie ledwo widziałam na oczy. Bagaż nadany - idę dalej... Znów muszę zapytać gdzie, co i jak, bo mam problemy z odnalezieniem swojego Gate... okazało się, że dotrę na miejsce po przejściu trzech długich korytarzy i będę musiała skorzystać z dwóch wind, a to wszystko dzięki temu, że miły Pan pchający jakiś ciężki wózek (pracował na tym lotnisku) towarzyszył mi gdy pokonywałam tę drogę przez mękę ;) Pan zauważył, że już ciężko oddycham, więc zagadnął mnie, jak to Amerykanin: "You're tired..."
Ja: "Yes, I am tired and sweaty and I dream of a shower"
Pan: "But, you're cute anyway"
No cóż, ci to umieją czarować ;) ale muszę przyznać, że poprawiło mi to humor. 
Później znów spotkałam owego Pana we windzie i znów gadka z jego strony:
"You're not gonna get rid of me that easily"
Ja: "Are you a stalker?"
Pan: "No, that's embarrassing. I would like a woman to stalk me! Are you a stalker?"
Ja: "No, that's embarrassing" ;)

No i dotarłam. Czekam na mój ostatni samolot. Pomimo mojego strachu przed lataniem, tym razem jestem tak wykończona, że nawet nie mam siły się bać. 

Dotarłam na lotnisko w Baltimore, czekam na odbiór bagażu, a wtedy mój mąż pojawia się za moimi plecami i wręcza mi bukiet czerwonych róż :) Czy może być coś lepszego na powitanie? :)

W końcu wsiadamy do samochodu i pędzimy do domu. Jestem tak wyżęta, że po prysznicu zasypiam zanim zdążyłam policzyć do dziesięciu baranów.


A to zdjęcie ptaka, którego zobaczyłam na drugi dzień rano koło domu :)

19 comments:

  1. jeju, takie zmienianie miejsca zamieszkania co 3/4 lata nie jest męczące mimo wszystko?.. ze mnie się zrobił taki domowy kocur, chyba bym nie dała tak rady:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. amerykanie maja to do siebie ze nie przywiązuja sie zbytnio do miejsc...
      paulina chce byc jak prawdziwa amerykanka

      Delete
  2. A mi to nawet odpowiada, przynajmniej się nie znudzisz.:) Ale podróżujecie po całym świecie czy tylko Stany-Europa? Fajny opis, odczarowałaś trochę lotniska, bo latać to się nie boję aż tak bardzo, raczej przeraża mnie wielkość i mnogość spraw na lotniskach.;p

    ReplyDelete
  3. rany, ale zazdroszcze!! też chciałbym na stałe, no ale dobre i 5 tygodni ( w moim przypadku ) swoją drogą ja też byłam w stanie Maryland, ale nie bezpośrednio w Baltimore tylko w Abingdon :)
    pozdrawiam i życze powodzenia w nowym miejscu!

    ReplyDelete
  4. Super, że już jesteś "na stałe". Ale będziecie zmieniać miejsce zamieszkania tylko w granicach USA czy całego świata? To musi być ekscytujące!

    A takie ptaki są też w Chicago, choć cały czas nie mam pojęcia jak się nazywają :D

    ReplyDelete
  5. Moniko: Jak na razie się nie zmęczyłam... męczyłam się tylko w jednym kraju ze względu na to, że nie znałam języka - przez rok mieszkałam w Niemczech.

    B.: Nie, nie tylko USA, Europa... może też być Azja. Mogą nas wysłać gdziekolwiek mają bazę wojskową.

    thePhantom: ja tak na prawdę nie jestem w samym Baltimore, a w takiej małej miejscowości położonej jakieś 20 minut drogi od Baltimore :)

    Paulina: W granicach całego świata ;) Gdziekolwiek jest baza wojskowa Amerykanów.
    Jeśli chodzi o te ptaki, to wierząc mojemu mężowi, są to "red robins" :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. I zagadka rozwiązana! może zgłoszę się do Twojego męża z jeszcze kilkoma stworzeniami, które nie mam pojęcia jak się nazywają :D

      Delete
  6. Kurczę, jak się czyta takie historie to strach latać ;) Zwłaszcza jak języka nie zna się za dobrze. A wszyscy uspokajają, że spokojnie - poradzisz sobie na lotnisku, tylko nie dodają, że te lotniska są wielkości kilkunastu centrów handlowych ;)

    ReplyDelete
  7. Kobieto majsterkująca: ;) Wcale nie trzeba tak dobrze znać język, aby móc się porozumieć na lotniskach. Owszem, angielski jest niesamowicie przydatny i warto w niego inwestować, natomiast komunikatywna znajomość języka wystarczy - typu: "dogadam się jakoś" ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. W tym wątku dodam, że Twoje dialogi angielskie są bardzo przydatne, można nauczyć się nowych słów;) Ja póki co naprawiam 'błędy młodości', kiedyś buntowałam się i wymigiwałam od chodzenia na zajęcia angielskiego poza sferą stricte szkolną. Obecnie, już po studiach, nadrabiam zaległości, bo wyznaję zasadę: lepiej późno, niż wcale;) Tak czy owak 'stalkera' nie kojarzyłam;) A język anieglski jest przydatny nawet na co dzień.

      Delete
    2. No ja chyba właśnie naprawiłam ten swój błąd młodości, teraz naprawiam inne np. historia ;)

      Delete
  8. super blog. będę zaglądać licze na częstsze relacje. :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję! Zaglądaj a ja obiecuję sporo notek :)

      Delete
  9. to sie pani stewardesa udała z tym ogłoszeniem...niektoorzy pewnie pomysleli ze sa znowu w PL...hhehe

    ReplyDelete
    Replies
    1. Było zabawnie :D Jak ktoś się w takim momencie obudził, to pewnie doznał szoku :D

      Delete
  10. oj nie zgodze sie co do opisu tego ptaszka. Red Robin wyglada zupelnie inaczej - to jest American Robin (po naszemu Drozd Wedrowny). Podobno jest on zwiastunem wiosny w polnocnych obszarach Ameryki Polnocnej

    ReplyDelete
  11. Fajna sprawa tak zmieniac miejsce co kilka lat.

    ReplyDelete
  12. Hahah spodobała mi się ta opowieść o stewardessie :) Z jednej strony fajnie jest zmieniać miejsca zamieszkania i przy okazji zwiedzać różne nowe kraje ale z drugiej ja nie lubię przeprowadzek - chociaż chyba mogłabym zacisną zęby ;)

    ReplyDelete