Thursday, August 30, 2012

Dentysta po raz ostatni...

Tym razem mogłam się w końcu wyspać przed wizytą u dentysty, a nie, tak jak poprzednio, iść pół przytomna na 8:00. Choć może to i lepiej, że byłam pół świadoma? No mniejsza o to. Byłam umówiona na 15:00. Niestety tym razem musiałam udać się do innej kliniki, a ta była oddalona od mojego domu o ponad 2 mile, przy czym prowadziła do niej droga, przy której tradycyjnie nie było chodnika, bo Amerykanie to naród na kółkach, a szkoda, bo mogłabym sobie zrobić spacerek. Zadzwoniłam więc po taksówkę, a tu można było się wkurzyć... Dzwonię do jednej firmy - nie ma żadnej taksówki, która przyjechałaby po mnie o 2:00 PM, a tak sobie życzyłam. Dzwonię do drugiej i słyszę odpowiedź "We are not serving your area", tak? a przecież w internecie macie jak byk wypisaną moją miejscowość. No cóż... dzwonię do trzeciej firmy... "Będziemy za 10 - 20 minut" ... za chwilę dzwoni do mnie taksówkarz i pyta jeszcze raz pod jaki adres ma przyjechać, podałam adres, powiedział "I'll be there in 2 minutes"... Skoro miał pojawić się w dwie minuty, to wyszłam już z domu wyszykowana, zamknęłam drzwi, nawet nic nie zdążyłam przegryźć, bo przecież myłam zęby i nie chciałam, żeby dentysta przegrzebywał się przez resztki jedzenia, więc wyszłam przed dom i czekam... i czekam... i czekam... minęło 10 minut! Potem kolejne 10! i kiedy już miałam dzwonić do niego i pytać gdzie jest, zobaczyłam, że na horyzoncie wyłania się jakiś stary grat, a u mnie rzadko jakiś samochód przejeżdża (średnio z 10 na godzinę ;) ) i ten stary grat okazał się być moją taksówką. No dobra, spóźniłeś się koleś, ale zdążymy, więc zostaje ci to darowane ;) Po drodze GPS wyprowadził szanownego taksówkarza w polę, trochę pobłądził, ale w końcu znaleźliśmy się na właściwej trasie. Kiedy dotarliśmy na miejsce dostał ode mnie mały napiwek za to, że musiał się biedak stresować, że nie wiedział gdzie jest. 
Jestem na miejscu, wchodzę do budynku i szukam suite no. 204. Zaglądam do środka, do recepcji, i jak to zwykle bywa, wypełniam ankietę dotyczącą mojego zdrowia. Były to pytania typu "czy masz alergię na to czy na to", "czy cierpisz na jakieś choroby związane z sercem np. angina", "czy miałeś jakieś choroby weneryczne np. viral hepatitis" itp. 
Później poszłam poczekalni by usiąść i oczekiwać na swoją kolej... i już za chwilę byłam wołana na fotel przez asystentkę. 
Ta wizyta również wyglądała inaczej... Choć wiele czynności się powtórzyło, to jednak były też inne elementy zawarte w całym rytuale. Pokazałam asystentce swoje piękne zdjęcie rtg zainfekowanego zęba, po czym ze szczegółami opowiedziałam jego historię, jak to był leczony nie tak dawno w Polsce i pewnego dnia pękł, więc pomyślałam, że dzieje się coś złego, dlatego poszłam do dentysty, a dentysta skierowała mnie tu itd. 
Następnie przemiła dentist assistant poinformowała mnie, że pracuje z nimi pewien dentystka polskiego pochodzenia, ale niestety go tutaj dziś nie ma, bo jest na wakacjach. Zrobiła też kilka zdjęć rtg tego samego zęba i zawołała głównego dentystę, który miał się mną dzisiaj zająć. Dentysta okazał się panem z niezłym poczuciem humoru, wymieniliśmy się żartami, po czym z ogromnym entuzjazmem i podekscytowaniem patrzył na rentgen mojego nieszczęsnego zęba, jakby miał zaraz zabrać się do przekopywania dna rzeki w poszukiwaniu złota. Nawet asystentka zapytała mnie wtedy "Are you as excited as he is?"... powiedziałam, że "Yeah, that's gonna be interesting. I will be happier when I leave, though" haha. Asystentka jak i dentysta wybuchnęli śmiechem, po czym powiedzieli "We are not taking it personally, no worries"... Kiedy w klinice dentystycznej spotyka się takich ludzi, to aż chce się do nich wracać. Niestety mi już nie będzie dane chodzić tam nawet na wizyty kontrolne :( ... 

Po co tam właściwie przyszłam? Przyszłam na leczenie kanałowe... cała impreza trwała prawie 2 godziny... na szczęście podczas tych dwóch godzin miałam specjalną "poduszkę" z jednej strony szczęki pomiędzy górnymi i dolnymi zębami, po to bym nie męczyła się i własnymi siłami nie próbowała trzymać otwartej buzi przez tak długi czas. Na oczy założyli mi też okulary przeciwsłoneczne, żeby lampa nie raziła mnie w oczy. No i zaczęło się... Dentysta jak zwykle powiedział, że jeśli coś zaboli, to mam dać znać podnosząc rękę, wtedy zrobimy przerwę lub damy więcej znieczulenia w to miejsce. Szczerze? Przez cały zabieg nic mnie nie bolało, zaczęłam coś czuć przy końcówce, ale nie było to nic, co można było nazwać bólem. Po wszystkim, dentysta wyprostował mój fotel do pozycji siedzącej i znów zrobił zdjęcia rtg mojego zęba nad którym pracował, po czym wyjaśnił mi ze szczegółami co robił, dlaczego, gdzie i co ja mam zrobić w razie gdyby zaczęło mnie strasznie boleć i gdyby pojawiła się opuchlizna. Kiedy już zadałam wszystkie pytania jakie przyszły mi na myśl, doktorek się pożegnał, a asystentka poszła ze mną do recepcji, gdzie dostałam spis leków przeciwbólowych w razie gdybym czuła ból przez kolejne kilka dni co jest normą, no i przyszedł czas na płacenie...

Jesteście ciekawi ile?

...

$ 1296.00 

Ale, że ubezpieczenie pokrywa część kosztów, zapłaciłam $ 378... uff (wystarczyłoby na round trip samolotem do NY :( )

21 comments:

  1. O mamo ale kwota........... Czyli ja jednak nadal zostaje zwolenniczka systemu dentystycznego na wyspach Bergamua.... współczuje wydatku

    ReplyDelete
    Replies
    1. no kwota kosmiczna niestety ... i tak dobrze ze nie musialam zaplacic kwoty poczatkowej...

      Delete
    2. To prawda ale jak porównam z tym, że ja na Wyspach Bergamuta za leczenie kanałowe z plombą znieczuleniem i innymi bajerami do NHS-u dopłacam 48 funtów to Twoja kwota mnie zabija :) współczuję raz jeszcze i oby za szybko nie trzeba było powtarzać wizyty

      Delete
    3. Dzisiaj rano do mnie dzwonili i pytali czy się dobrze czuję hehe ;) Nie boli mnie nic po tym kanałowym nawet na tyle, żebym musiała brać jakieś leki przeciwbólowe, więc jest gitez majonez ;)

      Delete
  2. Ta kwota to z innego wymiaru jest.. oO Wydaje mi się, że dentystom tam wydaje się, że na innej planecie żyją ;P

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja bym powiedziała, że nie tylko dentystom, ale całej służbie zdrowia, szkolnictwie wyższym i mechanikom samochodowym...

      Delete
    2. A tak właściwie... takie pytanie można by Tuskowi zadać. Dobre!

      Delete
  3. Albo w jedną stronę do Polski Lotem ;)
    Ja leczenie kanałowe też wspominam przyjemnie, robiłam prywatnie w Polsce (2 razy). Ale poduszki nie miałam i buzię trzymałam otwartą ;) Ale nie narzekam - w momencie, w którym przestałam czuć ból poczułam się jak w niebie :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. W jedną stronę do Polski lotem to chyba koło $800

      Delete
    2. W środę sprawdzałam i żałowałam, że nie mam wizy jeszcze, ani daty interview - lot w listopadzie (i powrót w styczniu, bo taniej wychodzi w dwie strony) kosztował 1000 z groszami W-wa - Chicago i powrót za 900zł (plus jakieś grosze, łącznie nie wychodziły 2000).
      Cóż, jak tylko będę miała datę interview (jeszcze tylko czekam na informację, że mogę ostatnie formularze wysyłać) to zabieram się za kupowanie biletu :) Mam tylko nadzieję, że z Fluffy (nasz maltańczyk) nie będzie problemu ;)

      Delete
    3. Daj znać jak pójdzie z Fluffim :) Ja ogolnie bede chciala zabierac kota do Europy, kiedy odwiedzac bede rodzicow. Musze ogarnac jak to z nim bedzie... co prawda jeszcze nie mam kota, ale juz o tym mysle, bo ja sie bez kota zarycze w Polsce na smierc (nawet jak przylece tylko na 2 tyg)

      Delete
    4. Ja byłam w Kanadzie bez psa (7 dni) i w UK (11 dni) i to stanowczo za duzo. FLuffy była z moją mamą (która oszalała na jej punkcie i nazywa ją wnusią ;) ) ale baaardzo za nią tęskniłam, a lot przeżyłam pewnie jeszcze gorzej niż byłoby to z nią (w końcu musiałabym się "trzymać" bo zwierzęta wyczuwają bardzo dokładnie nasze emocje).
      Na razie kupiliśmy jej torbę do samolotu (amazon wysłał do siostry męża a ona do nas), o taką: http://www.amazon.com/Kobi-Pet-Carrier-Approved-Charcoal/dp/B0052ADL3Q/ref=sr_1_1?ie=UTF8&qid=1346496158&sr=8-1&keywords=kobi
      Podobno zaleca się też posiadanie ubranka dla zwierzaka z powodu niskiej temperatury w kabinie (mój maltańczyk i tak z racji rasy jest skazany na noszenie ubranek więc akurat my mamy całą szafę łącznie ze skarpetkami i butami na zimę ;) ).

      Delete
  4. Nie masz w USA prawa jazdy???

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wspominałam już coś na ten temat wielokrotnie na blogu. Nie mam na razie drugiego samochodu.

      Delete
  5. Miałam podobne przeżycia, co prawda udałam się do szpitala, ale za pół godziny konsultacji + zdjęcie rentgenowskie i gumowy but ortopedyczny wystawiono mi rachunek na ponad $1500. Na szczęście wszystko zapłacił mój pracodawca, ufff ;-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mam nadzieję, że do szpitala nie będę musiała iść... :(

      Delete
  6. i like i LIKE like very much this note....super szczegolowa super sie czyta:) ale ta cena przeraza ;D magg

    ReplyDelete
  7. Nie widać Twojego postach o różnicach w domu amerykańskim a polskim ( może tylko u mnie) a chciałabym go przeczytać.

    ReplyDelete
    Replies
    1. hej! :) skasowalam tamten post. pisalam go wczoraj i przez przypadek kliknelam 'publikuj' zamiast 'zapisz', a chcialam go dopracowac. post pojawi sie dzis/jutro zalezy w jakiej strefie czasowej jestes :)

      Delete
  8. o matko!
    cena naprawde mnie zszokowala
    ale opis calego przebiegu badania to marzenie!

    ReplyDelete
  9. A co sądzicie na temat stomatologów we Wrocławiu? Jest jakiś dobry chirurg stomatolog wrocław? Potrzebuję znaleźć kogoś, kto będzie leczył mnie oraz całą moją rodzinę. Fajnie byłoby mieć w końcu spokój z zębami!

    ReplyDelete