Saturday, August 4, 2012

Before you start studying in the USA - sprzeczne informacje i jak zaoszczędziłam czasu i pieniędzy ;) - studia, część 1

O studiach w USA myślę już odkąd skończyłam naukę w Polsce, a skończyło się na licencjacie. Mój mąż pomógł mi wybrać uniwersytet, który ma swój "oddział" w niemalże każdej bazie wojskowej, a nawet jeśli nie ma to można studiować online. Jest to spore udogodnienie, dlatego, że nie muszę przerywać studiów nawet jeśli za 3 lata przeniosą mnie do innego stanu w USA albo do Włoch, Niemiec czy Korei. Narazie nie chciałabym zapeszać i mówić tutaj o kierunkach, które chodzą mi po głowie oraz o konkretnej uczelni, którą wybrałam, ponieważ nic nie jest jeszcze dopięte na ostatni guzik. Ale już mogę powiedzieć Wam o kilku interesujących sprawach związanych z ... kasą.

Ponieważ miałam kilka pytań odnośnie mojego "przypadku", napisałam e-maila do uczelni, którą jestem zainteresowana. Żeby obcokrajowiec mógł aplikować na owy uniwersytet, musi zdać jeden z egzaminów potwierdzających jego znajomość języka angielskiego (np. TOEFL, TOEFLiBT, IELTS). Ja po cichu liczyłam, że kiedy prześlę do uczelni skany swoich dokumentów ze szkoły, którą kończyłam w Polsce (a jak już tutaj wspominałam kończyłam filologię angielską - tylko licencjat) to zwolnią mnie z egzaminu TOEFLiBT, który planowałam zdawać. Niestety doradca wyczytał z mojego listu, że jestem foreigner więc odpisał, że muszę zdać któryś z egzaminów potwierdzających znajomość angielskiego (koszt TOEFLiBT to conajmniej $160). Ponadto dowiedziałam się też, że jeśli chcę, żeby mój dyplom z Polski został przez nich zaakceptowany, musze go ewaluować w jedej z agencji, która się tym zajmuje, a wyniki ewaluacji przesłać od razu z agencji do uczelni... no dobra, ale jeśli każę te dokumenty przesłać prosto na uni, to kiedy je odzyskam?, w końcu agencja chce oryginałów! Kolejną informacją, którą uraczyła mnie pani doradca (czy tam doradczyni), to to, że ponieważ będę studentem z Północnej Karoliny, a nie Maryland, gdzie znajduje się główna "siedziba" uczelni, czy jak to nazwać (bo wkrótce się przeprowadzam jak już wspominałam), to będę musiała płacić $499 za każdy kredyt plus $15 technology fee za każdy kredyt. Przyznam, że tutaj oczy wyszły mi na wierzch przy tej cenie, bo liczyłam, że nie zapłacę więcej niż $350, no, ale ok, mogę ubiegać się o financial aid z racji przynależności do Armii, więc nie będzie tragedii. Dodatkowo będzie mnie czekała opłata $50 za samo zapisanie się na studia. Uff... to by było na tyle, jeśli chodzi o e-mail zwrotny od pani advisor z uczelni.

Pomyślałam wtedy, że mam już właściwie wszystkie potrzebne informacje, które przekazałam także swojemu mężowi, ale on stwierdził, że dostałabym bardziej szczegółowe informacje, kiedy poszłabym do doradcy z tego uniwerku na terenie bazy wojskowej. Wybrałam się więc do doradcy osobiście (innego niż ten, który odpisywał na moje e-maile) w piątek. Na miejscu rozmawiałam z bardzo miłymi panami, którzy udzielali mi bardzo szczegółowych informacji, że nawet nie wiedziałam o co dalej pytać :D Po rozmowie dowiedziałam się, że wcale nie muszę zdawać żadnego egzaminu na potwierdzenie znajomości języka, ponieważ miałam w dokumentach z polskiej uczelni napisane, że wykłady były prowadzone po angielsku. Ponadto dowiedziałam się, że jeśli przyjdę zarejestrować się jako student w przyszłym tygodniu we wtorek, to nie będę musiała płacić $50. Panowie powiedzieli mi również, że dokumenty z Polskiej szkoły po ewaluacji mają być wysyłane do mnie, a nie do nich, później mam je tylko zeskanować i przesłać e-mailem, albo przefaxować. Dostałam też dwa opasłe informatory o szkole i szczegółowych info o przedmiotach, a także tzw. majors, minors itp. Panowie podarowali mi nawet ładny długopis z zakreślaczem z nazwą i logo uniwersytetu ;) Z informatorów dowiedziałam się też, że dla military students (czyli dla żołnierzy i ich rodzin) koszt, czyli tuition per credit to nie $499, a $250!!! Ponadto military students nie płacą też $15 technology fee.

Warto było pójść do doradcy osobiście? Warto! :D Wam też tak radzę! ;)


19 comments:

  1. Dobra notka, w sam raz dla mnie :) Ja co prawda licencjat mam i tu chciałam zacząć doktorat, ale stwierdziłam, ze w Polsce i tak perspektyw nie ma więc wolę poczekać z doktoratem do wyjazdu. Egzamin pewnie zdać będę musiała, chociaż mam nadzieję, że przy przyjęciu troszkę pomoże też praca w Stanach w zawodzie :) No i może jakaś zniżka rodzinna, wiele lat temu podobno było coś takiego jeśli jedno z małżonków wykładało na danej uczelni (ale oczywiście dane stare :)). Na razie zaś w domu czytam specjalistyczne książki w języku angielskim i wydałam pierwszy artykuł, w planach mam też książkę (ale do tego muszę jeszcze trochę popracować) - słowem, robię wszystko co może mi pomóc za oceanem robić to, co kocham :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. a w jakiej dziedzinie siedzisz? :)

      Delete
    2. Ja po prostu kocham neuro i do dziś wspominam momenty gdy trzymałąm w rękach mózg jako najlepsze w swoim studenckim życiu ;) A niestety tu praca jest ale nie ma pieniędzy na zatrudnienia więc od momentu ukończenia studiów pracuję wolontaryjnie :(

      Delete
  2. Fajnie ze poszlas do doradcy.Tutaj kazda sytuacja jest inna wiec lepiej sie dokladnie podowiadywac.Zazdroszcze tych znizek,super masz:)Powodzenia w dalszej nauce:)Studia online tu to super sprawa.Pozdrawiam:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dokladnie, kazdy przypadek rozpatruja inaczej. Wiesz, gdybym nie miała tych zniżek i 'financial aid' od Armii to prawdopodobnie nie decydowałabym się na dalszą naukę przed odłożeniem kasy. Najpierw poszłabym do pracy... Nawet teraz jak już zacznę te studia to poszukam choćby jakiejś part time job, zeby miec na ksiazki.

      Delete
    2. Rozumiem z tymi kosztami.Ja czekalam dlugie lata zeby bylo mnie stac na szkole tutaj.Co do cen ksiazek to wlasnie sie dowiedzialam ze musze zaplacic $500 za 5 ksiazek..masakra.Czekam na kolejne posty dotyczace studiow:)

      Delete
    3. Ksiazki sa strasznie drogie :( dlatego ja na bank bede jakiegos zajecia szukac, zeby do nich dolozyc.

      Jak tylko wszystko pojdzie dobrze i agencja ewaluujaca moj dyplom nie zgubi moich dokumentow, to na pewno cos o studiowaniu sie pojawi ;)

      Delete
  3. Apropo wysylania dokumentow na studia do przetlumaczenia, moje oryginaly sie nigdy nie odnalazly :(

    ReplyDelete
    Replies
    1. kci, bardzo mi przykro :( Do jakiej agencji wysyłałaś? Będę jej unikała

      Delete
  4. O, super. Ja sie wlasnie zastanawiam nad jakas szkola. Moze niekoniecznie od razu uniwerek, ale przynajmniej kurs jakis. Bede musiala czegos poszukac i zglebic temat, ale obawiam sie, ze u mnie moze sie skonczyc po prostu na student loan :/

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tez myslalam o kursach, albo jakiejs szkole, bo marzyla mi sie praca jako masazystka haha :D no, ale zobaczymy co bedzie jesli uda mi sie odlozyc troche kasy.

      Delete
    2. Dla mnie to dobra wymowka, zeby sie przeprowadzic ;)
      Musze sie doksztalcic, brakuje mi tego okrutnie.

      Delete
    3. Mi tez. Od roku ksztalce sie jedynie w angielskich slowkach i filmikach kosmetycznych i makijazowych na youtubie.

      Delete
  5. Potwierdzam.Ja jak poszlam do szkoly to poczulam ze zyje.Przed mialam juz cos na ksztalt depresji..

    ReplyDelete
    Replies
    1. O, to, to. Ja w dodatku siedze w domu z dzieckiem i durnieje. Bardzo mi brakuje bycia miedzy ludzmi. Wydaje mi sie, ze szkola by mi troche mozg rozruszala.

      Delete
    2. Rozumiem.Musisz sie jak najszybciej wyrwac chocby na godzine dziennie.Mam nadzieje ze sie uda-moze jakies kursy wieczorowe?Sprawdzilabym tez ogloszenia w lokalnej gazecie/bibliotece-czasami organizuja darmowe kursy.

      Delete
    3. Wyprowadzic sie na mniejsze zadupie musimy :)
      Tu jest katastrofa jesli chodzi o dostawanie sie gdziekolwiek, niestety.

      Delete